Recenzja Assassin’s Creed Black Flag Resynced. Najlepszy Assassyn od lat to po prostu stary Assassyn w nowym, pięknym wydaniu
Od ponad dekady nie grałem w tak dobrego Assassyna. Powrót na Karaiby to moje wymarzone wakacje, a Assassin's Creed Black Flag Resynced awansował (prawdopodobnie) na moja ulubioną odsłonę serii.
Minęło 13 lat od czasu, gdy ostatni raz przemierzałem wirtualne Karaiby w Assassin’s Creed: Black Flag. Nigdy potem do gry już nie wracałem i nie spodziewałem się, że kiedykolwiek do niej wrócę. Tymczasem Assassin’s Creed Black Flag Resynced udowodniło mi, że na przekór powiedzeniu, czasami dobrze jest wejść dwa razy do tej samej wody. To najlepszy Assassyn, w jakiego grałem od ponad dekady – bawi mnie to tym bardziej, że jest tak być może dlatego, iż to po prostu „stary” Assassyn, sprzed originsowych, odysseyowych i valhallowych rewolucji.
Nie miałem najmniejszego powodu, aby do Black Flag wracać. Z Assassynami łączy mnie relacja cokolwiek niejednoznaczna, choć pewnie niejeden psychoterapeuta określiłby ją jako „toksyczną” – lubię, interesuję się, czasami nawet przepadam, ale koniec końców strasznie sobie działamy na nerwy. Mam być może wygórowane wymagania, które często nie zostają spełnione. Stąd w Assassyny po prawdzie gram, ale mniej więcej od 9 lat kręcę tym nosem, ściągam brwi, grymaszę strasznie, bo uwiera mnie coś, bo kłuje, bo wpienia niemiłosiernie. Spodziewałem się, że tym razem będzie podobnie, a tymczasem po 30 godzinach kończyłem główną fabułę z uśmiechem szerokim jak 7 mórz.
Drugie pierwsze wrażenie

Miejscami screenshoty z tej gry wyglądają jak rendery albo promocyjne artworki, ale zaręczam – to jest in-game i sam je wykonałem.Assassin’s Creed: Black Flag Resynced, Ubisoft, 2026.
Moje ambiwalentne odczucia względem Assassynów, a jakże, dotyczyły również Black Flaga. Lubiłem go na tyle, aby spędzić te 12-13 lat temu wiele, wiele godzin przy konsoli, ale chyba nie na tyle, aby mówić, że to mój ulubiony Assassyn. O ile otwarty świat i bazylion aktywności pobocznych jakoś tam jeszcze akceptowałem, tak Edward Kenway działał mi na nerwy jeszcze bardziej niż Ezio Auditore w jego początkowej, szczeniackiej fazie z AC2. A przynajmniej moja, powiedzmy, niechęć opierała się również na tym, że minęło jednak mnóstwo lat i sporo z oryginalnego Black Flaga zwyczajnie nie pamiętam – a to, co zapamiętałem najlepiej, to fakt, że Edward był zwyczajnie palantem.
Edward jest bowiem piratem z krwi i kości – zachowuje się jak pirat i kieruje się pirackimi przekonaniami. Innymi słowy: jest zapijaczonym kawałem irytującego chama o wcale nieskomplikowanym pomyślunku, choć z twarzy wygląda jak model, który najpierw da nam w mordę, a potem heksametrem daktylicznym wyrecytuje wersy z Iliady. Asasynem wcale nie jest, wikła się w kabałę zupełnie przypadkiem i z pobudek tyleż osobistych, co zwyczajnie perfidnych, przy czym dojście do jakichś relatywnie poważnych wniosków zajmuje bez mała lwią część gry.
Dla tych, którzy nie grali: w Black Flag główny bohater to pirat, który podszywa się pod Asasyna dezerterującego do Templariuszy po to, aby wydębić od tych drugich duże pieniądze. Z powodu swojego niecnego planu wpada w sam środek odwiecznej wojny dwóch stronnictw, przy okazji wciągając w to zresztą swoich przyjaciół i znajomych. Wojna tym razem toczy się o dostęp do Obserwatorium – miejsca pozostawionego przez nieistniejącą już tzw. Pierwszą Cywilizację – które daje niespotykaną władzę nad innymi ludźmi… Templariusze chcą je zagarnąć, aby rządzić sprawiedliwie, choć to oni definiują sprawiedliwość, Asasyni, aby uniemożliwić to Templariuszom, a Kenway, jak to Kenway, po prostu chce to wszystko zagarnąć, sprzedać i żyć tak, jak nie żył nigdy żaden król. I sprawić tym samym, że jego ex znów spojrzy na niego przychylnym okiem.
Nie potrafiłem wówczas złapać z Kenwayem kontaktu – nie przekonywała mnie jego droga od gnającego za swoimi durnowatymi marzeniami chłopca zamkniętego w ciele mężczyzny do dojrzałego, ogarniętego faceta, który nauczył się na błędach, o co w tym życiu – czy to na lądzie, czy na morzu – w ogóle chodzi. Nie rozumieliśmy się Edwardem za bardzo i to być może wpłynęło na moje odczucia względem samej gry. Po prawdzie świetnie bawiłem się, przemierzając morza, szukając skarbów i „kompletując” aktywności poboczne wysp, ale nie mogłem wczuć się w sposób myślenia Kenwaya, a jeśli nie byłem wczuty, ciężko też było u mnie o jakiejś cieplejsze relacje, tak z nim, jak i z całością.

Początek podróży. Roślinność robi duże wrażenie.Assassin’s Creed: Black Flag Resynced, Ubisoft, 2026.
Tak było w 2012, a teraz mamy 2026. I cieszę się, że akurat tę grę wziąłem do recenzji, bo ta nowa-stara gra była jak podróż do przeszłości, w której Edward Kenway mógł zrobić drugie pierwsze wrażenie. Sądzę, że jego życie, droga i proces dojrzewania wybrzmiewa w Resynced lepiej – czy to kwestia nowej oprawy graficznej, czy poprawek przy cutscenkach, czy pozbycia się irytujących przeszkadzających w skupieniu dodatkowych celów przy wykonywania misji (na przykład: „zabij 3 Hiszpanów, wysadzając beczkę”) czy dodaniu – dobrych zresztą – nowych, pogłębiających charakter Kenwaya questów, czy wreszcie przez fakt, że całkowicie wycięto współczesny wątek fabularny – nie wiem! Ale moja relacja z Black Flag Resynced zawiązała się zdecydowanie bardziej i głębiej niż w przypadku oryginału.
Abstergo nie ma, bo w Abstergo zwolnienia
Z tym wspomnianym wyciętym współczesnym wątkiem to oczywiście grubsza historia, o którą fani spierają się od dawna. Faktem jest, że Ubisoft ewidentnie nie wiedział, co ze współczesnością oraz konfliktem Abstergo i Asasynów zrobić; motyw ten chybocze się od czasu, gdy odsłonę wcześniej Desmond Miles odszedł na przedwczesną emeryturę – zdecydowano się więc na rozwiązanie dość radykalne, ale skuteczne. W oryginale, jeśli pamiętacie, poruszaliśmy się po biurze Abstergo, wchodząc w interakcję z monitorami i przyciskami. Czytaliśmy emaile i choć był to jakiś sposób, aby dotrzeć do tych fanów, którzy lore Assassin’s Creed kochają, tak dla wszystkich innych była to absolutna, pozbawiona sensu mordęga. Wycięcie współczesności oraz wyrzucenie podziału na znane ze starych odsłon sekwencje uspójniło opowieść Edwarda – a ja mogłem spokojnie się skupić i śledzić perypetie bohaterów. Mamy teraz wrażenie, że Edward nie jest odgrywany, nie jest żadną symulacją Animusa, lecz człowiekiem z mniej lub bardziej racjonalnymi marzeniami i życiową historią, którą możemy spokojnie i bez przerw śledzić.

Ile razy już widzieliśmy ten animusowy ekran ładowania?Assassin’s Creed: Black Flag Resynced, Ubisoft, 2026.
W ramach aktywności pobocznej – i trochę na osłodę za usunięcie współczesnego wątku – twórcy dodali tzw. szczeliny, a więc dodatkowe etapy platformowe utrzymane w stylistyce Animusa i konwencji „what if”, w czasie których poznamy jakąś alternatywną historię Edwarda, a przy okazji przypomnimy sobie, że we współczesności konflikt z Templariuszami wciąż trwa. Nie są to jednak etapy szczególnie porywające.
Poza szczelinami motywy współczesności oczywiście wciąż w grze są – ot po zginięciu zobaczymy ekran informujący o desynchronizacji, a na mapie świata znajdziemy aktywności powiązane z Animusem oraz tym przedziwnym asasyńskim „launcherem”, w którym zbiera się jakieś punkty, żeby wydać je na skórki dla bohaterów i inne bzdety. Niemniej, wyrzucenie tego wątku w zewnętrzny poziom „metanarracji” zwyczajnie daje Ubisoftowi trochę czasu, nim ten wymyśli, co też właściwie z tym współczesnym wątkiem zrobić. Bo – tak już trochę na marginesie – paradoksem całej serii Assassin’s Creed jest fakt, wiele z tych nowszych części opowiada o czasach nam odległych, a te starsze o czasach nam bliższych. Ale lore Assassin’s Creed rozwijało się nie według czasu w grze, ale według czasu naszego świata – stąd Asasyni ze współczesności wiedzą o świecie mniej, niż wiedzieli Ukryci w starożytnej Grecji, co nie ma większego sensu. To jednak dywagacje na zupełnie inną okazję.
Spójność opowiadanej historii w Assassin’s Creed Black Flag Resynced sprawia, że wydarzenia śledzi się z najwyższą przyjemnością. Cieszyłem się, gdy pojawiał się któryś z przyjaciół Kenwaya (nadal moim ulubieńcem jest oczywiście świetnie wykreowany James Kidd). Może poza niejakim Robertsem. Nie rozumiem, co wątek Robertsa robi w tej grze i prawdę mówiąc jak mnie irytował w 2013 roku, tak irytuje dalej w 2026.
Zrobiło mi się jednak miło, gdy w końcu coś sobie uświadomiłem. Widzicie, przez całą grę nie mogłem zrozumieć, co tak bardzo mi tu nie gra, czego ja nie robię, choć robiłem to setki, tysiące razy w najnowszych odsłonach? W końcu gdzieś za połową do mnie dotarło – nie pomijam dialogów. Nie skippuję wypowiedzi, nie przewijam tekstu i nie anuluję rozmów. Widzicie, ja mniej więcej od Origins, choć najczęściej praktykowałem to przy Odyssey i Valhalli, rozpoczynałem skippowanie wypowiedzi występujących bohaterów mniej więcej po jakiejś godzinie, może dwóch w grze. Pomijałem zawzięcie i nagminnie, a i tak mam wrażenie, że nie traciłem przy tym za bardzo ani sensu, ani świata. Dialogi w Odyssey przyprawiały mnie o monstrualny ból głowy – to jest niesamowite, ile byle jakiego tekstu wyrzucają z siebie te ubisoftowe kukły, które szumnie nazywamy NPC i bohaterami, a przy których debaty płaskoziemców nagle zaczynają być ciekawym sposobem na spędzanie wolnego czasu. A tymczasem w Black Flag wypowiedzi bohaterów chce się słuchać, bo zwyczajnie wierzy się im – są wiarygodni, ich dialogi nie irytują i przede wszystkim nie nużą. Nie próbują z Tobą toczyć wielkich filozoficznych dysput, ale po prostu mówią tak, jakby mieli emocje, a Kenway coś dla nich znaczył.
2013 rok to jeszcze zupełnie inny Ubisoft, to zupełnie inny Assassin’s Creed. Cała narracje jest bardziej, by tak powiedzieć, prostolinijnie wiarygodna: nie stroni od tematów, dygresji czy żartów, na które dziś oburzyliby się ci z lewa albo ci z prawa. Ten stary Ubisoft to „wielokulturowy zespół wyznający różne religie i poglądy”, ale znaczyło to tyle, że nie będą owijali w bawełnę, nie będę uważać na to, aby przypadkiem Cię, drogi Graczu, nie urazić. Różnica między Black Flag a współczesnymi Assassynami jest kolosalna. Te nowe, choć karykaturalnie brutalne, zachowują się tak, jakby nie mogły lub nie chciały naruszyć etykiety w czasie rozmowy.
Nowe zadania dobrze uzupełniają historię Kenwaya
Do starej, dobrej morskiej opowieści Ubisoft dołożył kilka nowych, solidnie napisanych. W czasie gry bowiem zrekrutujemy oficerów, którzy odblokują rozmaite umiejętności naszego statku, Kawki, takie jak chociażby podwójna salwa czy taranowanie. Nie są to jednak zwyczajne kukiełki przechadzające się po naszej pirackiej łajbie. Aby ich bowiem zrekrutować, musimy wykonać zadania. To poprawnie napisane postaci, z całkiem niezłymi momentami (jak na przykład Padre, ksiądź-pirat) i rozłożonymi na parę niekrótkich zadań historiami o zemście. Wpasowali się do samej fabuły naprawdę dobrze – do tego stopnia, że przez chwilę sądziłem, iż zwyczajnie ich nie pamiętam z oryginału.
Oprócz zadań (i mechanik) oficerskich, dodano również nowych NPC (w tym enigmatyczną, fajną postać lokaja w naszej posiadłości, którą – owszem – rozbudowujemy tak, jak w oryginale), ale również poszerzają tło niektórych starych bohaterów. W żadnym wypadku nie chcę psuć Wam zabawy z samodzielnego odkrywania, ale wspomnę tylko, że jedna z postaci, którą spotykamy na początku gry, dostaje swoje należne zakończenie i jest to – w mojej opinii – jeden z (naj?)bardziej poruszających questów w historii Assassin’s Creed. Nie przywykłem do takich emocji przy tej serii, Ubisoft mnie do tego nie przyzwyczaił.
Ponadto postać, która w oryginale pojawiała się z imienia i nazwiska, ale model postaci miała już generyczny, tym razem dostała swój własny, przekonujący (i odstręczający). A przy okazji powraca z długim łańcuchem zadań, które wykonać możemy (nie musimy) w schyłkowej fazie gry. Wszelkie te dodatki oceniam jako udane i dobrze wpasowujące się w historię Kenwaya – niejednokrotnie rozbudowując (to jest pogłębiając) jego własną.
Niby to samo, ale jednak inaczej
Black Flag Resynced to pełnoprawny remake odsłony z 2012 roku, który wykonano z dużą pieczołowitością i szacunkiem do oryginału. Oznacza to, że usłyszycie te same dialogi, zobaczycie te same cutscenki, odwiedzicie te same lokacje, ale przepisano to wszystko na najnowszą wersję silnika Anvil, który w akcji widzieliśmy już przy Assassin’s Creed Shadows. Graficznie rzeczywiście trudno tu cokolwiek remake’owi zarzucić – to robi duże wrażenie, miejscami wręcz spektakularne.
Nasza pamięć sprawia nam jednak figle. Gdy uruchomiłem grę, uznałem, że w sumie dokładnie tak zapamiętałem oryginał z 2013 roku. Szybko wycieczka na YouTube uświadomiła mi jednak, jak bardzo pamięć mnie oszukuje – to naprawdę nie jest jakaś tam podbita rozdzielczość, wymieniona tekstura i poprawiony model postaci – to jest remont generalny. Zaprojektowano tu wszystko wręcz od nowa przy wykorzystaniu nowej technologii, która jednak bardzo przypomina czy też imituje to, co pamiętamy w serii sprzed 10 lat.
Szczególnie warto zwrócić uwagę na dżunglę i te wszystkie rajskie, bezludne wyspy – klify, skały, potoki, wodospady, rzeki czy w końcu wdzierający się w głąb wyspy ocean. Pracujący niegdyś na stanowisku zastępcy redaktora naczelnego Adam Zechenter powiedział mi pewnego razu: „to nie 2015, żeby tyle miejsca poświęcać grafice w recenzji”, więc specjalnie dla niego wspomnę tylko: Adam, czy ty widziałeś ten mech?! Nie wygląda może tak dobrze, jak w Horizon Forbidden West, ale i tak sprawia, że zatrzymujemy się, aby zrobić screenshota.
Modele postaci również zaprojektowano na nowo – wyglądają naprawdę dobrze, choć przyznam, że Edward Kenway dzięki dobrodziejstwom współczesnej rozdzielczości ma znacznie bardziej widoczny makijaż oczu, stąd początkowo przypominał mi Tima Minchina. Co w sumie jest zabawnym skojarzeniem. Resztę postaci wykonano bardzo dobrze; Adewale, James Kidd, Czarnobrody czy Woodes Rogers wyglądają przekonująco. Nie zatracono ich charakteru, a wręcz uwydatniono. Filigranowy Kidd z miejsca wzbudza domysły, a Blackbeard szacunek.
Oczywiście nie tylko ląd wygląda jak malowany, ale również morza i oceany – Black Flag na tym silniku potrafi oddać piękno, grozę, tajemniczość i zmienność natury. W Resynced pogoda wygląda bardzo dobrze – sztormy robią duże wrażenie, wzburzone, ogromne fale, huk, błyskawice i trąby powietrzne potrafią onieśmielić, a przy tym widoczność może spaść do zaledwie kilku metrów. Graficznie Resynced to górna półka i cieszy to tym bardziej, że nie odjechano tu w żadnym wypadku w stronę jakichś obrazoburczych rewolucji, nie próbowano wymyślać i eksperymentować – po prostu Black Flag wygląda jak Black Flag, tylko lepiej.
Oczywiście współczesna technologia to kilka innych dobrodziejstw – pozbyto się więc loadingów (w oryginale podpłynięcie do dużego miasta takiego jak Kingston wiązało się z pytaniem, a następnie loadingiem, w Resynced są tylko przy szybkiej podróży). Jest HDR i wsparcie dla ultrapanoramy i jeśli tylko macie taką możliwość, sprawdźcie, jak to pięknie wszystko wygląda na tym sprzęcie.
Assassin’s Creed: Black Flag Resynced
Mechanicznie po staremu, ale…
Black Flag Resynced to Black Flag. Ubisoftowi udało się stworzyć tę pożądaną iluzję: gra się tak, jak pamiętamy, że graliśmy dekadę temu, chociaż jakby tak porównać dwie odpalone wersje obok siebie, okaże się, że jest inaczej.

Bywały momenty, że zatrzymywałem się, aby gapić się na okoliczności przyrody.Assassin’s Creed: Black Flag Resynced, Ubisoft, 2026.
Poprawiono poruszanie się i parkour – system jest responsywny i przyznam, że jak w starych Assassynach zupełnie powszechnym było blokowanie się na rozmaitych przeszkodach albo skakanie w stronę, w którą skoczyć nie chcemy (np. w stronę przepaści), tak w Resynced zdarzało mi się to zdecydowanie rzadziej. Jasne, parę razy rozpłaszczyłem Edwarda na bruku, ale to nieuniknione przy takim systemie poruszania się. Cieszy mnie, że nie zdecydowano się na włączenie do gry znanego z najnowszych odsłon uproszczonego systemu wspinania się w miejscach, które ewidentnie się do tego nie nadają (chociażby lita skała). Black Flag realizuje starą drogę Assassynów i wymusza na nas szukanie ścian i miejsc nadających się do wspinaczki. Choć – jeśli mam być szczery – Black Flag w porównaniu do niektórych wspinaczkowych wyzwań z trylogii Ezio zawsze był tu raczej spokojną przechadzką w parku.
Nurkować możemy już wszędzie, a nie jak w oryginale tylko w wyznaczonych miejscach. Co prawda nie ma za bardzo powodów, aby nurkować w głębi otwartego oceanu, ale technologiczna możliwość jest – kto wie, może Ubisoft ukrył w takich nieoznaczonych miejscach na mapie świata jakieś sekrety? Ciekaw jestem, co odnajdą fani po premierze gry. Oczywiście powracają również nurkowania z dzwonem – to dobre, ładnie graficznie zrealizowane etapy, w których unikamy rekina i szukamy kilku czy nawet kilkunastu skrzyń ze skarbami.
Wśród starych, znanych wysp znajdziemy również nowe. A niektóre ze starych uległy małej rearanżacji – dotykano chociażby takich spraw, jak ustawienie przeszkód, aby uczynić parkour bardziej swobodnym.
Powracają również wszelkie znajdźki, które możecie pamiętać z Black Flaga – będziecie popylać za cholernymi szantami (ale w tej odsłonie jest to nader proste i mało irytujące), zbierać butelki z listami, stele Majów, otwierać skrzynki czy w ogóle szukać skarbów za sprawą stereotypowych map skarbów z zaznaczonym czerwonym X. Są oczywiście polowania na zwierzęta i co za tym idzie, crafting toreb Edwarda, dzięki któremu zwiększymy chociażby zdrowie czy liczbę noszonych strzałek usypiających. Jeśli graliście w oryginał – to wszystko, co pamiętacie, tu jest. Jeśli nie graliście zaś, ważne, abyście wiedzieli, że mapa świata w Black Flag i Black Flag Resynced jest duża i wypełniona ogromem aktywności pobocznych, które przyjdzie Wam zbierać. Jeśli mogę cokolwiek doradzić: nie próbujcie kompletować znajdziek na każdej wyspie przy pierwszym podejściu lub na początku gry. Zajmijcie się fabułą – dajcie jej wybrzmieć, bo warto. Znajdźki nie uciekną, nawet jeśli to szanty.
Co ciekawe, nigdy ten ogrom znajdziek w Black Flag aż tak mnie nie irytował, jak na przykład irytował mnie w Valhalli. Być może ma to związek z samym pirackim settingiem odsłony – Karaiby w tym okresie to dziki, w dużej części wciąż bezludny i niezabudowany region, więc łatwo nam przyjąć, że oto rzeczywiście szukamy zakopanych przez jakichś piratów skarbów. Jest ich jednak, oczywiście, dużo, a niektórzy powiedzą nawet, że za dużo.
Dodano tych zadań, smaczków i małych nowości całkiem sporo – ot, na przykład, zbieranie obrazów do naszej rezydencji teraz ma jakiś tam sens (mamy na to zadanie i narrację), a obok naszego kota, który wiernie towarzyszy nam w podróżach, możemy „zrekrutować” dodatkowe zwierzęta.
W związku z tym, że (na szczęście!) nie zdecydowano się na zrobienie z Black Flaga gry action RPG, produkcja nie należy do najtrudniejszych, bo też nie ma wyraźnych blokerów poziomu doświadczenia. O skuteczności naszego Edwarda nie decyduje ekwipunek i statystyki, a nasza sprawność. No dobrze, możemy zwiększyć chociażby zdrowie Edwarda, ale zrobiłem to w czasie gry tylko raz – na sam koniec gry i to bez powodu. Broń, owszem, ma swoje statystyki, ale nie różnią się one jakoś szczególnie, więc przebiegłem cała grę z bronią, którą zdobyłem w 5 godzinie gry. Stroje nie mają żadnego współczynnika ochrony i pełnią kosmetyczną rolę. Skill, nie staty.
Bitwy morskie

Sztormy, wiatry, burze, ogromne fale i trąby powietrzne – walki na morzu potrafią być ciekawe.Assassin’s Creed: Black Flag Resynced, Ubisoft, 2026.
Jedynym sztucznym blokerem, na który możemy się natknąć, są ulepszenia naszej Kawki. Po prostu jeśli porwiecie się na legendarny okręt w początkowym okresie gry, gdy nie macie wykupionych ulepszeń dla dział, moździerzy czy pancerza, przeciwnik pośle Was na dno jedną salwą. Same bitwy morskie, jak już napisałem wyżej, wciąż bawią i wciąż działają w niej te same taktyki. Jeśli więc dostajecie wciry w czasie bitwy z liczebnie przeważającym wrogiem, ustrzelcie jednego, aby dokonać abordażu i naprawić Kawkę. Reszta przeciwników wówczas daje nam czas na wyrżnięcie swoich kolegów i naprawianie statku.
Tu również pochylono się nad mechanikami gry – wraz z rekrutacją oficerów i atakami na forty przeciwnika, odblokujemy alternatywne tryby ataku. Przykładowo, uwielbiane z oryginału moździerze dostaną bardzo skuteczny tryb deszczu ognia, którym w dodatku możemy w czasie rzeczywistym sterować. Beczki natomiast możemy zamienić w ataki szrapnelowe. To miłe usprawnienia i ulepszanie Kawki jest satysfakcjonujące. Przy czym zaznaczę może, że da się grę przejść i walczyć z okrętami liniowymi wroga nawet bez wymaksowania Kawki. Całą grę przeszedłem w zasadzie tylko z jednym wymaksowanym ulepszeniem – pancerza, który zwiększa naszą wytrzymałość. Resztę miałem na wysokim, ale nie najwyższym poziomie.
Jest 2026, ale ponarzekamy tak, jakby był 2013
To, co bawi mnie niezmiernie, to fakt, że gdy zaczynam wyliczać wady Assassin’s Creed Black Flag Resynced, czuję się, jakbym był o wiele młodszym facetem, który kieruje Ezio, Arno lub oryginalnym Edwardem. Największą bowiem bolączką gry jest to, z czym seria miała problem od samego jej początku – czyli walka w zwarciu. Nad tą oczywiście również się pochylono, ale śmieszy mnie to dlatego, że jak narzekałem na mało rozbudowaną walkę i system oparty na kontrze w 2013 roku, tak narzekam i teraz. Powróciliśmy więc do starych, dobrych, znanych zarzutów, co w sumie może być dobrym sygnałem dla serii, bo ja akurat należę do tych graczy, którzy gąbkowatą walkę opartą na statystykach i erpegowatości przyjęli źle, a po Odyssey i Valhalla mam koszmary.
Czy walka w Black Flag Resynced jest fatalna? No nie, nie jest, to jakaś tam kontynuacja wypracowanych w pierwszych odsłonach mechanik, choć twórcy próbowali to jakkolwiek urozmaicić. Mamy więc system parowania, który jednak nie wywołuje automatycznej kontry, ale który zbija u przeciwnika pasek równowagi – gdy go zbijemy, możemy przeciwnika efektownie (bardzo, bardzo efektownie!) wykończyć. Możemy nawet wykończyć w ten sposób dwie i więcej osób, choć wcale nie jest to takie proste do wykonania (za to, podkreślę, absurdalnie wręcz efektowne!). Doszły również „mocne ataki”, a w przypadku niektórych broni mocne ataki zamieniają się w atak alternatywny – mamy chociażby szable, z których możemy strzelać. Bronie mają swoje perki, ale dostaliśmy również ozdoby (trinkiety), które wspierają nas pasywnymi umiejętnościami (np. nasze ataki szybciej zbijają równowagę wroga itd.).
Poza tym powracają kopniaki – te, którymi możemy wykopywać przeciwników w przepaść i te, którymi możemy ich powalić na ziemię. Są tez oczywiście usypiające i wywołujące berserkerski szał strzałki, są bomby dymne i linka, z której jednak niemalże w ogóle nie korzystałem. Nic szczególnie skomplikowanego i absolutnie zrozumiem tych, dla których to zbyt mało. Dla mnie walka była czymś wykonanym poprawnie – ani szczególnie mnie nie rajcowała (no, poza finiszerami), ani nie odpychała. Na pewno jednak Edward to silny, przekokszony pirat, stąd przyznam, że dawało mi satysfakcję wchodzenie na otwartego do bazy przeciwników i wykańczanie ich w efektowny sposób, biorąc niektórych jako żywe tarcze, potem podrzynając im gardła, potem koziołkując po plecach przeciwnika, aby sparować 2 uderzenia i niczym Geralt, rozpłatać dwóch Hiszpanów. Albo Anglików. Albo Portugalczyków. No, jest to zdecydowanie gra dla krajów postkolonialnych.
Bawi mnie również niezmiennie od początku tej serii, że wciąż – pomimo pięknych animacji – napotykam na te same, wyprowadzające z immersji błędy. Jeśli graliście w któregokolwiek Assassyna, na pewno to znacie – wejdźcie na drzewo, aby skoczyć na siedzących na dole dwóch przeciwników i wykonać podwójne zabójstwo. I teraz – jeśli przeciwnicy stoją, możliwe, że tego nie zauważycie, ale jeśli siedzą, animacja wariuje i na sekundę przed uderzeniem ich postacie nagle pionowo wstaną na baczność – po prostu dlatego, że nie zaprojektowano animacji zabójstwa siedzących przeciwników, więc kukiełki muszą stanąć do śmierci na baczność. Ten błąd dla serii jest wręcz cechą rozpoznawczą i uśmiechałem się (oraz kląłem), że w 2026 roku wciąż to widzę. Ale hej, ten 2026 to przecież tak naprawdę 2013.
Są również rozmaite bugi, a sama gra, choć działała wybornie, wyrzuciła mnie z 5 razy do Windowsa (co ciekawe, działo się to częściej im bliżej byłem końca gry), ale zaznaczam, że grałem bez day one patcha i na innym niż zalecany sterowniku graficznym.
Dobre bo stare
Powrót na stare śmieci okazał się dla mnie ciekawszy niż ostatnie gry z serii. Black Flag, choć był już grą z przepastnym, otwartym światem, wciąż zachowywał to, co w serii było niegdyś obecne. Zachowywał charakter. Czułem się w tym świecie zdecydowanie lepiej niż w starożytnej Grecji czy Anglii (choć były to przecież miejsca piękne) i nawet nie boczyłem się za bardzo na błędy, które właśnie w głowie łączyłem z tą starą, wysłużoną i zasłużoną assassyńską serią. Nie mogłem nadziwić się jednocześnie, jak bardzo różni się pisanie, dialogi i narracja starego Ubisoftu od nowych gier – w Black Flag zwyczajnie jesteśmy tego świata, tych bohaterów i tych wydarzeń ciekawi.
Cieszę się również, że Black Flag mógł na mnie zrobić drugie pierwsze wrażenie, bo dziś jestem skłonny przyznać, że to jeden z najlepszych jeśli nie najlepszy Assassyn, w jakiego grałem. I właśnie – mój Boże – to przecież wcale nie oczywiste, ale podkreślmy – ASASYN. Nie jakiś Ukryty. A Templariusze to nie jacyś Starożytni. Wracamy do tego, co uwielbialiśmy w tej grze – do konfliktu dwóch tajnych stronnictw, które w jasny i klarowny sposób potrafiliśmy połączyć z naszymi wyobrażeniami o tajnych sektach i organizacjach z popkultury. To działało na wyobraźnię. I było przecież proste. Ale gdzieś potem – w tej pogoni za największych otwartym światem – zapomniano, że Assassyn to nie tylko wspinaczka i ukryte ostrze.
Na szczęście Black Flag Resynced to wszystko przypomina – to najlepszy Assassyn, jaki powstał od czasów Black Flag i Unity (choć Unity, zwłaszcza w swojej surowej, niepołatanej formie, to w ogóle osobna sprawa i okazja do złości). Jeśli takie remaki planuje robić Ubisoft, to życzę sobie, aby dane mi było zagrać w trylogię Ezio na nowo czy właśnie we wspomniane Unity. Bo Ubisoft w Black Flag Resynced wydobył z gry to, co najlepsze, przypominając nam przy okazji, dlaczego ta seria stała się tak bardzo popularna.
- to ten sam Assassyn z 2013 roku, ale lepszy;
- wspaniała, piękna, miejscami spektakularna grafika, która świetnie pasuje do Karaibów;
- usunięcie wątku współczesnego dobrze wpłynęło na historię Edwarda – jest bardziej spójnie i bez rozpraszaczy;
- nowi oficerowie do rekrutacji wprowadzają nie tylko dobre questy powiązane z zemstą, ale również nowe mechaniki walki na morzu;
- nowe misje dla niektórych postaci pobocznych z oryginału, które lepiej domykają ich historie;
- ogólnie solidniejszy – w porównaniu ze współczesnymi Assassynami – poziom narracji; miejscami jest zabawnie, innym razem edgy;
- wątek główny to jedna z lepszych historii w całej serii; świetnie odegrane postaci takie jak James Kidd czy Edward „Czarnobrody” Thatch;
- sztormy i walka w ich czasie wyglądają spektakularnie. Fale stanowią przeszkodę dla wycelowanych dział;
- dodatkowa linia zadań w fazie schyłkowej gry;
- mnóstwo małych poprawek i zmian;
- ogromny, piękny, wypełnionymi znajdźkami świat – jeśli lubisz kolekcjonowanie i szukanie skarbów, to jest gra dla Ciebie.
- walka, czyli powód do narzekań od 2007 roku;
- trochę pomniejszych glitchy, błędów, crashy;
- wątek Robertsa wyprowadzał mnie z równowagi.
Egzemplarz gry do recenzji otrzymaliśmy bezpłatnie od firmy Ubisoft. Nasze zasady recenzowania gier oraz opis skali ocen znajdziesz tutaj.
Dziękujemy za przeczytanie artykułu.
Ustaw GRYOnline.pl jako preferowane źródło wiadomości w Google
6
Assassin’s Creed: Black Flag Resynced
To być może najlepszy Assassyn, w jakiego grałem. Black Flag, choć jest grą z przepastnym, otwartym światem, wciąż zachowuje to, co w serii było niegdyś obecne. Zachowuje charakter. Przez to nawet nie boczyłem się za bardzo na błędy, które właśnie w głowie łączyłem z tą starą, wysłużoną i zasłużoną asasyńską serią. Ubisoft w Black Flag Resynced wydobył z gry to, co najlepsze, przypominając nam przy okazji, dlaczego ta seria stała się tak bardzo popularna.








