- Piękne sceny filmowe, bez których kino nie byłoby tym samym
- Dobry, zły i brzydki
- Władca Pierścieni: Drużyna Pierścienia
- Gwiezdne Wojny IV: Nowa Nadzieja
- Dawno temu w Ameryce
- Casablanca
- Edward Nożycoręki
- Avengers: Koniec gry
- Spirited Away: W krainie bogów
- Mr. Nobody
- Blade Runner 2049
Mr. Nobody

- Co to za scena: Umierający 117-letni Nemo Nobody uzmysławia sobie, dlaczego pamiętał kilka wersji własnego życia
- Reżyseria: Jaco Van Dormael
- Scenariusz: Jaco Van Dormael
- Zdjęcia: Christophe Beaucarne
- Muzyka: Pierre Van Dormael
- W scenie gra: Jared Leto
- Gdzie obejrzeć: Powtórki w TV, DVD
Można powiedzieć, że to popłuczyny po Przypadku Kieślowskiego, że film zachwyca głównie warstwą estetyczną, momentami popada w pseudointelektualizm i pod koniec niebezpiecznie balansuje na granicy kiczu. I to wszystko będzie prawda. Tylko że obrazowi nie można odmówić bycia po prostu pięknym. Stylistyka fantasy zręcznie łączy się z science-fiction, a intelektualne rozważania o fizyce kwantowej płynnie przechodzą w opowieść o aniołach kładących palec na usta nienarodzonych dzieci. I wygląda to naprawdę efektownie nawet w chwilach, w których scenariusz zaczyna trochę się rozwlekać.
Soudtrack do tego filmu przesłuchałem na YouTubie znacznie więcej razy niż lat ma stary Nemo Nobody. I chyba nigdy mi się nie znudzi. Zresztą sprawdźcie sami – na ścieżkę dźwiękową Mr. Nobody składa się kilkadziesiąt utworów w różnej stylistyce, Niektóre z nich skomponował na użytek produkcji nieżyjący już niestety Pierre van Dormael, niektóre zaś to doskonale znane hity lat 70. i 80. Jakimś cudem jednak mimo tej gatunkowej rozpiętości soundtrack jest zaskakująco spójny. I to jeden z największych atutów tego filmu.
Z pewnością jednak niejedyny. Warstwa wizualna oszałamia. Nemo Nobody próbujący odnaleźć swoją tożsamość w jednej z setek wersji swojego własnego życia, w każdej z nich znajduje się w inaczej filmowanej rzeczywistości. Najpiękniejsze jest jednak zakończenie (gdyby ktoś jakimś cudem jeszcze nie widział filmu – uwaga na nisko latające SPOILERY). 117-letni Nemo przypomina sobie, kim był. Okazuje się, że wszystkie warianty jego życia powstały w umyśle małego chłopca, który musiał dokonać wyboru niemożliwego – zdecydować się, czy zostać z matką, czy z ojcem. Scena z wydającym ostatnie tchnienie bohaterem oddziałuje tak na emocje właśnie dlatego, że w tym momencie dziecko podejmuje decyzję. Wykreowany w jego wyobraźni świat się rozpada, a czas zaczyna się cofać w rytm Mr. Sandman. Głupie, ale jakie piękne!

W zupełnie inny sposób odchodzi Emily – tytułowa gnijąca panna młoda z hitu Tima Burtona. Bohaterka po rozprawieniu się ze zdradliwym byłym narzeczonym nareszcie odnajduje spokój i zmienia się w rój kolorowych motyli. Oba filmy łączy podejście do surrealizmu, a mianowicie wykorzystanie go jako pretekstu do pokazania zmagań postaci z demonami własnej psychiki. Emily godzi się z przeszłością (i być może również z własną przemijalnością), zrzucając cały ciężar dręczących ją wspomnień, Nemo zaś akceptuje konieczność dokonania niemożliwego wyboru. Ale nawet pomijając całą tę symbolikę – Gnijącą Panna Młoda to film cholernie urokliwy (i to nakręcony w całości jako animacja poklatkowa!).
