Gdyby nie Medal of Honor: Allied Assault, współczesne strzelanki prawdopodobnie wyglądałyby zupełnie inaczej. Kto wie, może nawet nigdy nie powstałaby seria Call of Duty?
Są takie projekty, które przewracają do góry nogami prawa, jakimi rządzą się poszczególne gatunki, i wpływają na całą branżę gier wideo, ustanawiając nowe zasady, których deweloperzy trzymają się przez kolejne lata lub nawet dekady. Kiedy w styczniu 2002 roku na komputerach osobistych zadebiutowało Medal of Honor: Allied Assault, wiadomym było, że od tej pory pierwszoosobowe strzelanki zmienią się nie do poznania, a „filmowa” narracja zacznie w nich odgrywać kluczową rolę. Gdyby nie to dzieło zespołu 2015, Inc., być może nigdy nie narodziłaby się marka Call of Duty, a FPS-y wciąż trzymałyby się zasad wypracowanych jeszcze w latach 90. XX wieku.
Ten cykl nie jest częścią naszego działu Premium. Decydując się na zakup abonamentu, możesz jednak pomóc w tworzeniu większej liczby takich tekstów. Dziękujemy.
Kup Abonament Premium GRYOnline.pl
Powyższy śródtytuł nie pojawił się tutaj przypadkowo. Mój pierwszy kontakt z Medal of Honor: Allied Assault miał bowiem miejsce… na kanale Hyper, gdzie fragmentowi rozgrywki z tej gry przygrywał kawałek zespołu Sweet Noise, zatytułowany Ilu jeszcze. Fragmentowi nie byle jakiemu, bo prezentującemu słynny desant w Normandii, będący prawdziwą wizytówką tej pozycji. Deweloperzy, na których czele stali Vince Zampella i Jason West, niemal dosłownie zacytowali w nim bliźniaczą scenę z filmu Szeregowiec Ryan w reżyserii Stevena Spielberga, pozwalając nam poczuć się niczym bohaterowie znani z kina.
Wciąż pamiętam, jak potężne wrażenie zrobił na mnie ów klip. Niemniej dopiero kiedy kilka miesięcy później mogłem samodzielnie zawalczyć o przetrwanie w tym miejscu, miałem okazję przekonać się, jak to jest mierzyć się z przeciwnikiem, którego nie widać, bo siedzi w majaczącym w oddali bunkrze, zajmując bezpieczne stanowisko za CKM-em.
Co ciekawe, mógłbym przysiąc, że misja na plaży Omaha otwierała całą grę. Przygotowując się do napisania niniejszego tekstu, ze zdziwieniem przypomniałem sobie, iż w rzeczywistości poprzedzały ją dwie inne. Z perspektywy czasu stwierdzam, że była to pewna bolączka Medal of Honor: Allied Assault, bowiem większość pozostałych etapów, choć zrealizowana bardzo dobrze, wypadała zwyczajnie blado na tle tego pamiętnego desantu.

Głównym bohaterem gry był Mike Powell, czyli elitarny żołnierz amerykańskich Rangersów, którego zwerbowano do jednostki OSS. Stając się asem wywiadu Stanów Zjednoczonych, miał on dokonać szeregu sabotaży oraz infiltracji na terenach należących do III Rzeszy, przygotowując grunt pod przeprowadzenie skutecznej kontrofensywy przez Aliantów.
Przygoda w Medal of Honor: Allied Assault wiodła nas od gorącej Algierii, przez mroźną Norwegię i wspomnianą już plażę Omaha, po francuskie tereny znajdujące się pod niemiecką okupacją. Na przestrzeni sześciu misji, które podzielono na mniejsze poziomy, realizowaliśmy przeróżne zadania, odbijając jeńców, niszcząc niemieckiego U-Boota i prototypowy system radarowy, przeprawiając się przez pełną zasieków i ostrzeliwaną plażę Omaha oraz wysadzając niemieckie działa w trakcie operacji Overlord, a także walcząc o życie we francuskim miasteczku naszpikowanym snajperami.
Ostatnie z wymienionych zadań zasługuje na dłuższą wzmiankę, bowiem było drugim, które zapadło mi (i z pewnością nie tylko mi) w pamięć. Powodem był iście morderczy poziom trudności, który sprawiał, że szukając snajperów wroga, trzeba było poruszać się z niebywałą wręcz ostrożnością, na każdym kroku rozglądając się po oknach budynków i próbując wyprzedzić czających się w nich wrogów.

Twórcy dwoili się i troili, by zróżnicować stawiane przed nami cele. Choć w większości przypadków rozgrywka sprowadzała się do parcia przed siebie i eliminowania niemieckich żołnierzy, nie brakowało tu etapów niemal skradankowych, a także snajperskich. Na naszym podorędziu znajdował się szeroki wachlarz broni palnej z epoki, obejmujący pistolety maszynowe (doskonale sprawdzające się w ciasnych lokacjach), strzelbę oraz karabiny (klasyczne i snajperskie). Czasami w nasze ręce trafiała też wyrzutnia rakiet, a i granaty bywały przydatne tu i ówdzie.
Co ciekawe, przeciwnicy potrafili odrzucić w naszym kierunku te ostatnie, przez co nie zawsze były one skuteczną bronią. Zresztą ich sztuczna inteligencja potrafiła robić wrażenie, a zachowania takie jak wykorzystywanie rzeźby terenu na swoją korzyść, ukrywanie się za osłonami, prowadzenie ognia zaporowego czy atakowanie z flanki były tu na porządku dziennym.

Podobać mogła się również oprawa graficzna, bowiem deweloperzy ze studia 2015 wycisnęli naprawdę sporo z silnika Quake’a III: Areny. Z drugiej strony nie wycisnęli z niego wszystkiego, bo zaryzykowałbym stwierdzenie, że Return to Castle Wolfenstein, o którym przypominałem na łamach niniejszego cyklu jakiś czas temu, prezentował się nieco lepiej. Mimo wszystko jakości oprawy wizualnej MoH: AA nie można było nic zarzucić.
Podobnie miały się sprawy z warstwą dźwiękową, bowiem do dzisiaj bronią się zarówno odgłosy wystrzałów, eksplozji oraz innych dźwięków z pól bitew, jak i soundtrack, pod którym podpisał się kompozytor Michael Giacchino.
Medal of Honor: Allied Assault miał do zaoferowania nie tylko kampanię fabularną, lecz również tryb multiplayer. Produkcja oferowała niezbyt odkrywczy zestaw wariantów rozgrywki, może poza opartym na wykonywaniu misji trybem Objective. Choć zrealizowano go poprawnie, to jednak brakowało mu trochę do poziomu, który później duet West i Zampella osiągnął ze swoim zespołem w Call of Duty.

Zanim jednak Medal of Honor: Allied Assault doczekał się duchowego następcy, a zarazem konkurencji w postaci dzieła stworzonego pod banderą Infinity Ward, najpierw otrzymał dwa dodatki, czyli Spearhead oraz Breakthrough. Kiedy West i Zampella opuścili swoje studio, zabierając ze sobą jego trzon, rozwój serii został przekazany w ręce innych deweloperów. Choć kolejni twórcy zazwyczaj wychodzili z powierzanych im zadań obronną ręką, to jednak nie ma co ukrywać, że w kolejnych latach marka Medal of Honor nie była w stanie sprostać wyzwaniu ze strony kolosa, w jakiego zmieniło się Call of Duty i zwyczajnie ustąpiła mu pola. Jednocześnie Medal of Honor przegrało swoistą „wojnę domową”, bowiem miejsce głównej strzelankowej marki w portfolio jego wydawcy ostatecznie zajął Battlefield. Ale to temat na inną opowieść…

Na szczęście Medal of Honor: Allied Assault to jedna z tych produkcji, które w chwili pisania tych słów można bez problemu zdobyć w dystrybucji cyfrowej. Gra jest dostępna na platformie GOG w zestawie War Chest (zawierającym jej podstawową wersję i dwa rozszerzenia), a jego regularna cena wynosi 39,45 zł. Pudełkowe wydanie MoH: AA to z kolei wydatek rzędu kilkudziesięciu złotych (w zależności od zawartości i stanu).
Zanim sięgniecie do portfela, miejcie na uwadze, że choć omawiana pozycja położyła podwaliny pod współczesne strzelanki, to jednak została zrealizowana w starym stylu. Nie spodziewajcie się więc prowadzenia za rękę czy automatycznego leczenia ran. Nie zdziwcie się też na widok menu głównego, które jest stylizowane na gabinet wojennego dowódcy. Mało praktyczne, ale bardzo klimatyczne; dzisiaj już się takich nie robi.

Retro Gaming
Cykl Retro Gaming rozwijamy od października 2023 roku. Polecamy teksty wchodzące w jego skład. Poniżej linkujemy do pięciu poprzednich odcinków:
Dziękujemy za przeczytanie artykułu.
Ustaw GRYOnline.pl jako preferowane źródło wiadomości w Google
Część odnośników na tej stronie to linki afiliacyjne. Klikając w nie zostaniesz przeniesiony do serwisu partnera, a my możemy otrzymać prowizję od dokonanych przez Ciebie zakupów. Nie ponosisz żadnych dodatkowych kosztów, a jednocześnie wspierasz pracę naszej redakcji. Dziękujemy!
GRYOnline
Gracze

Autor: Krystian Pieniążek
Współpracę z GRYOnline.pl rozpoczął w sierpniu 2016 roku. Pomimo że Encyklopedia Gier od początku jest jego oczkiem w głowie, pojawia się również w Newsroomie, a także w dziale Publicystyki. Doświadczenie zawodowe zdobywał na łamach nieistniejącego już serwisu, w którym przepracował niemal trzy lata. Ukończył Kulturoznawstwo na Akademii Górniczo-Hutniczej w Krakowie. Prowadzi własną firmę, biega, uprawia kolarstwo, kocha górskie wędrówki, jest fanem nu metalu, interesuje się kosmosem, a także oczywiście gra. Najlepiej czuje się w grach akcji z otwartym światem i RPG-ach, choć nie pogardzi dobrymi wyścigami czy strzelankami.