Szybko, wściekle i nostalgicznie. Najlepsze samochodówki dawniej i dziś - mój osobisty ranking, z którym nie musicie się zgadzać
Kontynuujemy podróż po prywatnych rankingach redakcji, tym razem zatrzymujemy się na torze z paroma ścigałkami – znajdziecie tu zarówno pogranicze symulacji i zręcznościówek, słynne rajdówki, jak i czyste arcade.
- Hot Wheels Unleashed
- Forza Horizon 5
- Need for Speed: Underground
- Re-Volt
- Stunt GP
- Need for Speed: Most Wanted
- DiRT Rally
- Colin McRae Rally 2.0
- Need for Speed: Porsche Unleashed
- Need for Speed: Hot Pursuit
Nie samymi hack’n’slashami czy RPG człowiek żyje. Czasem trzeba się przy czymś odmóżdżyć. Dla mnie idealnym gatunkiem, niezależnie od stopnia złożoności danego reprezentanta, są ścigałki. Ilekroć moje gamingowe życie się rozkręcało, towarzyszyły mi pomiędzy wszystkimi Baldurami, Unrealami, Diablosami, Dark Soulsami, Soul Reaverami czy Original Warami. Zawsze ceniłem sobie ich przystępność i natychmiastową gratyfikację (nie tyle zwycięstwo, co fakt, że fajne furki robią zoom zoom i pięknie prują do przodu). To pozwala się skupić albo odciąć.
… Pozwala także zrealizować małe power fantasy o ujeżdżaniu wymarzonych stalowych potworów. Jasne, może kiedyś się dorobię i w garażu zagości jakieś BMW E34 M5, Nissan GTR R35 czy wymarzony Lexus GS F, ale tego nie wiem – a poza tym to tylko ułamek wozów, którymi chciałbym się przejechać. Dlatego z pomocą przychodzą gry. Zdaje się, że nie tylko ja tak mam w redakcji, więc nie zdziwcie się, jeśli za jakiś czas głosu nie zabierze nasz fachura, Draug, ze swoją topką.
Tymczasem lecimy z moim subiektywnym rankingiem, który uwzględnia kilka wyjątkowych tytułów, ale nie znajdziecie tu np. zwykłych DiRTów, Assetto Corsy, Project Cars czy kilku innych wybitnych reprezentantów, których szanuję – ale przy których nie spędziłem tyle czasu, co przy wylistowanych hiciorach.
Hot Wheels Unleashed
Rok produkcji: 2021
Producent: Milestone
Jedno ze świeższych odkryć na liście – przynajmniej dla mnie. Po Hot Wheels Unleashed sięgnąłem dwa, może trzy lata temu, kiedy szukaliśmy z kumplami czegoś do pogrania na podzielonym ekranie. Padło właśnie na tytuł ze stajni XYZ – kojarzyłem go z przyzwoitych ocen, arcade’owego modelu jazdy no i z sentymentu do Hot Wheelsów (podpisano: szczęśliwy posiadacz BMW E34 M5 chociaż w tej postaci…). Przyjemnie się w niego grało na kanapie z przyjacielem, ale potem popełniłem błąd i kupiłem własną kopię na Steamie. Z amoku jeszcze jednego okrążenia wyszedłem po kilku dniach. Jasne, funkcjonowałem, wypełniałem obowiązki, ale ten mały potwór wciągał bardziej, niż powinien.
Bo i czemu się dziwić? Po pierwsze wyglądał ładnie, oferował tonę resoraków o całkiem zróżnicowanym prowadzeniu i możliwościach (zwiększonych prościutkim, ale wdzięcznym tuningiem – odbywał się w oparciu o podwyższanie rangi wozu z pomocą „części” pozostałych po „spyleniu” powtórek). Model jazdy był wymagający, ale dawał frajdę dzikością, zwłaszcza że trasy bywały szalone i nieprzewidywalne – wypadniecie nie raz i nie dwa, ale gdy już jakąś opanujecie, dostaniecie spory strzał satysfakcji. Musieliśmy polować na dobrze poukrywane skróty, przeszkody rodem z zabawkowych torów Hot Wheels, jak i na specjalne fragmenty jezdni, które mogły podładować baterię, zwiększyć prędkość, ale też spowolnić. Łatwo było się wkręcić w niepozorną, ale angażującą karierę. Niby nic, ale trzeba przy tej grze uważać.

