- Piękne sceny filmowe, bez których kino nie byłoby tym samym
- Dobry, zły i brzydki
- Władca Pierścieni: Drużyna Pierścienia
- Gwiezdne Wojny IV: Nowa Nadzieja
- Dawno temu w Ameryce
- Casablanca
- Edward Nożycoręki
- Avengers: Koniec gry
- Spirited Away: W krainie bogów
- Mr. Nobody
- Blade Runner 2049
Avengers: Koniec gry

- Co to za scena: Kiedy Thanos prawie pokonuje Capa, z portali wyłaniają się wymazani wcześniej przez Szalonego Tytana Avengersi
- Reżyseria: Anthony Russo, Joe Russo
- Scenariusz: Christopher Markus, Stephen McFeely
- Zdjęcia: Trent Opaloch
- Muzyka: Alan Silvestri
- W scenie gra: Chris Hemsworth, Chris Evans, Josh Brolin, Elizabeth Olsen, Benedict Cumberbatch, Chadwick Boseman, Tessa Thompson i inni
- Gdzie obejrzeć: Rakuten
Tak, tak, to kino na wskroś popularne, popkulturowa papka dla mas, faceci i kobiety biegający (albo i latający) po ekranie w kolorowych gaciach, komiksowa nawalanka bez drugiego dna i co tam chcecie jeszcze Endgame zarzucić. W większości argumenty krytyków filmu są zresztą słuszne. Bo zwieńczenie trzech faz MCU nawet nie próbuje być niczym więcej niż kinem rozrywkowym z ledwie zaznaczonym wątkiem radzenia sobie z traumą po śmierci bliskich. Ale w swoim gatunku film nie ma sobie równych.
Kino superbohaterskie jest nam potrzebne niezależnie od tego, czy tego chcemy, czy nie. To naturalny spadkobierca westernów, eposów rycerskich i mitologicznych opisów zmagań herosów. Marvel nie zainteresował milionów ludzi na całym świecie historią nazbyt oryginalną, zainteresował ich mitem. Fenomen Kevina Feige’a nie polega na sprawieniu, by widzowie zechcieli oglądać akurat produkowane przez niego filmy. To Kevin Feige stworzył dokładnie to, co widzowie chcieli zobaczyć.
A skoro już tak pokochali filmową sagę o Avengerach, nie mogli nie zachwycić się powrotem wymazanych przez Thanosa superbohaterów. Chwila, w której wyłaniają się oni z portali, to punkt kulminacyjny całego MCU. Z genialną muzyką Alana Silvestriego i cudownymi zdjęciami Trenta Opalocha. Dużą zasługę w zbudowaniu klimatu sceny mieli, rzecz jasna, również spece od CGI. Wygląda to naprawdę epicko. I oczywiście próżno szukać w tym zestawieniu filmu tak miałkiego pod względem wartości dramatycznej, ale kto nie wzruszył się, widząc Czarną Panterę i spółkę wyłaniających się z portali, niech pierwszy rzuci kamieniem. Avengers, assemble!

Sin City jest wizualnie perfekcyjne od początku do końca. Nawet sequel, choć pod względem scenariusza nie dotrzymuje kroku pierwszej części, zachwyca wysmakowanymi kadrami, z których niemal każdy mógłby robić za tapetę na laptopie czy smartfonie (albo wisieć na ścianie). Owszem, film pogrywa z konwencją kiczu, ale trzeba przyznać, że w swoim przerysowaniu jest wyjątkowo realistyczny. Bohaterowie działają zgodnie z regułami wykreowanego świata, w żaden sposób nie utrudniając widzowi zawieszenia niewiary. A Bruce Willis (czyli Hartigan) stojący w deszczu z przygotowaną do strzału bronią to prawdziwa orgia dla oczu. Jeżeli miałbym wybrać z Sin City najpiękniejszą scenę, to chyba byłaby to właśnie ona.

Filmem zupełnie innego rodzaju jest Joker Todda Phillipsa. Kontrast pomiędzy mającymi premierę w tym samym roku hitami opartymi na komiksowych pierwowzorach pokazuje, że kino superbohaterskie (czy może też superzłoczyńskie) dawno przestało tkwić w sztywnych ramach konwencji. Scena, w której Joker tańczy na schodach, jest przerażająca, lecz jednocześnie piękna. Twórcom udało się stworzyć film, w którym psychopatyczny morderca wzbudza litość. Mało tego, w pewnym momencie widz po prostu Jokerowi kibicuje. I cieszy się, kiedy bohater odnajduje szczęście… nawet jeżeli po drodze musi zabić kilka osób i kompletnie przekreślić możliwość normalnego życia. Joker to w ogóle film piękny – w ten najbardziej przerażający możliwy sposób.
