Choć Grand Theft Auto 2 nie było złą grą, to jednak odrobinę zbyt kurczowo trzymało się schematu wypracowanego na potrzeby poprzedniczki, co nie umknęło uwadze graczy i branżowych mediów.
W zeszłą sobotę przypomnieliśmy sobie skromne początki serii Grand Theft Auto. Pora więc zająć się drugą odsłoną tego cyklu, którą pomimo kilku wprowadzonych zmian i usprawnień z dzisiejszej perspektywy można uznać za odcinanie kuponów. Studio DMA Design i firma Rockstar Games postawiły bowiem na sprawdzony schemat rozgrywki i choć wprowadziły pewne zmiany, to jednak nie pokwapiły się nawet o wyraźnie widoczną poprawę grafiki. Gdyby zatem uparcie trzymały się tej ścieżki, być może dzisiaj nie mówilibyśmy o GTA w kontekście detali oraz innowacji technologicznych… Wszystko to nie znaczy jednak, że GTA 2 było złą grą. Ale po kolei.
Ten cykl nie jest częścią naszego działu Premium. Decydując się na zakup abonamentu, możesz jednak pomóc w tworzeniu większej liczby takich tekstów. Dziękujemy.
Kup Abonament Premium GRYOnline.pl
Świat przedstawiony w Grand Theft Auto 2 to ewenement w skali całej serii. Twórcy nie postawili bowiem ani na czasy im współczesne, ani na realia historyczne. Zamiast tego zabrali nas w podróż do amerykańskiego miasta Anywhere, osadzając akcję w bliżej nieokreślonym przedziale czasowym. Podczas gdy jedni twierdzą, że był to rok 1999, inni przekonują, iż mieliśmy do czynienia z retrofuturystyczną wizją roku 2013.
Na tym nie koniec, bo stonowano też paletę barw. Owszem, wciąż była ona kolorowa, lecz nie tak bardzo, jak miało to miejsce w „jedynce”. Sprawiło to, że GTA 2 już przy pierwszym kontakcie sprawiało wrażenie pozycji nieco bardziej mrocznej i nieco poważniejszej, przywodząc na myśl stare filmy policyjne (kto oglądał Kojaka?).

Zaryzykowałbym stwierdzenie, że na tle miast z pierwszego Grand Theft Auto, Anywhere nie wypadało szczególnie dobrze. Owszem, podzielona na trzy dzielnice (centrum, mieszkalną i przemysłową) metropolia miała swój „smaczek”, lecz nie zapadała w pamięć tak bardzo, jak Liberty City, Vice City i San Andreas. Choć z drugiej strony, jest szansa, że to po prostu mój umysł płata mi figle, mieszając wspomnienia z GTA 1 ze wspomnieniami przygód z późniejszych pozycji spod tego szyldu.
A co mogliśmy robić w Anywhere? Cóż, pod względem mechaniki GTA 2 w dużym stopniu stanęło w miejscu, opierając się na schemacie wypracowanym na potrzeby „jedynki”. Akcję oglądaliśmy zatem z góry, a rozgrywka polegała na eksploracji świata i zdobywaniu punktów w ramach kolejnych poziomów.
Źródłem „mamony” ponownie była nasza działalność przestępcza i choć znowu najbardziej opłacalne było wykonywanie zleceń (zapewniały one mnożniki, bez których ciężko było „uciułać” punkty wymagane do przejścia na kolejny etap), to jednak warto było poświęcić nieco czasu na inne aktywności, jak sianie chaosu na ulicach czy sprzedaż pojazdów. Niemniej, to wysadzanie obiektów, eliminacja celów, transport używek na zlecenie czy misje polegające na posyłaniu do piachu… grup sobowtórów Elvisa Presleya były tu głównym punktem programu.

Tym, co wyróżniało GTA 2 na tle poprzedniczki, było jednak wprowadzenie systemu reputacji u poszczególnych gangów (na czele z oprychami na usługach megakorporacji Zaibatsu). Wykonując dla nich zadania, zdobywaliśmy szacunek swoich mocodawców, co zapewniało nam dostęp do coraz bardziej intratnych misji. Jednocześnie sprawiało przy tym, że traciliśmy reputację u pozostałych grup przestępczych. Chcąc wykonać misje dla wszystkich gangów, trzeba było zatem umiejętnie manewrować, starannie lawirując między ich sympatią a nienawiścią.
Było to o tyle ważne, że bandyci, którzy pałali do nas tą ostatnią, mogli bez pytania otwierać do nas ogień na ulicach. Ponadto przestępcy wdawali się tu w walki ze stróżami prawa. A skoro o policji mowa – ta ponownie miała oko na nasze poczynania, toteż traktując Anywhere jako plac brutalnych zabaw, musieliśmy liczyć się z tym, że prędzej czy później doczekamy się „ogona”. Po raz kolejny poziomu poszukiwań nie przedstawiono tu w formie gwiazdek (na to musieliśmy jeszcze chwilę zaczekać), ale tym razem służby zyskały nowe możliwości. Policja nauczyła się między innymi zajeżdżać nam drogę, a kiedy wystarczająco mocno zaszliśmy jej za skórę, wysyłano na nas oddziały SWAT, z czasem również siły FBI, a w konsekwencji – czołgi.

Jednocześnie my także zyskaliśmy dostęp do nowych zabawek. Oprócz standardowego zestawu broni GTA 2 oddawało w nasze ręce granaty i koktajle Mołotowa, paralizatory, strzelby czy też pistolet maszynowy z tłumikiem. Dopełnieniem tego wszystkiego był szerszy wachlarz pojazdów oraz możliwość ich modyfikacji w warsztatach.
Sprawiało to, że podobnie jak miało to miejsce w pierwszym GTA, jazda po mieście bez celu, roz…ganianie przechodniów i wdawanie się w potyczki z policją dawało tu mnóstwo frajdy. Zwłaszcza że tym razem nieco złagodzono konsekwencje porażki, pozwalając nam zapisywać grę w trakcie trwania poziomu (choć kosztowało to określoną liczbę punktów). Klęska na polu walki wciąż oznaczała utratę wyposażenia i obniżenie mnożnika punktów, zatem warto było mieć się na baczności.
Czym jednak byłoby GTA bez stacji radiowych? Dzieło DMA Design po raz kolejny zapewniało wachlarz różnych gatunków muzyki. Obok Head Radio i innych klasycznych stacji mogliśmy posłuchać tego, co nadawały poszczególne gangi, a także określone służby (podsłuchując komunikację policji, pogotowia, straży pożarnej i wojska, gdy zasiadaliśmy za kierownicami należących do nich pojazdów).

Jak jednak wspomniałem na wstępie, Grand Theft Auto 2 nie było dziełem pozbawionym wad. Uwagę zwracała stosunkowo mała liczba innowacji, a także jakość oprawy graficznej, która już w 1999 roku potrafiła mocno „trącić myszką”, a dzisiaj budzi jedynie uśmiech politowania… choć trzeba przyznać, że z perspektywy czasu zyskała nieco specyficznego uroku.
Dla mnie po raz kolejny największym problemem tej pozycji była praca kamery, która oddalała się i przybliżała do postaci/samochodu w zależności od tego, z jaką prędkością się poruszaliśmy. Podobnie jak miało to miejsce w przypadku pierwszego GTA, przed laty w ogóle tego nie odczuwałem, a dzisiaj omawiana produkcja jest dla mnie niemal niegrywalna. Niemal, bo mam wrażenie, że całość nieco uspokojono względem tego, co wyrabiała kamera w pierwszej części serii.
Grand Theft Auto 2 ukazało się w 1999 roku na PlayStation i Windowsie, zaś w 2000 roku trafiło na Dreamcasta i GameBoya Color. Gra doczekała się umiarkowanie ciepłego przyjęcia ze strony branżowych mediów i odniosła równie umiarkowany sukces komercyjny. Jak zatem widać, próba ponownego wybicia się na kontrowersyjnej tematyce nie do końca popłaciła. Rockstar i DMA Design musiały więc zapewnić marce nowy start. Na szczęście z czasem na horyzoncie zamajaczył projekt, który miał odmienić całą branżę gier wideo. Ale to temat na inną opowieść…

Podobnie jak miało to miejsce w przypadku „jedynki”, Grand Theft Auto 2 próżno szukać na platformach Steam i GOG. W zależności od wersji i stanu za używany egzemplarz GTA 2 trzeba dzisiaj zapłacić od 50 zł w górę.
Retro Gaming
Cykl Retro Gaming rozwijamy od października 2023 roku. Polecamy teksty wchodzące w jego skład. Poniżej linkujemy do pięciu poprzednich odcinków:
GRYOnline
Gracze
Steam

Autor: Krystian Pieniążek
Współpracę z GRYOnline.pl rozpoczął w sierpniu 2016 roku. Pomimo że Encyklopedia Gier od początku jest jego oczkiem w głowie, pojawia się również w Newsroomie, a także w dziale Publicystyki. Doświadczenie zawodowe zdobywał na łamach nieistniejącego już serwisu, w którym przepracował niemal trzy lata. Ukończył Kulturoznawstwo na Akademii Górniczo-Hutniczej w Krakowie. Prowadzi własną firmę, biega, uprawia kolarstwo, kocha górskie wędrówki, jest fanem nu metalu, interesuje się kosmosem, a także oczywiście gra. Najlepiej czuje się w grach akcji z otwartym światem i RPG-ach, choć nie pogardzi dobrymi wyścigami czy strzelankami.