Dark Souls 3: The Ringed City. Niektóre RPG potrzebowały dodatku, żeby naprawdę rozwinąć skrzydła. Oto moje ulubione przykłady
- Dragon Age: Origins - Awakening
- Pillars of Eternity: The White March
- Fallout: New Vegas – Old World Blues
- Wiedźmin 3: Krew i wino
- Dark Souls 3: The Ringed City
- Neverwinter Nights 2: Mask of the Betrayer
- Elden Ring: Shadow of the Erdtree
- Diablo 2: Lord of Destruction
- Cyberpunk 2077: Widmo wolności
- Baldur’s Gate 2: Throne of Bhaal
Dark Souls 3: The Ringed City
- Producent: FromSoftware
- Data wydania: 2017
Kiedy sięgamy do katalogu FromSoftware, wybieramy między grami smutnymi i jeszcze smutniejszymi. Cóż, taki ich urok – ale jedną z bardziej melancholijnych podróży funduje nam The Ringed City (powiązane z poprzednim DLC, Ashes of Ariandel, które też szczerze polecam) – to ostatnie rozszerzenie do Dark Souls III i wielkie podsumowanie tego, do czego prowadzi igranie z pierwotnym ogniem. Po wydarzeniach z Popiołów Ariandel nasz nieumarły tymczasowo przenosi się do odległej przyszłości, właściwie na koniec czasu, by odnaleźć składnik niezbędny do stworzenia nowego świata (tak mniej więcej, interpretacje są różne).
DLC The Ringed City funduje kilka do kilkunastu godzin podróży przez upadłe miasto na końcu wszystkiego i jeden z brakujących puzzli światotwórczej układanki. Oczywiście, jak zwykle, mało co podano tu na talerzu, ale i tak warto się w to miejsce zagłębić. Zwłaszcza że czeka nas kilka niezapomnianych walk (do których czasem wiodą ścieżki projektowane przez sadystów) – jedna to koszmar, który robi się raz i więcej nie wraca (a tak naprawdę to jednak wraca...), czyli starcie z Midirem. Drugie to finałowa batalia pośród popiołów. Możliwe, że to moja ulubiona walka z bossem we wszystkich „soulsach” i pokrewnych. Jest piekielnie trudna, ale ma szermierczy i sprawiedliwy charakter. Mimo że powtarzałem ją kilkanaście razy, każde podejście bawiło. Tak jak cała gra. No, poza wspomnianym Midirem.

