Newsroom Wiadomości Najciekawsze Komiksy Tematy RSS
Wiadomość opinie 19 stycznia 2023, 12:05

autor: Aleksandra Wolna

Słabo, że już zapominam o postaciach z tej gry. Recenzja Fire Emblem: Engage

Nintendo nie najlepiej otwiera rok, jeżeli chodzi o swoje exclusive’y. Fire Emblem: Engage co prawda oferuje niezwykle angażujący system walki, ale strona fabularna nieco kuleje – zwłaszcza, jeśli chodzi o zarys postaci.

Źródło fot. Nintendo
i

Po ogromnym sukcesie wydanego na Nintendo Switch Fire Emblem: Three Houses twórcy postanowili, jak zwykle w historii serii, zaprezentować coś zupełnie nowego. Choć może stwierdzenie, że jest to coś nowego, to trochę zbyt dużo powiedziane. Główne mechaniki gameplayu od samego początku serii, czyli od już 32 lat, wciąż opierają się na tych samych założeniach. Co więcej, w przeciwieństwie do tego, jak zwykle wyglądało wydawanie nowych gier pod szyldem Fire Emblem, nie do końca dostajemy tu zupełnie nową fabułę i uniwersum.

Herosi z przeszłości

Głównym filarem strategii marketingowej poprzedzającej wydanie Fire Emblem: Engage była nowa mechanika wprowadzona do gry – zakładane naszym bohaterom pierścienie. I nie chodzi bynajmniej o zwykłe pierścienie, bowiem kryją one w sobie główne postacie poprzednich części serii, które na zawołanie wyskakują w formie przypominającej hologramy. Ci herosi, z zupełnie innych uniwersów niż opowiadana w Engage historia, z jakiegoś powodu znaleźli się w takiej postaci w pierścieniach w zupełnie innym świecie, by walczyć ramię w ramię z nowymi protagonistami. Mimo że jak zwykle w Fire Emblem nowa część oznacza nowy świat, bohaterów i historię, nie tylko wprowadzono tu wyraźne odwołania do starszych odsłon cyklu, ale też zrobiono z nich główny atut sprzedażowy.

Po zagraniu w Engage wcale mnie to nie dziwi, bo rola pierścieni w grze jest naprawdę ogromna. Bohaterowie-hologramy mogą scalać się w lśniącą jedność z grywalnymi postaciami i wprowadzają niezliczoną ilość nowych możliwości w walce. Turowe, strategiczne pojedynki zawsze były najmocniejszym punktem serii i ogromną jej zaletą, a pierścienie wynoszą je na zupełnie nowy poziom, na którym jeszcze większą wagę przykładamy do każdego ruchu. Gdyby przyszło mi oceniać same walki, na dziesięć możliwych punktów przyznałabym im dziesięć, bo trudno mi wskazać tego typu pojedynki lepszej jakości. Tylko czy naprawdę do tego, by zapewnić tak dobry gameplay, potrzebni byli bohaterowie z innych światów, wprowadzeni bez większego kontekstu?

Wyboista droga

Fire Emblem: Engage mimo tego, jak świetny gameplay oferuje, przypomina nieco zlepek dwóch bardzo różnych gier. Jedna to wyjątkowo udana strategia turowa, od której nie sposób się oderwać, a druga to narracyjna przygoda, którą ma się ochotę przeklikać najszybciej, jak tylko się da.

Słabo, że już zapominam o postaciach z tej gry. Recenzja Fire Emblem: Engage - ilustracja #1

Seria znana jest z łączenia walk z elementami nawiązywania relacji między bohaterami i choć ten aspekt do niedawna nie był szczególnie rozwijany, ostatnimi laty w Three Houses przyciągnął masę nowych graczy i zdobył uznanie. Gra, która doskonale łączy gameplay z narracją? Tego się spodziewaliśmy po Engage, skoro wcześniej poprzeczka została zawieszona tak wysoko. Zamiast tego mamy jednak powrót do raczej klasycznych dla serii rozwiązań, czyli pobieżnych relacji i papierowych bohaterów, co doskonale działało w latach 90., ale teraz to chyba odrobinę za mało.

Pomiędzy walkami możemy spędzać czas w sporym hubie nazwanym Somniel, oferującym między innymi sklepy, możliwość jedzenia, osiągnięcia, konwersacje z innymi, opcję drzemki czy nawet własnego zwierzaczka. Całe to miejsce zostało wykreowane bardzo ładnie, a spędzanie w nim czasu to sama przyjemność, bo wszystko, oprócz systemu klas postaci, który do teraz trudno mi załapać (a nie jest to mój pierwszy kontakt z tą serią), jest tu bardzo intuicyjne. Na pochwałę zasługuje też możliwość swobodnej zmiany poziomu skomplikowania zabawy zarówno na trudniejszy, jak i na łatwiejszy w dowolnym momencie gry – dzięki temu nie ma szans, że zatniemy się na dłużej.

Słabo, że już zapominam o postaciach z tej gry. Recenzja Fire Emblem: Engage - ilustracja #2

Przebrnąć przez początek

Pierwsza połowa gry nie należy do szczególnie wciągających. Po ramowym zarysowaniu uniwersum i przedstawieniu bohatera prześlizgujemy się szybko z jednego rozdziału do następnego, by poznawać kolejne postacie. Tych jest naprawdę bardzo dużo; zbliżając się do końca gry, do dyspozycji miałam aż 35 różnych bohaterów, a każdego z nich mogłam wykorzystać w walce i nawiązać z nim relację. Przy takiej ich liczbie oraz w związku z tym, że konwersacje pomiędzy postaciami, określane w serii mianem „supportów”, są bardzo krótkie i nie rozwijają za bardzo ich indywidualnych historii, trudno lepiej poznać konkretnych bohaterów.

Szybko złapałam się na tym, że w kółko, w każdej walce, używam kilku tych samych jednostek, a o istnieniu reszty w ogóle nie pamiętam. W tym zagubieniu, w tym tłumie grywalnych postaci, nieco pomagają misje poboczne, które nie tylko przybliżają świat gry, ale też dają różne bonusy i znacznie wydłużają czas zabawy, a mimo to wciąż nie powiedziałabym, że o którymkolwiek z bohaterów dowiedziałam się szczególnie dużo. No, może oprócz MC, o którym (bądź której, bo wybieramy tu płeć głównej postaci) dowiadujemy się wszystkiego, a charakteru ma znacznie więcej, niż spodziewałabym się po konwencji RPG.

Na szczęście po kilkunastu rozdziałach, zamiast zasypywać nas postaciami, gra nabiera tempa i fabuła zaczyna naprawdę wciągać. Jeśli do tego nieszczególnie skupiamy się na jej konkretnych aspektach i logice uniwersum, to nawet da się uwierzyć, że ten świat pełen magicznych pierścieni oparty jest na jakichkolwiek sensownych założeniach. Drugą połowę gry spędziłam, skacząc od walki do walki z ogromną przyjemnością – na żadną z misji nie mogłam narzekać, a wydarzenia z gry w końcu przestały mnie nużyć. Szczerze mówiąc, bardzo trudno mi ocenić tę produkcję i najchętniej podzieliłabym ocenę na dwa osobne aspekty: fabułę i walkę, a ten drugi zdecydowanie wyróżniła. Wiadomo jednak, że Fire Emblem: Engage stanowi całość i niestety, nie da się oddzielić zalet od wad.

Moja opinia o grze Fire Emblem: Engage

PLUSY

  1. świetny system walk turowych;
  2. ciekawsze mapy i ataki specjalne względem poprzednich odsłon serii;
  3. bardzo dużo pobocznego contentu znacznie wydłużającego zabawę;
  4. intuicyjny system ulepszania postaci, broni czy pierścieni;
  5. opcja potyczek z innymi graczami w trybie online.

MINUSY

  1. masa bohaterów, których nie sposób lepiej poznać;
  2. wykorzystanie pierścieni, które nie ma większego sensu w świecie gry;
  3. język/tłumaczenie; nie jestem pewna, jak w oryginale, ale w wersji angielskojęzycznej postacie mówią współczesnym językiem bądź nawet slangiem w świecie stylizowanym na średniowiecze.

OCENA KOŃCOWA: 6,5/10

ZASTRZEŻENIE

Przedpremierowy dostęp do gry otrzymaliśmy od firmy Conquest.

Aleksandra Wolna

Aleksandra Wolna

Dla GOL-a pisze od marca 2022, zwykle po nocach, zajmując się publicystyką zarówno o grach, jak i filmach. Na co dzień zajmuje się tworzeniem gier od strony fabularnej, więc branżę zna od podszewki. Gra od małego; najczęściej wybiera JRPG-i czy gry niezależne, choć ma też ogromną słabość do platformówek 3D. Najlepiej odnajduje się w słowie pisanym, więc połączenie tworzenia tekstów z pasją do gier uważa za naturalną kolej rzeczy. Prywatnie kolekcjonuje Tamagotchi i zajmuje się swoją niewielką, kocią rodziną. Ulubionymi grami, zdjęciami kotów i innymi różnościami chętnie dzieli się na Instagramie.

więcej