Pamiętam czasy, gdy każdy klon Dooma był małym wydarzeniem. Oto moje mniej oczywiste FPS-y lat 90.
Strzelanki FPP wzięły szturmem branżę gier na początku lat 90. Wśród wielu kultowych hitów były i takie, których dziś nie pamiętamy zbyt dobrze, które nie doczekały się nowoczesnych sequeli i rebootów. Oto moja topka mniej oczywistych gier doomopodobnych.
- Rise of the Triad
- Heretic
- Hexen
- Redneck Rampage
- Blood
- Gloom
- Outlaws
- Descent
- Marathon
- The Terminator: Future Shock
Najpierw nieśmiało szlaki przetarł Wolfenstein 3D z darmowym epizodem i niskimi wymaganiami sprzętowymi. A potem pojawił się Doom i świat gier komputerowych oszalał na punkcie strzelanek z widokiem z pierwszej osoby. A raczej „gier doomopodobnych”, bo nikt jeszcze wtedy nie używał terminu first person shooter, przynajmniej w Polsce. Nagle wszyscy zaczęli tworzyć swojego Dooma, swoją strzelankę z taką właśnie, pierwszoosobową kamerą, a potem poszło już z górki: RPG-i, przygodówki itp.
Pojawiały się wielkie hity w stylu Dark Forces, Duke Nukem 3D, Quake, Unreal, Half-Life, ale wśród nich przewijało się też wiele innych tytułów. Każdy wydawca mały i duży chciał się podpiąć do sukcesu id Software i mody, jaka zapanowała na gry FPP. Każda nowa gra budziła ogromną ciekawość, ale niekoniecznie stawała się wielkimi, ponadczasowym hitem. Na liście poniżej nie znajdziecie więc tych najbardziej znanych, oczywistych przykładów, a raczej te nieco zapomniane dziś tytuły z początkowej fali FPS-ów. Trzymałem się granicy 1995 roku, z małym skokiem do 1997 w paru przypadkach. Komentarze jak zwykle są Wasze i tam możecie dodawać już bez ograniczeń swoje wspomnienia z najlepszych – i tych nieco słabszych - FPS-ów lat 90.
Rise of the Triad
- Producent: Apogee Software
- Rok premiery: 1994 (shareware)
Rise of the Triad, mimo że ukazało się już po premierze Dooma, oparte było na ulepszonym silniku Wolfensteina 3D. Mało tego, gra powstawała nawet jako kontynuacja „Wolfa”, ale z czasem przekształciła się w samodzielny tytuł. Nieprzypadkowo jednak przeciwnicy wyglądem przypominają nazistów, a w arsenale uzbrojenia mamy Walthera PP i MP-40 – to miał być Wolfenstein 3D II. Ostatecznie wyszła z tego historia o oddziale sił specjalnych, który został wysłany na małą wyspę, by zinfiltrować tajemniczy kult planujący zniszczenie Los Angeles.
Pamiętam, że Rise of the Triad najbardziej przykuwało uwagę digitalizowanymi wstawkami graficznymi z dłońmi trzymającymi spluwy. W pamięć zapadała też brunatno-bordowa paleta barw poziomów, w których dominowały większe, otwarte przestrzenie. Wprawdzie nie był to materiał na hit już w momencie premiery, RotT nie miało podejścia nawet do Wolfa 3D, ale głód nowych gier doomopodobnych był tak duży, że w każdy nowy tytuł grało się bez narzekania.

