Recenzja 007: First Light. Młody Bond dostał grę, która umie być filmem, ale nie zapomina, że ma dawać graczowi wybór
Młody James Bond od studia IO Interactive łączy w sobie Ethana Hunta, Hitmana i Nathana Drake’a, a to przekłada się na jedną z najlepszych singlowych gier akcji, która zaciera granicę pomiędzy filmowością oraz swobodą korzystania z licznych mechanik.
Wieść o tym, że po bardzo długiej nieobecności – i to zarówno na ekranach kin, jak i komputerów – powstaje nowa gra z Jamesem Bondem, była dużym zaskoczeniem. Jeszcze większą niespodzianką było to, że biorą się za to Duńczycy ze studia IO Interactive i pokażą nam zupełnie nieznaną wizję młodziutkiego Bonda u początków swojej kariery w MI6. Co z tego wyszło?
Twórcy Hitmana mieli tu sporo swobody twórczej, bo w sumie nie wiemy, kiedy i jak Bond zyskał te wszystkie swoje charakterystyczne cechy, przewijające się w każdym filmie, więc mogli bardzo luźno do tego podejść. Z tego powodu chyba, w moim odczuciu 007: First Light pokazuje nam trochę bardziej Ethana Hunta z dużą dawką Agenta 47 i mniejszą Nathana Drake’a, ale rzeczywiście przeniesionego do uniwersum Jamesa Bonda.
A wszystko to podane jest w niezwykle plastycznej, filmowej formie, która niemal zaciera granicę pomiędzy rozgrywką w grze akcji i oglądaniem wciągającego filmu o tajnym agencie Jego Królewskiej Mości. Nie wiem, czy to najlepsza gra z Jamesem Bondem w historii, bo są tam tak wiekowe tytuły, że w czasach swoich premier były odbierane zupełnie inaczej, ale na pewno jest to najlepsze połączenie Hitmana z Uncharted, jakie mogliśmy sobie wymarzyć.
Jakiś James w uniwersum Bonda
Dlaczego tak trudno było mi rozpoznać Jamesa Bonda w odgrywającym jego rolę Patricku Gibsonie? No bo to nie jest Bond, jakiego znamy. Nie wygląda jak milioner w kasynie, nie ma jego charakterystycznych tekstów, zachowań, nie zamawia wstrząśniętego martini. Wiele misji wykonuje z innymi agentami lub ze swoim mentorem. Przysypany gruzem na koniec jakieś grubej akcji kaskaderskiej nie poprawia nonszalancko krawata, tylko ledwo się rusza. Jest w tym wszystkim nieco bardziej ludzki, może nawet normalny, no i z twarzy oraz fryzury kojarzy mi się z młodym Huntem granym przez Cruise’a.
Ale z drugiej strony mamy absolutnie genialną czołówkę z bardzo „bondowską” piosenką Lany Del Rey, jakiej nie powstydziłby się najdroższy kinowy film z Bondem i w ogóle całą ścieżkę dźwiękową w klimacie kultowego motywu muzycznego. Jest gwiazdorska obsada z Hollywood, jest Moneypenny, Q i M, są szpiegowskie gadżety, jest pistolet Walther PPK, zegarek Omega i samochody Aston Martin z różnych roczników oraz mnóstwo bondowskich easter eggów. A przez całą rozgrywkę i fabułę przewijają się te różne charakterystyczne dla 007 motywy. Nawet jakby narastają aż do samej kulminacji, która sugeruje w małym „grand finale”, że w sequelu zobaczymy już tego dobrze znanego nam agenta 007.
Najbardziej filmowa gra, najbardziej grywalny film
Fabuła również trzyma poziom filmów z Jamesem Bondem, czyli jest bardzo w stylu „zabili go i uciekł” – niezbyt głęboka i intrygująca, za to bardzo rozrywkowa; po prostu dobrze się to śledzi i ogląda. Możemy zobaczyć początki kariery Bonda w brytyjskiej armii, gdzie służył jako zwykły załogant śmigłowca transportującego komandosów SAS. Dowiemy się, jak przeszedł do służby w MI6 i skąd wziął się numer 007, a sama historia, rozgrywająca się współcześnie, dotyka jakże istotnych dziś wątków wpływu sztucznej inteligencji na mechanizmy funkcjonowania państwa i tego, jak bardzo można AI ufać.
Jej największą zaletą nie jest jakość, ale wręcz idealna narracja, tempo i taki ogólny „flow”. Nie ma tu dłużyzn, nudy, niepotrzebnych fragmentów – zarówno gameplay, jaki i cutscenki są perfekcyjnie ze sobą połączone. Te około 15-18 godzin potrzebnych do przejścia gry chciałoby się niemal zaliczyć w jednej sesji. Wszystko jest tu podporządkowane bardziej filmowi niż gameplayowi, co widać najlepiej podczas sekwencji szkolenia Bonda.
Zamiast wykonywać różne tutoriale od początku do końca, oglądamy serię krótkich, pociętych fragmentów różnych akcji na wzór słynnego „training montage” z Rocky’ego i przy niektórych scenach dosłownie na chwilę przejmujemy stery: gdzieś biegniemy, oddajemy kilka strzałów lub przejeżdżamy samochodem. Odrobinę zawodzi jedynie przydługa końcówka, kiedy jakby na siłę wciśnięty jest gameplay walki z bossem, niezbyt pasujący do całej filmowej reszty.
W 007: First Light błyszczą też dobrze napisane dialogi i zapadające w pamięć postacie poboczne. Sam Gibson jest świetny i od razu można go polubić – miałem tu trochę zbliżone odczucia, jak przy Henryku z KCD. Podobnie jest z często towarzyszącym mu mentorem Greenwayem, w którego wcielił się znany z serialu The Walking Dead Lennie James. W całej grze jest chyba najbardziej wyrazistą i charakterystyczną postacią. Oczywiście nie zabrakło też urodziwych partnerek Bonda, ale mam wrażenie, że potraktowano je nieco bardziej marginalnie niż w filmach, a sam growy James nie jest jeszcze aż tak wielkim uwodzicielem.
Gadżetomania stosowana ze znakiem jakości „Q”
Wspominałem, że gameplay to głównie połączenie Hitmana z Uncharted. Z tej drugiej produkcji Bond zapożyczył wspinanie się, przesuwanie po krawędziach i całą pracę kamery podczas tych akcji. Twórcy trochę przesadzili z ilością tego „spidermanowania” bez ekwipunku – bardziej odpowiednio wyglądałoby to z użyciem choćby jakieś liny. No i lokacje są przez to upaćkane farbą lub specjalnie oznaczonymi obiektami, by wskazywać, gdzie dokładnie można się wspiąć. Cała reszta to taki Hitman w wersji „lite” z dodatkiem sprytnych gadżetów wprost z laboratorium Q. Oprócz stricte korytarzowych fragmentów, w każdym rozdziale opowieści trafiamy do półotwartych lokacji, gdzie mamy względną swobodę działania.
Nie możemy jednak z marszu rozpocząć wymiany ognia – Bond dostaje „licencję na zabijanie” dopiero, gdy przeciwnik jawnie skieruje na niego broń palną. Fani skradania prawie zawsze będą mogli wybrać tę nieco dłuższą drogę do celu, natomiast najciekawsze są sekwencje, które łączą skryte działanie z jawnym, ale pokojowym. Każdy, kto grał w ostatnie odsłony Hitmana od razu rozpozna tu system szukania różnych okazji, by dotrzeć do jakiegoś miejsca lub zdobyć ważny przedmiot. Zwykle trzeba wtedy podsłuchać jakąś rozmowę albo przejrzeć dokumenty i notatki.
Nie jest to aż tak złożone, jak oskryptowane metody eliminacji celu w Hitmanie i raczej nie zachęca, by ponownie przechodzić dany etap, ale wprowadza sporo różnorodności i ciekawych momentów w czasie misji. Poza tym dobrze to współgra z systemem blefowania, który zastępuje tu przebieranki z Hitmana i polega na wciśnięciu NPC-owi jakiejś wiarygodnej historyjki, by np. wejść na zakazany teren. Blefy są jednak ściśle limitowane ilością dostępnych punktów i wtedy z pomocą przychodzą gadżety.
Za pomocą sprytnego zegarka, smartfonu, pióra, zapalniczki czy aparatu, Bond może powodować u NPC-ów problemy gastryczne wymagające pilnej wizyty w WC, oślepiać ich na chwilę, zdalnie uruchamiać, przeciążać lub hakować różne urządzenia elektroniczne, przecinać kłódki, stawiać zasłony dymne, a nawet powalać małą falą uderzeniową. Łączenie tego wszystkiego w kreatywny sposób, by przejść dany etap nie tylko daje mnóstwo możliwości miłośnikom bezkrwawej rozgrywki, ale i ogólnie sporo frajdy, bo wydaje się mniej wyreżyserowane od oskryptowanych okazji w Hitmanie. Czuć tu większą wolność i okazję do kombinowania, twórcy wykorzystali to nawet do sporadycznych walk z bossami, których można zranić jedynie przez zdalną aktywację różnych obiektów – pułapek. Kilka razy natkniemy się też na naprawdę bardzo pomysłowe, wymagające pogłówkowania zagadki środowiskowe, związane z odgadnięciem kodu czterech cyfr. Warto jednak od razu nastawić się, że skradanie jest naprawdę uproszczone, takie w stylu premierowego Star Wars: Outlaws albo Indiany Jonesa. Wrogowie nie są zbyt ogarnięci, nie ma też opcji ukrywania ciał.
Licencja na oklepanie maski
Jeśli wyczerpiemy skryte i pokojowe metody, zawsze zostaje wariant siłowy. Młody Bond potrafi szczególnie widowiskowo prać przeciwników po pyskach. Lista ataków i uników jest bardzo krótka, jednak to, co wyróżnia First Light wśród innych gier, to bardzo interaktywne otoczenie, które ma wpływ na toczną w nim walkę. Specjalnością Jamesa jest rzucenie niemilcem na pobliską ścianę czy blat i praktycznie wszystko odpowiednio na to reaguje, roztrzaskując się jak rekwizyty w dobrym filmie akcji. Są nawet trofea za trafienie poniewieranym wrogiem w konkretny obiekt. Równie widowiskowo prezentują się animacje używania jako broni wszystkiego, co jest pod ręką, jak kubek czy klawiatura. A kiedy sprawy robią się poważne, Bond dostaje pozwolenie na użycie służbowego Walthera PPK oraz całej reszty arsenału broni palnej, którą można podnosić po zabitych wrogach.
Strzelanie nie jest jednak już tak spektakularne, jak przykładowo w Uncharted, choć trzeba przyznać, że headshoty wpadają bardzo soczyście, a animacja odstrzeliwanego hełmu zawsze daje sporo frajdy. Mamy tu znany patent bardzo ograniczonej ilości amunicji i konieczność ciągłego podnoszenia z ziemi nowej spluwy. Zaskakującą i bardzo filmowo wyglądającą nowością jest z kolei opcja rzucenia karabinem z pustym magazynkiem we wroga, co pozwala przejść do ataku wręcz. A wszędzie tam, gdzie intensywna wymiana ognia jest jedyną metodą, twórcy poustawiali obowiązkowe eksplodujące beczki oraz inne wybuchowe pułapki wedle wszelkich reguł klasycznego kina akcji.
Generalnie jednak da się odczuć, że Bond to nie jest komandos, co najpierw strzela, a potem pyta, tylko naprawdę szpieg, który powinien działać cicho i metodycznie. Broń to jedynie ostateczność, a 007: First Light nie jest strzelanką. Oczywiście nawet w sekwencjach strzelanin wciąż możemy korzystać z tych wszystkich opcji skradania się, walki wręcz oraz używać gadżetów z interaktywnym otoczeniem, co daje nam swobodę w reżyserowaniu po swojemu kinowej akcji.
Dopełnieniem klasyki filmowych scen są sekwencje z prowadzeniem samochodu bądź motorówki, jednak są to bardzo korytarzowe, oskryptowane momenty, w których po prostu mamy wciskać guzik odpowiedzialny za jazdę do przodu. Szkoda, bo trening trochę sugeruje sprawne używanie ręcznego na krętych nawrotach, ale potem nic takiego nie jest potrzebne. Jedynie pod koniec można powiedzieć, że twórcy „odpinają wrotki”, jeśli chodzi o użycie samochodu, ale niekoniecznie będzie to precyzyjne lawirowanie po ulicach.
Liga agentów
DNA Hitmana widać jeszcze w jednym miejscu – dodatkowym trybie tzw. taktycznych symulacji, gdzie Bond może trenować swoje umiejętności z pomocą wirtualnej rzeczywistości. Do wyboru mamy krótsze Eskalacje i dłuższe Operacje, a w praktyce są to po prostu nowe wyzwania z różnymi modyfikatorami do zaliczenia w znanych z fabuły miejscówkach. Zachętą do rozgrywki w tym trybie są przede wszystkim globalne rankingi graczy motywujące do śrubowania swoich wyników oraz możliwość odblokowywania i wykorzystania przeróżnych strojów dla Bonda, a całość została tak skonstruowana, by podobnie jak w Hitmanie twórcy mogli dodawać cyklicznie nową zawartość. Dla największych fanów to dobra zachęta, by zostać z grą na dłużej niż tylko przejście fabuły.
Tłumy i jednostki robią wrażenie
Co jeszcze można powiedzieć o 007: First Light? Za co pochwalić lub ewentualnie zganić? Dawno nie grałem w grę, z której mocno zapadłby mi w pamięć poszczególne sceny i momenty jak tutaj. Gra świateł i tłumy w nocnym klubie, komediowy gag z przypadkową dziewczyną przy barze, który ciągnie się aż do następnej misji, wiązanie muchy przerobione na gameplay czy hipnotyzująca wręcz scena z robotem i fortepianem to lista, która od razu przyjdzie mi do głowy przy podsumowaniach na koniec roku.
IO Interactive nie omieszkało też pochwalić się niezwykłymi możliwościami silnika Glacier, umieszczając w niektórych lokacjach ogromne tłumy NPC-ów, przy których fpsy nie spadają, a Bond bardzo naturalnie lawiruje, grzecznie reagując na ewentualne szturchnięcia i potrącenia. W ogóle nawet przypadkowe dotknięcia ścian mają tu swoją pasującą animację. Zapewne również dzięki Glacierowi nie znajdziemy tu dziwnie ulepionych twarzy postaci. Wręcz przeciwnie – oblicza bohaterów i ich mimika wyglądają bardzo naturalnie, po prostu wzorowo, jak w filmie, a nie grze komputerowej.
Bond, James Bond
Jeśli miałbym się już czepiać i wytykać jakieś wady w całej grze, to byłaby to wspomniana wcześniej, trochę sztucznie wydłużona końcówka, w której dość głupawa walka z bossem zaburza perfekcyjne do tej pory proporcje pomiędzy filmem i grą. Weterani mogą też ponarzekać na zapaćkane farbą krawędzie krzyczące „tu się wspinaj” – z drugiej strony dla początkujących graczy będzie to przydatna pomoc. Rozczarowują, poza tym, sekwencje jazdy samochodem – można jednak zrozumieć, że twórcom chodziło o czystą akcję, a nie dodanie jeszcze do całości elementów z Forzy Horizon. Polska wersja językowa z napisami wypada całkiem nieźle, choć natknąłem się na małą wpadkę, gdy cała sekwencja zdań o Greenwayu odnosi się do niego w rodzaju żeńskim.
007: First Light to świetny przykład na to, jaki potencjał ciągle drzemie w dobrze zrobionych grach akcji single player – bez trybu kooperacji, lootu i innych niepotrzebnych zapychaczy. Zdaję sobie sprawę, że zapewne pomógł tu całkiem niemały budżet, ale akurat w tym przypadku widać, że żaden cent czy eurocent nie został zmarnowany. Dostaliśmy świetne, wciągające widowisko, które zaciera granicę pomiędzy angażującą rozgrywką akcji oraz interaktywnym filmem. A co jeszcze lepsze, jest wzorowo wykonanym otwarciem, czy też restartem starej, zaniedbanej marki, która przyniesie – oby – jeszcze lepsze sequele. Bo o to, że już „wstrząśnięty, nie zmieszany” James Bond powróci – możecie być pewni!
- świetny restart znanej, ale mocno zaniedbanej marki;
- idealne połączenie angażującej gry akcji z mnóstwem mechanik i swobodą rozgrywki oraz interaktywnego filmu;
- bardzo dobre role Patricka Gibsona oraz Lennie Jamesa, zapadające w pamięć postacie poboczne;
- sprawnie napisane dialogi, wzorowa narracja, tempo i fabuła, którą po prostu śledzi się z zaciekawieniem;
- sporo swobody w półotwartych lokacjach: hitmanowskie okazje, blefowanie, interakcje z otoczeniem za pomocą bondowskich gadżetów pozwalają na dużo kreatywności w osiągnięciu celu;
- niezwykle widowiskowa walka wręcz z wykorzystaniem elementów otoczenia;
- dodatkowy tryb i wyzwania TacSim pozwalają zostać z grą na dłużej niż tylko do ukończenia fabuły;
- świetna oprawa graficzna z perfekcyjnie odtworzonymi twarzami bohaterów oraz tłumami NPC-ów w jednej lokacji;
- kilka mocno zapadających w pamięć momentów;
- mnóstwo easter eggów i nawiązań do filmów z Bondem oraz zachowany klimat tego uniwersum.
- trochę za dużo „unchartedowego” wspinania po pomazanych farbą krawędziach;
- końcowa walka średnio pasuje do całości.
Egzemplarz gry do recenzji otrzymaliśmy bezpłatnie od firmy IO Interactive. Nasze zasady recenzowania gier oraz opis skali ocen znajdziesz tutaj.
GRYOnline
Steam
Dziękujemy za przeczytanie artykułu.
Ustaw GRYOnline.pl jako preferowane źródło wiadomości w Google
1
007: First Light
007: First Light to świetny przykład na to, jaki potencjał ciągle drzemie w dobrze zrobionych singlowych grach akcji. Żaden cent niemałego budżetu nie został zmarnowany - dostaliśmy świetne, wciągające widowisko, które zaciera granicę pomiędzy angażującą rozgrywką oraz interaktywnym filmem. Przydługa końcówka czy pewne uproszczenia mechanik w niczym nie psują ogólnego wrażenia, bo też dawno nie grałem w grę, z której mocno zapadłby mi w pamięć poszczególne sceny i momenty.










