Pillars of Eternity: The White March. Niektóre RPG potrzebowały dodatku, żeby naprawdę rozwinąć skrzydła. Oto moje ulubione przykłady
- Dragon Age: Origins - Awakening
- Pillars of Eternity: The White March
- Fallout: New Vegas – Old World Blues
- Wiedźmin 3: Krew i wino
- Dark Souls 3: The Ringed City
- Neverwinter Nights 2: Mask of the Betrayer
- Elden Ring: Shadow of the Erdtree
- Diablo 2: Lord of Destruction
- Cyberpunk 2077: Widmo wolności
- Baldur’s Gate 2: Throne of Bhaal
Pillars of Eternity: The White March
- Producent: Obsidian Entertainment
- Rok wydania: 2015
Na podstawkę Pillars of Eternity czekałem nie mniej niż na Wiedźmina 3. Na pewno bardziej niż na pierwsze Divinity: Original Sin (ostatecznie w rywalizacji o rząd dusz miłośników izometrycznych RPG wygrał jednak Larian, ale wtedy nie było to takie oczywiste). Uwielbiałem ten powrót do klasycznego stylu graficznego, ręcznie malowanych portretów, perspektywy, zarządzania sześcioosobową drużyną. Ujął mnie też klimat będący mroczniejszą wariacją wokół Baldur’s Gate z lekko tormentowym zacięciem.
The White March fundowało nam tym razem nostalgiczną podróż w stronę krajobrazów rodem z Icewind Dale – dodatek zabierał nas bowiem do tytułowej mroźnej krainy na północy. DLC oferowało kawał porządnej fabuły, nowe wyzwania, całe tony klimatu, sporo wyzwań – i to zdecydowanie trudniejszych oraz lepiej przemyślanych niż w wersji podstawowej. Uzupełniało też dosyć dziwny brak Pillarsów – wreszcie dostawaliśmy opcję przyłączenia do drużyny złodziejki (i to była znakomicie napisana postać). Dotąd albo sami tworzyliśmy takiego bohatera, albo łataliśmy brak w ramach rekrutowania anonimowych NPC bez osobowości – albo po prostu wpadaliśmy w pułapki twarzą.

