Painkiller to jedna z produkcji, które ostatecznie pokazały wszystkim niedowiarkom, że Polacy potrafią robić gry na światowym poziomie. Dzieło People Can Fly do dzisiaj zachwyca na wielu płaszczyznach.
Polacy nie gęsi i swoje hity mają. Gdyby Mikołaj Rej żył w dzisiejszych czasach, z pewnością napisałby takie słowa… lub przynajmniej padłyby one w jego filmie na YouTubie lub trafiłyby do posta w mediach społecznościowych. Wiedźmin 3: Dziki Gon, Cyberpunk 2077, Dead Island, Dying Light, Silent Hill 2 – globalnych sukcesów polskiej branży gier wideo mamy pod dostatkiem. Nie zawsze jednak tak było, a rodzimi deweloperzy długo musieli przecierać sobie szlak. Jednym z nich było studio People Can Fly, które podbiło świat, tworząc strzelankę w starym dobrym stylu. Painkiller to produkcja, której w żadnym wypadku nie wolno zapomnieć (w przeciwieństwie do jej kontynuacji).
Ten cykl nie jest częścią naszego działu Premium. Decydując się na zakup abonamentu, możesz jednak pomóc w tworzeniu większej liczby takich tekstów. Dziękujemy.
Kup Abonament Premium GRYOnline.pl
W czasach, gdy FPS-y krok po kroku stawały się coraz bardziej „filmowe”, Painkiller poszedł niejako pod prąd, trzymając się sprawdzonych rozwiązań. Ekipa Adriana Chmielarza postawiła na schemat, którego nie powstydziłyby się gry z serii Quake, Doom czy Serious Sam, opierając rozgrywkę niemal wyłącznie na przemieszczaniu się od areny do areny i eliminowaniu hord adwersarzy.
I to nie byle jakich adwersarzy, bo takich z piekła rodem, służących samemu Lucyferowi. Szatan zebrał ich pod swoimi skrzydłami, by skomponować z nich armię, mającą posłużyć mu najpierw do przejęcia czyśćca, a następnie do pokonania nieba. Na (nie)szczęście w porę w zaświatach pojawił się Daniel Garner, który wraz ze swoją żoną zginął w wypadku samochodowym. Podczas gdy jego ukochana Catherine trafiła do raju, on sam został zmuszony do odpokutowania za popełnione grzechy. Kiedy zaś czyściec zaczął padać pod naporem piekielnych sił, uwagę na niego zwrócił Samael. Obiecał on protagoniście odpuszczenie win w zamian za wyeliminowanie czterech piekielnych generałów, a tym samym zapobiegnięcie wielkiemu konfliktowi w zaświatach. Garnerowi nie pozostało nic innego, jak chwycić za broń i rozpocząć krwawą przeprawę.

Painkillera podzielono na misje, z których każda składała się z kilku poziomów. Przygoda wiodła przez w większości niebywale klimatyczne lokacje, jak gotyckie zamczyska i klasztory, opera i cmentarzysko, ale też między innymi bagna czy szpital dla obłąkanych. Wykonano je z pomysłem oraz dbałością o detale, jednak czasu na ich podziwianie nie było zbyt wiele. Na arenach, które połączono ze sobą swoistymi „korytarzami”, byliśmy bowiem atakowani przez hordy wrogów, podczas gdy w tle przygrywała nam metalowa muzyka. Co prawda starcia nie wciskały w fotel intensywnością tak jak te z nowych Doomów, a i ścieżka dźwiękowa nieco odstawała od twórczości Micka Gordona, ale raz, że i tak trzeba było się napocić, by pozbyć się wszystkich adwersarzy, a dwa, że poziom soundtracku sprawiał, iż noga sama zaczynała podrygiwać w jego rytm.
Oprócz szeregowych adwersarzy występujących w ilościach hurtowych nie brakowało tu, rzecz jasna, bossów. Bossów przez wielkie „B”, bo zaprojektowanych z pomysłem, przez co taktyka bezmyślnego faszerowania ich ołowiem rzadko kiedy się sprawdzała.

A skoro mowa o faszerowaniu ołowiem – Daniel Garner nie rzucał się na wrogów z gołymi rękami. Na jego podorędziu znajdował się szeroki wachlarz narzędzi mordu, który obejmował między innymi poczciwą strzelbę i miniguna, ale też znacznie mniej oklepane zabawki. Moją ulubioną była kołkownica, pozwalająca przyszpilić trafionego wroga do ściany. Poza tym mogliśmy pobawić się choćby tytułowym Painkillerem, sieczącym przeciwników obrotowymi ostrzami. Jakby tego było mało, każdą broń wyposażono w alternatywny tryb działania, dzięki czemu wszystkie właściwie sprawdzały się dobrze zarówno na krótkim, jak i długim dystansie. Przykładowo: Painkiller mógł wystrzelić ostrza w cel znajdujący się przed nami, dubeltówka potrafiła zamrażać nieprzyjaciół (co dawało czas, by spokojnie przycelować i jednym strzałem rozbić na kawałki taką bryłę lodu), zaś moja ukochana kołkownica pozwalała wrogom rozerwać się za pomocą granatu.
Dopełnienie tego wszystkiego stanowiły karty czarnego tarota, które otrzymywaliśmy po spełnieniu określonych warunków (jak ukończenie poziomu bez dodatkowego pancerza czy zdobycie wszystkich „znajdziek” na danej mapie). Mowa o specjalnych bonusach, chwilowo zwiększających nasz potencjał bojowy, między innymi poprzez wydłużenie paska zdrowia.

Kampania Painkillera była długa (średnio jej przejście zajmowało od 10 do 15 godzin) i urozmaicona. Poza nią People Can Fly zadbało o rozbudowany tryb multiplayer, który zapewnił temu dziełu miejsce w dwóch sezonach e-sportowej Cyberathlete Professional League. Autorzy postawili na sprawdzone moduły, na czele z deathmatchem i capture the flag.
Chaos panujący na arenach potęgowało otoczenie, które było częściowo podatne na zniszczenia. Co prawda trudno tu mówić o destrukcji rodem z Red Faction, ale możliwość rozrywania mebli i rozbijania szkła na kawałki w zupełności wystarczała.
W momencie premiery oprawa graficzna Painkillera robiła wrażenie. Choć od tego momentu minęły już 22 lata, dzieło People Can Fly wciąż może się podobać. Projekty broni cieszą oko detalami, lokacje są tak klimatyczne i pomysłowe, jak ponad dwie dekady temu, a przeciwnicy nadal zapadają w pamięć.

Painkiller odniósł wielki sukces artystyczny i komercyjny, toteż idąc za ciosem, People Can Fly opracowało rozszerzenie zatytułowane Battle Out of Hell. Dalej jednak drogi studia i jego marki się rozeszły. People Can Fly dostarczyło później mocno niedocenionego Bulletstorma, natomiast przygotowywanie kolejnych Painkillerów zlecano różnym studiom deweloperskim, co miało różne, w porywach średnie, a zazwyczaj, niestety, marne skutki. W 2012 roku rodzime The Farm 51 wyprodukowało grę Painkiller: Hell & Damnation, po czym w temacie tej marki zapadła cisza. I szkoda, że to się zmieniło, bo wypuszczony w 2025 roku Painkiller od Anshar Studios nie miał w zasadzie nic wspólnego ze swoim wielkim pierwowzorem.

Na szczęście Painkiller w wydaniu Black Edition (wzbogaconym o dodatek) jest dostępny w dystrybucji cyfrowej. Zarówno na Steamie, jak i na GOG-u wyceniono go na 42,22 zł. Czy warto? Jeszcze jak! Inna sprawa, że dzieło People Can Fly często jest przeceniane. Ot chociażby w chwili pisania tych słów można je dorwać za niecałe 9 zł.

Retro Gaming
Cykl Retro Gaming rozwijamy od października 2023 roku. Polecamy teksty wchodzące w jego skład. Poniżej linkujemy do pięciu poprzednich odcinków:
Dziękujemy za przeczytanie artykułu.
Ustaw GRYOnline.pl jako preferowane źródło wiadomości w Google
Część odnośników na tej stronie to linki afiliacyjne. Klikając w nie zostaniesz przeniesiony do serwisu partnera, a my możemy otrzymać prowizję od dokonanych przez Ciebie zakupów. Nie ponosisz żadnych dodatkowych kosztów, a jednocześnie wspierasz pracę naszej redakcji. Dziękujemy!
Gracze
Steam
GRYOnline
Gracze

Autor: Krystian Pieniążek
Współpracę z GRYOnline.pl rozpoczął w sierpniu 2016 roku. Pomimo że Encyklopedia Gier od początku jest jego oczkiem w głowie, pojawia się również w Newsroomie, a także w dziale Publicystyki. Doświadczenie zawodowe zdobywał na łamach nieistniejącego już serwisu, w którym przepracował niemal trzy lata. Ukończył Kulturoznawstwo na Akademii Górniczo-Hutniczej w Krakowie. Prowadzi własną firmę, biega, uprawia kolarstwo, kocha górskie wędrówki, jest fanem nu metalu, interesuje się kosmosem, a także oczywiście gra. Najlepiej czuje się w grach akcji z otwartym światem i RPG-ach, choć nie pogardzi dobrymi wyścigami czy strzelankami.