GTA i GTA 2 były jedynie filarami, na których miała zostać zbudowana prawdziwa potęga. GTA 3 to produkcja, od której zaczęła się nowożytna historia tej bestsellerowej serii.
Ach, trzy wymiary! Nie ma co ukrywać, że grafika dwóch pierwszych odsłon cyklu Grand Theft Auto była przestarzała już w momentach ich premier. O ile pierwszej części serii wiele osób puściło to płazem, o tyle „dwójka” mierzyła się już z dużą krytyką. Na szczęście przygotowując GTA 3, deweloperzy z DMA Design za punkt honoru postawili sobie zadbanie o to, by warstwa wizualna ich dzieła spełniała wszystkie standardy panujące w chwili jego debiutu. Efekt? Jedna z najbardziej wpływowych gier wideo w historii branży!
Miasto Liberty City po raz pierwszy mogliśmy odwiedzić w GTA 1, ale to w GTA 3 stało się ono pełnoprawnym bohaterem, zaraz obok Claude’a, w którego się wcielaliśmy. Podzielono je na trzy dzielnice, czyli Portland, Staunton Island oraz Shoreside Vale, do których dostęp otrzymywaliśmy w miarę postępów w fabule… lub na długo przed ich oficjalnym odblokowaniem, o ile potrafiliśmy kombinować. Jako że rozpościerające się pomiędzy nimi mosty początkowo były zamknięte, chcąc dostać się do nich szybciej, musieliśmy znaleźć inny sposób na przekroczenie oddzielającej je od siebie wody. Wystarczyło jednak wystukać na klawiaturze „CHITTYCHITTYBB”, by samochody, którymi rozbijaliśmy się po ulicach, zaczęły latać. Potem należało jeszcze znaleźć dogodny obiekt mogący robić za skocznię i voilla – droga do kolejnych dzielnic stała przed nami otworem.
Kody, jak przywołany przeze mnie cheat umożliwiający latanie, stanowią nieodzowny element moich wspomnień związanych z GTA III. I, wedle mojej najlepszej wiedzy, nie tylko moich. Przyznam się bez bicia, że nawet nie próbowałem grać w opisywane dzieło bez nich, a polecenia takie jak GIVEUSATANK (przywołujące czołg), BANGBANGBANG (wysadzające wszystkie pojazdy w okolicy) czy NOPOLICEPLEASE (resetujące wskaźnik policyjnych poszukiwań) pamiętam doskonale nawet po blisko ćwierćwieczu od debiutu tej pozycji. Czy się tego wstydzę? Skądże znowu! Z uwagi na fakt, że byłem wówczas początkującym graczem, a nawet z nimi Grand Theft Auto III wcale nie należało do najłatwiejszych produkcji (dość powiedzieć, że nie było tu możliwości zapisania gry w trakcie misji), zwyczajnie nie byłbym w stanie cieszyć się tą grą.

Wracając jednak do Liberty City – autorzy dołożyli starań, by zaprojektowane przez nich miasto sprawiało wrażenie żywego. Po chodnikach spacerowali przechodnie, kierowcy stosowali się do zasad ruchu drogowego, a kiedy zaczynaliśmy siać wokół siebie chaos, bezbronni obywatele uciekali przed nami w popłochu. Do rannych przyjeżdżały karetki, pożary były gaszone przez straż pożarną, a nasze przestępstwa nie umykały uwadze policji, która rzucała się za nami w pogoń tym zacieklej, im bardziej zaszliśmy im za skórę. Kiedy natomiast standardowe środki przymusu okazywały się na nas nieskuteczne, zyskiwaliśmy „ogon” w postaci SWAT, FBI, a ostatecznie – wojska. Z kronikarskiego obowiązku muszę jeszcze odnotować, że to właśnie tutaj po raz pierwszy poziom poszukiwań został przedstawiony w formie gwiazdek, które do dzisiaj są kojarzone z tą serią.
A czy w Liberty City było co robić? Jeszcze jak! Oprócz misji fabularnych, które stawiały przed nami najróżniejsze cele, opisywany tytuł zasypywał nas rozmaitymi aktywnościami pobocznymi. Mogliśmy jeździć po mieście w poszukiwaniu znajdziek, bawić się w taksówkarza, spróbować stanąć po drugiej stornie barykady i wcielić się w policjanta, ratować potrzebujących za kierownicą karetki czy udawać dzielnego strażaka. Jedną z ukrytych i nieco mniej oczywistych możliwości był natomiast „test zawieszenia” samochodu, który mogliśmy rozpocząć, zgarniając z ulicy jedną z przedstawicielek najstarszego zawodu świata i zabierając ją w jakieś ustronne miejsce…

Głównym bohaterem Grand Theft Auto III był drobny przestępca Claude. Po tym jak został zdradzony i postrzelony przez swoją ukochaną podczas napadu na bank, czekała go długa odsiadka w więzieniu. Na szczęście podczas transportu do zakładu karnego członkowie kolumbijskiego kartelu zaatakowali przewożący go samochód i porwali jednego z jego współwięźniów. On sam, wraz z niejakim 8-Ballem, mógł natomiast znowu cieszyć się wolnością. Tak rozpoczynała się opowieść, w ramach której towarzyszyliśmy Claude’owi w kolejnych perypetiach, obserwując, jak stopniowo pnie się po szczeblach przestępczej kariery.
A właściwie to tylko mogliśmy to robić, bowiem w połączeniu z kodami i dostępem do wszystkich trzech wysp Liberty City, o głównym wątku fabularnym GTA 3 można było zapomnieć na długo. Sam bawiłem się przednio przez dziesiątki, a może nawet setki godzin, po prostu zwiedzając miasto i zachodząc za skórę policji. Ba, w Grand Theft Auto III dało się w ten sposób grać nawet w ramach swoistego „gorącego krzesła”, organizując z kumplami zawody w to, kto dłużej utrzyma się na dwóch nogach przy sześciu gwiazdkach. Poza tym to jedna z niewielu gier w mojej karierze, do której wracałem po ukończeniu innych tytułów, by po prostu się nią „bawić”.
Wszystko to nie zmienia faktu, że fabuła omawianej pozycji ostatecznie okazywała się na tyle ciekawa, iż jej całkowite zignorowanie byłoby dużym błędem.

My tu gadu-gadu, a ja jeszcze ani słowem nie wspomniałem o środkach zagłady dostępnych w GTA 3. Autorzy oddali nam do dyspozycji prawdziwy zestaw wirtualnego psychopaty, który obejmował Uzi, karabin M16, a nawet miotacz ognia czy wyrzutnię rakiet. Osobna wzmianka należy się karabinowi snajperskiemu, który potrafił odstrzeliwać kończyny celom. Związano z nim również ciekawy easter egg, za sprawą którego oddany z niego strzał w kierunku Księżyca sprawiał, że srebrny glob dosłownie rósł w oczach.
Co zaś tyczy się pojazdów – na ich przekrój również nie można było narzekać. W nasze ręce trafiały bowiem zarówno „osobówki”, jak i bardziej wymyślne środki transportu, od radiowozów, karetek i wozów strażacki, przez mobilną lodziarnię, skończywszy na autach sportowych, czołgu oraz samolocie o wdzięcznej nazwie Dodo. A skoro o ich nazwach mowa – „fury” nie były licencjonowane, ale wśród nich można było bez trudu doszukać się odpowiedników rzeczywistych samochodów pokroju Hummera, Ferrari bądź Dodge’a Vipera.

Powyższy śródtytuł nie ma związku z tym, jak wygląda aura za oknem w momencie pisania przeze mnie niniejszego artykułu. Czytając Wasze komentarze pod moim ostatnim tekstem poświęconym GTA 2, zauważyłem, że wielu z Was miało wrażenie, iż Grand Theft Auto III było nieco zbyt depresyjne. I faktycznie, twórcy postawili na raczej stonowane barwy, a wrażenie, że akcja gry toczyła się gdzieś na przełomie października i listopada potęgował fakt, iż główny bohater nosił gustowną, skórzaną kurtkę (i nie tylko on, bo wielu przechodniów również było „opatulonych”).
Tak czy inaczej GTA 3 w momencie premiery prezentowało się co najmniej bardzo dobrze. Samochody cieszyły oko detalami oraz systemem uszkodzeń, którego mogło mu pozazdrościć wiele gier wyścigowych, a nieco karykaturalne, wręcz kreskówkowe twarze sprawiają, że nawet dzisiaj da się na to wszystko patrzeć bez jakiegoś wielkiego grymasu.
Podobnie mają się sprawy z warstwą muzyczną tej produkcji. Twórcy po raz kolejny oddali nam do dyspozycji szereg stacji radiowych (uzupełnianych przez transmisje poszczególnych służb w należących do nich pojazdach), na których można było posłuchać muzyki z przeróżnych gatunków. Co ciekawe, „genialni” piraci nielegalnie dystrybuujący tę produkcję postanowili okroić ją właśnie z muzyki, by zmieściła się na jednym krążku. Wyobrażacie sobie, że byli ludzie, którzy grali w GTA 3 w ciszy, nie mogąc nacieszyć uszu „bangerami” z wirtualnego radia? Coś strasznego! A skąd o tym wiem? Kolega mi mówił…

Grand Theft Auto III ukazało się w październiku 2001 roku na PlayStation 2. Maj 2002 roku przyniósł premierę tej produkcji na komputerach osobistych, a kolejne lata – jej debiut na innych platformach. Rzecz jasna nie obyło się bez kontrowersji; byłoby ich więcej, ale po zamachach z 11 września autorzy opóźnili premierę i wprowadzili pewne zmiany w zawartości tego projektu, jak przemalowanie radiowozów na czarno-białe, wycięcie niektórych dialogów i jednej z misji, czy też skierowanie samolotu widocznego na niebie na nieco inny tor.
GTA 3 odniosło spektakularny sukces artystyczny i komercyjny, zdobywając bardzo wysokie (w wielu przypadkach najwyższe) noty od branżowych mediów i ciesząc się równie wysokimi wynikami sprzedaży. Rockstar Games i ekipa DMA Design mogły więc spać spokojnie i rozwijać swoją serię, pokonując kolejne granice. Ale to temat na inną opowieść…

W chwili pisania tych słów oryginalnej wersji Grand Theft Auto III nie znajdziemy na Steamie ani GOG.com. Próżno też szukać jej w PlayStation Store czy Microsoft Store. Co ciekawe, znajdziemy ją w Google Play, gdzie kosztuje 20,99 zł oraz w App Store za 24,99 zł. Na dużych platformach można sprawdzić jedynie wersję The Definitive Edition, która jednak ma swoje problemy. Inna sprawa, że każdy, kto zdecyduje się dać dzisiaj szansę przygodzie Claude’a, będzie musiał przymknąć oko na kilka archaizmów oraz wysoki poziom trudności.
Retro Gaming
Cykl Retro Gaming rozwijamy od października 2023 roku. Polecamy teksty wchodzące w jego skład. Poniżej linkujemy do pięciu poprzednich odcinków:
GRYOnline
Gracze
Steam

Autor: Krystian Pieniążek
Współpracę z GRYOnline.pl rozpoczął w sierpniu 2016 roku. Pomimo że Encyklopedia Gier od początku jest jego oczkiem w głowie, pojawia się również w Newsroomie, a także w dziale Publicystyki. Doświadczenie zawodowe zdobywał na łamach nieistniejącego już serwisu, w którym przepracował niemal trzy lata. Ukończył Kulturoznawstwo na Akademii Górniczo-Hutniczej w Krakowie. Prowadzi własną firmę, biega, uprawia kolarstwo, kocha górskie wędrówki, jest fanem nu metalu, interesuje się kosmosem, a także oczywiście gra. Najlepiej czuje się w grach akcji z otwartym światem i RPG-ach, choć nie pogardzi dobrymi wyścigami czy strzelankami.