Newsroom Wiadomości Najciekawsze Komiksy Tematy RSS
Wiadomość opinie 19 grudnia 2022, 16:05

Gra tylko dla ludzi ze zrytym poczuciem humoru. Moja opinia o High on Life

High on Life to twardy orzech do zgryzienia dla recenzenta – gra, w której mechanika, fabuła, grafika i wszystko inne musi ukorzyć się przed humorem. Jak, do licha, ocenić twór zdominowany przez czynnik tak subiektywny w odbiorze?

Źródło fot. Squanch Games
i

Właśnie kliknęliście w recenzję strzelanki High on Life. W tym tekście nie będziemy jednak rozmawiać o strzelaniu. A w każdym razie nie w pierwszej kolejności. Ani w drugiej. W tej grze strzelanie ma marginalne znaczenie – mimo że stanowi znakomitą większość rozgrywki.

Zamiast tego porozmawiamy o humorze. Humor jest tu bowiem absolutnie najważniejszy. To on w zasadzie decyduje o odbiorze High on Life – za jego niemal wyłączną sprawą nastąpił tak wielki rozstrzał ocen tej gry w innych recenzjach: od trójek do dziewiątek.

Poczucie humoru zaś to rzecz tak subiektywna, że najchętniej odstąpiłbym od wystawienia noty dziełu studia Squanch Games. Nie dano mi jednak takiej mocy, więc wlepiłem mu ocenę – ponadprzeciętnie subiektywną w porównaniu ze wszystkimi subiektywnymi ocenami, jakie przyszło mi dotąd przyznać w recenzjach.

Na szczęście dysponujemy wskaźnikami mogącymi pomóc zredukować ryzyko, że wydacie na High on Life ponad 200 zł (lub aktywujecie Game Passa specjalnie dla tej gry) i srodze się rozczarujecie.

Wskaźnik pierwszy – lubicie Ricka i Morty’ego? Tak? Proszę bardzo, możecie śmiało sięgać po tę grę (oba dzieła mają tego samego „ojca”). Nie lubicie? Lepiej trzymajcie się od niej z daleka. Wskaźnik drugi – 89% pozytywnych recenzji graczy na Steamie. Czyli – w pewnym maleńkim uproszczeniu – 89% szansy, że i Wam High on Life przypadnie do gustu. Proste.

Jeśli o mnie chodzi, fanem Ricka i Morty’ego nie jestem – ale przypuszczalnie byłbym nim, gdyby w moim życiu znalazło się więcej miejsca na seriale (i na obejrzenie więcej niż raptem paru odcinków przy jakiejś pojedynczej okazji lata temu). Trafia do mnie ten niedorzecznie absurdalny, egzystencjalny czarny humor – choć grając w High on Life, nie raz i nie dwa krzywiłem się na niesamowite natężenie obscenicznych wyrażeń i słów na F, wobec których nasze Psy są bardzo grzecznym filmem z nader kulturalnymi dialogami.

Gameplay to żart(y)

Humor jest tym ważniejszy, że stanowi główny motor napędowy gry. Ani fabuła, ani rozgrywka nie radzą sobie za dobrze z tą rolą. Gdy tylko twórcy przestawali sypać żartami jak z rękawa i próbowali włożyć cokolwiek poważnego w usta postaci – od razu zaczynałem ziewać. Opowiastka o ratowaniu Ziemi przed intergalaktycznym kartelem G3, który robi narkotyki z ludzi, jest kompletnie sztampowa... I nie byłoby w tym nic złego, gdyby twórcy od początku do końca przedstawiali ją z „jajem”. Niestety, od czasu do czasu zbiera im się na mdłe wątki obyczajowe i dramatyczne zwroty akcji. Ale da się to przeżyć.

Rozgrywka na szczęście nie ma równie poważnych problemów – nie okazuje się jednak też elementem, którym High on Life błyszczy. Bawiłem się przyzwoicie, eksplorując barwne i dość rozległe lokacje (nie, spokojnie, nie ma tu otwartego świata) oraz rozwiązując zagadki środowiskowe. Te ostatnie wydają się o tyle ciekawe, że musimy w nich korzystać ze specjalnych – i dość pomysłowych – właściwości naszych czterech głównych broni oraz innych gadżetów...

Powiedziałem „czterech broni”? Zgadza się, arsenał jest bardzo skromny, co w połączeniu z równie ubogą menażerią mało rozgarniętych wrogów sprawia, że walki okazują się dość nużącą częścią rozgrywki – zwłaszcza w pierwszych godzinach, gdy mamy tylko pistolet (na szczęście potem dostajemy plecak odrzutowy i inne zabawki, które przydają starciom trochę dynamiki i kolorytu).

Powyższe słowa powinny być dla strzelanki praktycznie wyrokiem śmierci. Ale nie dla High on Life. Gra broni się odmienionym już przez wszystkie przypadki humorem połączonym z unikalną koncepcją, na której Squanch Games oparło większość promocji swego dzieła – gadającym arsenałem. Oręż stanowi tu wręcz odpowiednik członków drużyny z RPG – nawet dialogi mają inny przebieg w zależności od tego, którą pukawkę akurat dzierżymy (protagonista jest niemy).

Bez Game Passa nie podchodź

Oczywiście w tym miejscu muszę powtórzyć, że jest rzeczą wysoce subiektywną, czy rozmowne narzędzia zagłady rzeczywiście ratują, czy też pogrążają High on Life. Myślę, że to kwestia znalezienia w arsenale dopasowanej do siebie osobowości. Sam bawiłbym się przy tej grze znacznie gorzej, gdyby nie Kenny („pistolet”), uroczo mieszający gniewną agresję z ciapowatością i notorycznie burzący czwartą ścianę w sposób, któremu Deadpool mógłby gorąco przyklasnąć.

Jeśli więc oczekujecie ode mnie, że jednoznacznie stwierdzę, czy warto sięgnąć po High on Life – przykro mi, ale nie mogę Wam pomóc. Moja rada jest taka: naoglądajcie się zwiastunów czy gameplayów i dajcie grze szansę w Game Passie, jeśli nie dojdziecie do wniosku, że mdli Was z zażenowania od tego, co widzicie. Natomiast pod żadnym pozorem nie kupujcie jej w pełnej wersji – nieźle pogięło kogoś, kto ustalił, że ponad 200 zł to adekwatna cena za taką przygodę na 10–15 godzin.

Moja opinia o grze High on Life

PLUSY:

  1. interesujący pomysł z broniami-towarzyszami;
  2. dość atrakcyjny projekt świata i postaci;
  3. w miarę przyjemne zagadki środowiskowe;
  4. gigatona absolutnie absurdalnego humoru...

MINUSY:

  1. ...który nie każdemu musi przypaść do gustu;
  2. sztampowa i nużąca fabuła;
  3. dość monotonne walki (przez skromną paletę broni i wrogów).

OCENA KOŃCOWA: 7,5/10

Krzysztof Mysiak

Krzysztof Mysiak

Wpadł w sidła elektronicznej rozrywki przez starszego brata – kolekcjonera gier i gracza. Przez lata młodości nie miał własnego sprzętu nadającego się do grania, więc inwestował czas w wertowanie GOL-owskiej Wielkiej Encyklopedii Gier (i CD-Action). Swoje przeznaczenie dopełnił krótko po maturze, w 2013 roku, wysyłając CV do krakowskiej redakcji. Zdobył wykształcenie dwuklasowca – bibliotekarza/infobrokera – ale zamiast pójść w ślady Deckarda Caina czy Handlarza Cieni, wolał kontynuować karierę autora wiadomości ze świata (i nie tylko). Po paru latach wiercenia dziury w brzuchu połowie redakcji wyszarpał miejsce w gronie pracowników GRYOnline.pl i w 2017 r. przeniósł się do Krakowa. Zanim wyfrunął stamtąd do Poznania (w 2020 r.), zdążył zostać zapamiętany jako ten koleś, który bywa na tolkienowskich konwentach, jeździ paskudnym Subaru Imprezą i wywija mieczem na firmowym parkingu. Dziś z dystansu dogląda Encyklopedię Gier i Serwis Informacyjny.

więcej