Niektóre RPG potrzebowały dodatku, żeby naprawdę rozwinąć skrzydła. Oto moje ulubione przykłady
Z RPG często jest tak, że stają się prawdziwie pełne dopiero po wypuszczeniu dodatku czy dwóch. Wiedźmin 3 wprawdzie już się wydawał pełną grą, ale jednak dostaniemy Pieśń przeszłości. W międzyczasie polecam ulubione dodatki, żeby umilić oczekiwanie.
- Dragon Age: Origins - Awakening
- Pillars of Eternity: The White March
- Fallout: New Vegas – Old World Blues
- Wiedźmin 3: Krew i wino
- Dark Souls 3: The Ringed City
- Neverwinter Nights 2: Mask of the Betrayer
- Elden Ring: Shadow of the Erdtree
- Diablo 2: Lord of Destruction
- Cyberpunk 2077: Widmo wolności
- Baldur’s Gate 2: Throne of Bhaal
Zawsze można coś poprawić, coś dodać, rozwinąć jakąś mechanikę czy fragment scenariusza. Dlatego – czasem z wyrachowania, czasem potrzeby twórczej i konieczności wydawniczej – powstają dodatki. W przypadku RPG oznacza to jeszcze dłuższą podróż z bohaterem, w którego rozwój i historię i tak już zainwestowaliśmy dziesiątki godzin. Często przy tym dostajemy nowe mechaniki, zabawki, klasy postaci. Dziś wybieram te rozszerzenia i DLC, które najbardziej trafiły w mój gust – ale i Wam mogą się spodobać, większość pewnie zresztą znacie. Jako że to ranking personalny, to warto pamiętać o dwóch rzeczach.
Po pierwsze, pozwoliłem sobie na dosyć szeroką definicję RPG – z włączeniem action RPG i soulslike’ów. Po drugie, mogło nie znaleźć się tu kilka wybitnych DLC, które uwielbiacie (np. Mass Effect 3: Citadel czy Oblivion: The Shivering Isles, kilka świetnych rozszerzeń do Fallouta 3 czy 4). Nie znaczy to, że nie cenię tych produkcji. Po prostu sam pewne dzieła stawiam wyżej. Dlatego z chęcią dowiem się – tak jak cała redakcja – jakie są Wasze ulubione nabytki tego typu. Tymczasem zapraszam do lektury! Kolejność może być przypadkowa – ale niekoniecznie.
Dragon Age: Origins - Awakening
- Producent: Bioware
- Rok wydania: 2010
Były takie czasy, że Bioware miało naprawdę dobrą passę. Dragon Age: Origins załapało się na jeden z jej szczytów – i doczekało się porządnego, dużego rozszerzenia. Dodawało kilka elementów, których mogło brakować w podstawce.
Do dziś nie umiem stwierdzić, czy moją ulubioną odsłoną serii jest „jedynka” czy „dwójka”, ale jednak trzeba przyznać, że część pierwsza była bardziej kompleksowym RPG. Miała bardzo fajne romanse (nawet jeśli trochę sztucznie podbijało się punkty sympatii byle podarkami), żywych, świetnie napisanych NPC, bardzo rozbudowaną historię polityczną kręcącą się wokół nadciągającego kataklizmu. To czego brakowało? Wyrazistego głównego złoczyńcy. Nasi wrogowie w „podstawce” okazywali się ostatecznie swego rodzaju przeciwnikami politycznymi – niektórzy, owszem, zachowywali się okrutnie i jak szaleńcy, ale, niczym u Martina w Grze o Tron, reprezentowali swoje frakcje (niektórych potem mogliśmy rekrutować, nie bez ponoszenia pewnych kosztów, ale jednak).
The Awakening dostarczyło właśnie takiego złola pod postacią Architekta. Oczywiście, w duchu nowoczesnego pisania to raczej tragiczna, niejednoznaczna postać (typ szalonego naukowca), a nie ktoś, kto demoluje wszystko dla czystej uciechy. Do tego dochodziła bardzo przyjemna kampania, którą mogliśmy rozgrywać zarówno bohaterem z Origins, jak i nowym Szarym Strażnikiem, mogliśmy też zarządzać powierzoną nam twierdzą. I tylko porządnego romansu brakowało.

