GTA 6 zachwyca detalami, ale pewien ważny element nie przekonuje mnie zupełnie
GTA 6 w końcu pokazało się światu w pełnej krasie 30 klatek na sekundę. Jedni zachwyceni, jedni rozczarowani, a mi najbardziej utkwiła w pamięci jedna kwestia, związana z pewną postacią.
Za nami najbardziej wyczekiwana prezentacja tego roku, która, zgodnie z przewidywaniami, trochę chyba przyćmiła gamescomowe zapowiedzi nowości. Pokazane po raz pierwszy długie fragmenty faktycznej rozgrywki z GTA 6 stały się tematem numer jeden nie tylko w mediach, ale i serwisach społecznościowych, rozgrzewając gamingowe feedy do czerwoności. Wśród graczy wydają się dominować dwie skrajne opinie: albo totalny zachwyt i przeświadczenie, że Rockstar znowu „pozamiatał” w branży, albo rozczarowanie i marudzenie, że w sumie nic ciekawego, nieco ładniejsze GTA 5 i tyle.
Moje wrażenia są raczej gdzieś tak po środku – były rzeczy, które mi się bardzo podobały, były i takie, które mocno rozczarowały, choć oczywiście z zastrzeżeniem, że to wciąż opinia wstępna, bazująca na pociętym montażu misji i cutscenek, a nie pełnej wersji gry. Patrząc teraz na mój wcześniejszy tekst o tym, co może pójść nie tak przy premierze GTA 6 widzę, że niektórych się obawiałem od dawna, innych się nie spodziewałem w ogóle. Co więc najbardziej rzuca się w oczy po wielkiej prezentacji Rockstara?
Niepotrzebne dramy zostawiły niesmak
Przyznam, że nawet nie przemknęło mi przez myśl, by umieścić w moim bingo wszystko to, co miało miejsce przed samą prezentacją, czyli najpierw zapowiedź partnerstwa z Netflixem i czasowa ekskluzywność pokazu za paywallem, a potem cała afera z hakerskimi wyciekami fragmentów GTA 6. Ani jedno, ani drugie nie przysłużyło się grze, nie było w interesie graczy ani fanów serii. Na szczęście ekskluzywność była krótka, a wycieki jakoś łatwo było omijać, przynajmniej w moim odczuciu. Miejmy nadzieję, że taka forma zapowiadania gier nie stanie się standardem.
To kim był ten blondas obok Lucii…?
To, co najbardziej mnie uderzyło i rozczarowało, to główni bohaterowie GTA 6. Albo Rockstar skrzętnie ukrywa swoje atuty, by nie zdradzać zbyt wiele przed premierą, albo zapowiada się najbardziej bezbarwna para protagonistów w historii tego studia, przy których Franklin z „piątki” to Vaas i Tony Montana w jednym. Może nie byłbym aż tak radykalny w opinii, jak Daniel Vavra, niemniej coś na pewno jest na rzeczy.
O ile Lucia jeszcze jakoś się broni akcentem oraz dobrym wrażeniem, jakie robi zarówno w eleganckim stroju na przyjęciu, jak i udając Sarę Connor w akcji, tak Jason wydaje się kompletnie nijaki. Totalnie drewniana postać bez charyzmy, która nie tylko przy Lucii, ale i bohaterach pobocznych, NPC-ach z prezentacji wydaje się zupełnie przezroczysta. Gdyby to był niemy bohater rodem z gier Ubisoftu, chyba nie odczulibyśmy żadnej różnicy. Bardzo liczyłem, że motyw obrabowywania różnych placówek przez tę parę skłoni twórców do zapożyczeń z Pulp Fiction i zabawy długimi dialogami w stylu Pumkin i Honey Bunny, ale póki co nic takiego nie widzieliśmy. Jasona zapowiada się najsłabiej ze wszystkich bohaterów serii GTA, no chyba że Rockstar planuje czymś nas zaskoczyć.
Ile ma Crimson Desert? To my robimy jeszcze dłuższą!
Kolejna czerwona flaga, przynajmniej dla mnie, pojawiła się nie w filmowej zapowiedzi, tylko późniejszym wysypie dodatkowych informacji o grze. Wiadomość o tym, że przejście samej fabuły ma zająć 80 godzin nie nastroiła mnie pozytywnie. Tym bardziej, że w grach Rockstara równie atrakcyjny, jak nie bardziej, jest otwarty świat i czekające w nim aktywności, w których łatwo jest się zanurzyć na tyle, by kompletnie zapomnieć o głównym wątku fabularnym. Pamiętam, że tak właśnie było w moim przypadku przy GTA 5, w którym porzuciłem fabułę na tak długi czas, że potem musiałem zaczynać grę ponownie, by cokolwiek kojarzyć z tej historii. A przecież tam fabuła była raptem na ok. 30 godzin. Zapewne wielu się ucieszy z faktu, że GTA 6 starczy na miesiące grania, ja trochę się obawiam, że długość nie przełoży się na jakość i dostaniemy jedynie parę zapadających w pamięć fragmentów przeplatanych słabszymi wypełniaczami. W listopadzie przekonamy się, czy były to obawy bezpodstawne, czy – w połączeniu z brakiem charyzmy Jasona i jego kiepskimi dialogami – być może wynik zmian kadrowych w szeregach Rockstara.
Pro nie da rady z 60 fps?
Kontrowersje techniczne przewidywałem już w moim wcześniejszym tekście i póki co mamy potwierdzenie jedynie 30 klatek na sekundę, a wszystko na razie wskazuje na to, że nie będzie dodatkowego trybu wydajności z 60 fps nawet na PlayStation 5 Pro. I rzeczywiście, małe „chrupnięcia” w płynności dało się zauważyć na filmach z pokazu. Czy ilość detali w każdej scenie, jakość oświetlenia i duży zasięg rysowania terenu wynagrodzi ten brak standardowej dziś płynności – to raczej pozostanie bardzo subiektywną kwestią. Jedno jest natomiast pewne – przy późniejszej premierze wersji pecetowej będziemy wręcz zalani marketingowymi hasłami o większym „klatkarzu” i dodaniu trybu FPP – zupełnie tak samo, jak to było przy okazji jednej z kilku ponownych premier GTA 5.
Ten bohater GTA 6 to pewniak – będzie najlepszy
Co by jednak ten tekst nie brzmiał całkowicie negatywnie, w prezentacji GTA 6 były oczywiście rzeczy, które bardzo mi przypadły do gustu. Rockstar jak zwykle nie zawodzi w kwestii ścieżki dźwiękowej. „Bujanie się” po Vice City przy piosenkach Depeche Mode i Phila Collinsa w samochodowym radiu już samo w sobie jest dla mnie powodem, by zagrać, nie wspominając o tym, jak ładnie wygląda teraz miasto. Bez względu na różne opinie, nie da się zaprzeczyć, że skok technologiczny w porównaniu do poprzednich gier tego studia jest zauważalny, a ilość detali i dbałość o szczegóły robią wrażenie. Ponownie zapewne to miasto samo w sobie i świat gry będzie jednym z głównych bohaterów GTA 6, i to w większym stopniu niż poszczególne postacie.
Sam gameplay raczej nie zaskakuje, o co byłoby trudno w formule serii GTA, podobnie jak interaktywność z otoczeniem czy aktywności poboczne. Dla weteranów serii będzie to coś normalnego, spodziewanego, ale weźmy też pod uwagę, że mamy już nowe pokolenia graczy, dla których będzie to pierwsza premierowa gorączka pod znakiem Grand Theft Auto. Emocji i różnych skrajnych opinii zapewne nie zabraknie. Ja jestem już przekonany, że w listopadzie znajdę się w niezwykłym, tętniącym życiem, przepełnionym detalami i sprytnie przemyconymi easter eggami (Szklana pułapka!) mieście Vice City. Martwię się tylko trochę o przycinki animacji oraz fabułę i głównych bohaterów, ciągle licząc, że Rockstar specjalnie nie ujawnia najlepszych smaczków. Jak wyjdzie ostatecznie, przekonamy się już niedługo.




