Ilu graczy, tyle opinii na temat gier z serii Assassin’s Creed. Sprawdź, które produkcje o asasynach są ciekawsze, a które można sobie odpuścić... lub wypróbować w dalszej kolejności.
Michał Pajda
Z najlepszą odsłoną serii Assassin’s Creed jest trochę jak z ulubioną czekoladą. W obu przypadkach może pojawić się sporo odmiennych zdań – i po części każda ze stron może mieć trochę racji. Kolejne produkcje dodawały nowe elementy, w większości pasujące do proponowanych realiów, a dopiero od niedawna cykl zmienił gatunkowy wektor (co mogło okazać się dlań zabójcze, ale takie nie było). Dziś przedstawiam Wam mój prywatny ranking czekolad (najlepsza jest biała, z rodzynkami, zupełnie jak serniczek – przypadek?)... znaczy się – gier z ubisoftowego cyklu o skrytobójcach. Jest całkowicie subiektywny i można się z nim zgadzać lub nie, do czego oczywiście zachęcam w sekcji komentarzy. Tylko mnie, he, he, za niego nie zabijcie.
Przygoda w Assassin’s Creed: Valhalli okazała się dla mnie męcząca do tego stopnia, że nie ukończyłem żadnego dodatku z season passa, chociaż grę kupiłem w edycji kolekcjonerskiej. Nie znalazłem nawet czasu ani chęci na to, aby przejść główną fabułę „podstawki”.
Gdzieś ulotnił się dla mnie asasyński klimat, zgodnie z którym frajdę sprawiało stawanie się ostrzem w tłumie i atakowanie z ukrycia. Eivor był (lub była, w zależności od preferencji gracza) pełnokrwistym wojownikiem łaknącym otwartej walki o chwałę i tytułową Valhallę. Nie pasowało mi tu totalnie zwinne przemieszczanie się po dachach, śledzenie wybranych celów i skrytobójcze ataki, tym bardziej w pełnym rynsztunku wikinga.
Trudno jednak skreślać Valhallę ze względu na mechaniki, bo tytuł ten to świetne RPG, ale słaby „Asasyn”. Jeśli szukacie ogromnej gry z mnóstwem typowej dla Ubisoftu treści, z ładnymi widoczkami i erpegowym sznytem, będziecie zachwyceni. Ale wymagając od niej elementów charakterystycznych dla przyczajonych w ukryciu asasynów, mocno się zawiedziecie.
Assassin’s Creed: Mirage jest wielopłaszczyznowym zawodem. O ile techniczna strona tegorocznej odsłony cyklu stoi na przyzwoitym poziomie – mowa o całości rozgrywki, bo podczas zabawy natknąć można się na mniej lub bardziej irytujące glitche – tak wyraźnie odczuwalny jest spory krok wstecz, jeśli chodzi o jakość różnych rozwiązań.
Zachowanie protagonisty w tłumie (takie jak np. odtrącanie przechodniów), parkour czy skrytobójcze eliminowanie napotykanych na drodze celów jest tu mocno zubożone względem np. Assassin’s Creed: Unity z 2014 roku. Do minusów zalicza się również nudna kampania główna, niespecjalnie emocjonujące aktywności i zadania poboczne, a także bezbarwni bohaterowie drugoplanowi. Nawet w historii Basima odczuwalny jest niewykorzystany potencjał. Może ten stan rzeczy zmienią DLC, których początkowo miało nie być, ale menu główne zdradza, że francuski gigant chce wycisnąć z tej części serii jeszcze więcej w nieodległej przyszłości.
Na każdym kroku widać, że Mirage miał być początkowo dodatkiem do Valhalli. Przy żądanej przez wydawcę kwocie jakość zabawy może boleć – tym bardziej gdy porównamy ją chociażby z rozgrywką z Cyberpunka 2077: Widma wolności, dodatku do gry CD Projektu RED, który przy dwukrotnie niższej cenie w dniu premiery potrafił zagwarantować co najmniej dwukrotnie więcej frajdy i emocji.
Assassin’s Creed: Syndicate spotkało się z mieszanymi opiniami. Jednych znużył niezbyt atrakcyjny wątek fabularny, innych zachwyciła wirtualna stolica Anglii i wiktoriański styl. Świat w tej odsłonie serii wygląda naprawdę dobrze, a parę usprawnień – takich jak nowe gadżety, na czele z linką ułatwiającą szybką podróż – nadało inny rytm parkourowemu przemieszczaniu się między zabudowaniami.
Szkoda, że tak jak wirtualni architekci do swojego zadania nie przyłożyły się osoby odpowiedzialne za fabułę i postacie. Te w Syndicacie tylko „są”, ale nie można powiedzieć, że zachwycają czy powalają. Sporo tu niewykorzystanego potencjału, bo główni bohaterowie (tych jest po raz pierwszy w serii dwóch) to założyciele londyńskiego gangu, którego drogi przecinają się ze ścieżkami asasynów (skojarzenia z Peaky Blinders nie są bezpodstawne).
Uroku dodają też inne smaczki, takie jak chociażby mobilna baza-pociąg czy klimatyczne DLC. To przyzwoita gra i warto dać jej szansę, zwłaszcza gdy chodzi o graczy, którzy w serii Assassin’s Creed bardziej skupiają się na gameplayu niż fabule. W tym drugim przypadku bowiem odpuszczenie sobie Syndicate’a nie będzie największą życiową stratą.
Assassin’s Creed: Origins stanowiło dziwny eksperyment, który podzielił społeczność. Do tej pory gra była bowiem akcyjniakiem, który w mniejszym lub większym stopniu kładł nacisk na skradanie się. W Origins, którego historia osadzona jest w starożytnym Egipcie, skradanie się wciąż pozostaje w łaskach, ale już cały gameplay niebezpiecznie romansuje z erpegowymi schematami, pchając serię właśnie w tym kierunku.
Chcąc nie chcąc, musimy więc rozwijać bohatera oraz sprzęt (w tym ukryte ostrze), jeśli chcemy poradzić sobie z kolejnymi zadaniami. A tym samym skazani jesteśmy na wykonywanie szeregu aktywności pobocznych, niestety – niezbyt emocjonujących. Przy założeniu, że Assassin’s Creed to skrytobójcze działanie w ukryciu, musimy nieustannie zdobywać nowe uzbrojenie lub ulepszać już posiadane, aby przesadnie nie odstawać poziomem od przeciwników. Mnie ten zwrot się nie spodobał, ale sympatyków wzorowania się na Wiedźminie 3 (co zresztą przyznali sami twórcy – a jak zrzynać, to od najlepszych) jest wśród fanów serii naprawdę sporo.
W internecie można znaleźć niemało opinii twierdzących, że Assassin’s Creed 3 było raczej nudną i niezbyt ciepło wspominaną odsłoną serii. Ja jednak bawiłem się przy nim całkiem dobrze, chociaż rozumiem, dlaczego takie głosy mogą się pojawiać. W końcu Ratonhnhake:ton – lub po prostu Connor Kenway – jest raczej skupionym na swoim celu indywidualistą z indiańskimi korzeniami. A to diametralna zmiana po buńczucznym Eziu, z którym gracze zdążyli się zżyć przez aż trzy odsłony cyklu poprzedzające „trójkę”.
Niemniej rozgrywka była dość świeża jak na 2012 rok. Największą nowinkę stanowiły chyba efekciarskie bitwy morskie. Wzbogacenie gry w system craftingu oraz towarzyszące mu polowania, jeszcze lepiej zrealizowana walka w zwarciu (w tym możliwość wykorzystania żywej tarczy do osłony przed ostrzałem muszkietów przeciwnika), a także opcja ucieczki nie tylko po dachach, ale również przez otwarte mieszkania – wszystko to okazało się strzałem w dziesiątkę.
Nawet jeśli część tych mechanik nie wydawała się jakoś niezwykle potrzebna, świetnie wpasowywały się w realia bohatera i urozmaicały pogoń za kolejnymi zadaniami fabularnymi. Wypada wspomnieć również o tym, że „trójka” dostała całkiem niezły remaster i była swego czasu oferowana przez Ubisoft za darmoszkę – jest więc spora szansa, że macie ją w swojej kolekcji. Może więc warto odświeżyć sobie właśnie ten tytuł, zamiast przeinwestować w Mirage?
W pierwszym Assassin’s Creed zakochałem się bez opamiętania. Faktem jest, że rozgrywka była dość powtarzalna, ale w czasach, w których tytuł ten debiutował – a był to rok 2007 – nie przeszkadzało mi to zupełnie. Ot, żywot skrytobójcy w pigułce. Należało najpierw zdobyć zlecenie i niezbędne informacje na temat celu, a następnie przeprowadzić egzekucję i uciec z miejsca zdarzenia. Żałuję, że właśnie taka formuła, bardzo mocno skupiająca się na skradankowym zaplanowaniu idealnego zabójstwa, nie stała się główną osią kolejnych odsłon serii.
Opowiadana tu historia miała swoje momenty i plot twisty. Motyw „od zera do bohatera” wynikający z pychy protagonisty był przyjemnym tłem dla odbudowy reputacji Altaira w zakonie asasynów. Podobnie wątek współczesny, bardzo enigmatyczny, przez co budujący napięcie. Jednak to poruszanie się po wirtualnym świecie – parkour, a tym samym wspinaczki oraz ucieczki – sprawiało, że ta gra była niezwykle świeża. Po sukcesie finansowym Mirage’u szansa na remake „jedynki” chyba wzrosła i nie zamierzam kryć się z tym, że na taki rozwój wypadków czekam chyba bardziej niż na kolejnego erpegowego „Asasyna”. Nawet osadzonego w Japonii.
Jedną z dwóch asasyńskich gier, które wydane zostały w 2014 roku, było Assassin’s Creed: Rogue. Największą nowinką w tym tytule okazał się jednak nie gameplay, rozgrywka bowiem wyglądała bardzo podobnie do tego, co widzieliśmy w Black Flag, tylko fakt, że główny bohater sprzymierzony był z templariuszami zamiast asasynów. Oznaczało to, że na cały konflikt obu zakonów mogliśmy spojrzeć z nieco innej perspektywy. I wcale nie stawaliśmy z automatu po stronie tych złych – optyka sporu wywracała się do góry nogami.
Najwięcej emocji w całą historię wpompowała... konieczność zabijania asasynów – niegdysiejszych kompanów z początkowych godzin przygody. I chociaż w tę odsłonę cyklu grało mi się świetnie, tak jednego przeboleć nie potrafię – wyglądu głównego bohatera. Shay Cormac brzmi może całkiem nieźle (Steven Piovesan odwalił tu tytaniczną robotę), ale wygląda bardzo źle – i równie dobrze mógłby się nazywać... Janus(z).
Jeśli graliście w część o podtytule Origins, Assassin’s Creed: Odyssey to pozycja obowiązkowa. Grecja jest jeszcze bardziej kolorowa i wizualnie zróżnicowana, a jej zwiedzaniu towarzyszy przepiękna ścieżka audio. Miłośnikom rozbudowanych „erpegów” przypadnie do gustu fabuła i część zadań pobocznych. I chociaż spotykamy tu znane z książek historycznych osobistości i bierzemy udział w historycznych bitwach (początek gry i potyczka 300 Spartan, którym przewodniczy gracz Leonidas, robią ogromne wrażenie), tak w kontekście snutej na ekranie opowieści wciąż nie jest idealnie.
Zadania czasem są zabawne i angażujące (jak np. to z fałszywym minotaurem), innym razem drętwe i pozbawione swady w dialogach (wątki romantyczne to jakaś tragedia, serio). Na szczęście bardzo mocno poprawiona została walka, wciąż ograniczona przez erpegowy gorset. Przygotujcie się też na sporo grindu – Odyssey to ogromna gra, w której spędzicie co najmniej kilkadziesiąt godzin, a konieczność levelowania... no cóż – moje zdanie na ten temat już znacie.
Do Assassin’s Creed IV: Black Flag mam wyjątkowy sentyment ze względu na umiłowanie morskiego gameplayu, a nie rumu, żeby była jasność. Żeglowanie w tej odsłonie zdominowało jednak rozgrywkę, a nawet momentami przyćmiło naprawdę przyzwoitą fabułę. Historia nieźle pomyślanego bohatera, pirata Edwarda Kenwaya, wydawać się więc może odrobinę rozwodniona. Nie zmienia to jednak faktu, że Black Flag jest dobrą produkcją z naciskiem położonym na eksplorację i rozwój nie tylko bohatera, ale także dowodzonego przez niego okrętu o wdzięcznej nazwie Kawka.
Black Flag po premierze oberwało się raczej za stronę techniczną oraz niespecjalnie wysoki poziom skomplikowania zabawy. Trudno jednak przyczepić się do pirackich klimatów, które wciągają w kontekście głównej fabuły (zarówno tej historycznej i jej wzruszającego zakończenia, jak i współczesnej) oraz do aktywności opcjonalnych. Jeśli nie zraża Was otwarta struktura wirtualnych światów w ostatnich „Asasynach”, a chcecie pożeglować ogromnymi okrętami pływającymi po osiemnastowiecznych Karaibach, koniecznie musicie sięgnąć po tę część.
Można powiedzieć, że dzisiejsze Assassin’s Creed: Unity i Assassin’s Creed: Unity w momencie swojej premiery to dwie zupełnie różne gry. Tytuł ten w 2014 roku borykał się z ogromnymi problemami technicznymi, których znakiem rozpoznawczym stała się... twarz postaci z wyrenderowanymi jedynie gałkami ocznymi i szczęką. W parze z tego typu glitchami i bugami szły lawinowo negatywne komentarze odradzające zakup produkcji w takim stanie.
Ten konsumencki bojkot (pewnie na skalę niewielką, ale dość głośną w internecie) wyszedł jednak grze na dobre. Dziś, po wielu poprawkach, można bowiem polecić Unity jako jedną z lepszych odsłon serii, której pozazdrościć parkouru i realistycznego tłumu na ulicach powinny najnowsze części z Mirage’em na czele. Bohater fikał pomiędzy ścianami i gzymsami, wykonując dodatkowe ewolucje – podobnie sprawa miała się z cichymi zabójstwami, które były okrutnie efektowne (i efektywne też, zdecydowanie). A jako że tło naszych poczynań stanowiła Francja – i to z bardzo ciekawego okresu, bo przemian społecznych rewolucji francuskiej – tytuł ten przykuwa zakulisowymi działaniami Arno i spółki, dając poczucie realnego wpływu na znane wydarzenia historyczne.
Trudno powiedzieć, czy lepszą odsłoną cyklu jest oryginalna „dwójka”, w której przejmujemy kontrolę nad kochliwym młokosem, czy też Revelations, gdzie ten sam bohater posunięty już w latach kieruje działaniami asasyńskiego bractwa. Niemniej cała trylogia poświęcona postaci Ezia Auditore da Firenze to majstersztyk w najczystszej postaci. Protagonista jest najbardziej charyzmatyczną osobistością w całej serii, a my w trakcie trzech gier towarzyszymy mu w przygodzie napędzanej prywatną wendettą.
I tak jak poszczególne części uważam za najlepsze w cyklu, tak The Ezio Collection jako całość nie jest produktem bez wad. To w zasadzie delikatny lifting owych pozycji, bez wsparcia dla 60 klatek czy zauważalnie lepszej oprawy wizualnej, a nawet z pozostawieniem baboli, na które narzekano w oryginalnych grach. Ale w 2016 roku nie działo się przesadnie wiele w uniwersum asasynów, dlatego jeśli nie graliście wcześniej w te tytuły, The Ezio Collection będzie dobrym wyborem. Bo całą trylogię wypada znać, tym bardziej jeśli przygodę z Assassin’s Creed zaczęliście od nowszych odsłon.
Dziękujemy za przeczytanie artykułu.
Ustaw GRYOnline.pl jako preferowane źródło wiadomości w Google
Więcej:Weteran Mass Effect dołącza do CD Projekt Red. Nowe, kluczowe stanowisko budzi wielkie emocje
GRYOnline
Gracze
Steam
OpenCritic
GRYOnline
Gracze
Steam
OpenCritic
GRYOnline
Gracze
Steam
OpenCritic
GRYOnline
Gracze
Steam
GRYOnline
Gracze
Steam
GRYOnline
Gracze
Steam
12