- Piękne sceny filmowe, bez których kino nie byłoby tym samym
- Dobry, zły i brzydki
- Władca Pierścieni: Drużyna Pierścienia
- Gwiezdne Wojny IV: Nowa Nadzieja
- Dawno temu w Ameryce
- Casablanca
- Edward Nożycoręki
- Avengers: Koniec gry
- Spirited Away: W krainie bogów
- Mr. Nobody
- Blade Runner 2049
Dobry, zły i brzydki

- Co to za scena: Finałowy pojedynek tytułowych trzech rewolwerowców
- Reżyseria: Sergio Leone
- Scenariusz: Furio Scarpelli, Luciano Vincenzoni, Sergio Leone, Agenore Incrocci
- Zdjęcia: Tonino Delli Colli
- Muzyka: Ennio Morricone
- W scenie gra: Clint Eastwood, Eli Wallach, Lee Van Cleef
- Gdzie obejrzeć: iTunes Store
Kiedy Clint Eastwood, Eli Wallach i Lee Van Cleef spotkali się na cmentarzu, by stoczyć decydujący pojedynek, nie wiadomo już było kompletnie, kto jest tym dobrym, kto złym, a kto brzydkim. I taki właśnie był zamysł Leone. Już w poprzednich filmach z trylogii dolarowej dokonał on zamachu na gatunek, łamiąc uświęcone przez Johna Wayne’a i Johna Forda schematy. W Dobrym, złym i brzydkim posunął się o krok dalej, na początku sugerując widzom, kto jest kim, żeby przypadkiem się nie pomylili, a potem podważając przedstawiony przez siebie porządek. Dziś może się to wydawać wcale nie tak zaskakujące, ale w latach 60. zakwestionowanie klasycznego podziału na dobro i zło wydawało się czymś absolutnie niewiarygodnym. Zszokowani widzowie nie wiedzieli, co oglądają, nie wiedzieli, za kogo powinni trzymać kciuki i, co chyba najważniejsze, nie mieli zielonego pojęcia, jak film się zakończy. A zdążyli przyzwyczaić się już do dobrze sobie znanych, wygodnych finałów.
I może dlatego ten pojedynek do dziś wzbudza emocje. Zarówno widz z roku 1966, jak i ten z roku 2020 nie może przewidzieć, co za chwilę się stanie. Scena ta może uchodzić za doskonały przykład tego, jak powinno się budować napięcie. Bo, bądźmy szczerzy, czy uwierzylibyście, że takie emocje może wzbudzić pięciominutowa (!) sekwencja, w której trzech facetów mierzy się wzrokiem?
Lwią część zasług powinien przypisać sobie Ennio Morricone. Niedawno zmarły kompozytor stworzył ścieżkę dźwiękowa, która nie tylko ilustruje pojedynek, ale pojedynkiem jest! Perfekcyjnie oddaje emocje, stawkę starcia i niepewność, która towarzyszy zarówno rewolwerowcom, jak i widzom. Swoje zrobiła też dobrze dobrana obsada. Jakiś czas po premierze Leone nieco uszczypliwie mówił o Clincie Eastwoodzie, że „ma dwie miny, w kapeluszu i bez”, ale w tej scenie jego oszczędna gra aktorska cudownie kontrastowała z cholerycznym charakterem Eliego Wallacha i zachowaniem Lee Van Cleefa, który z trudem powstrzymywał nerwowe gesty. Oglądałem ten pojedynek już [tu wstaw losową liczbę z przedziału 100-1000] razy i wiem, że nigdy mi się nie znudzi.

Niszę po westernach, które powstają już dziś znacznie rzadziej, przejęło w pewien sposób kino postapokaliptyczne. A jeśli mówimy „postapokalipsa”, w pierwszej kolejności staje nam przed oczami… No dobra, Fallout. Ale zaraz potem Mad Maxy. Wersja z Tomem Hardym i Charlize Theron jest zaś po prostu wizualnym i montażowym majstersztykiem. Przez dłuższą chwilę zastanawiałem się, która ze scen jest tą najpiękniejszą, ale szybko uznałem, że w tym przypadku wybór jakiejkolwiek jest bezcelowy. Bo całe Mad Max: Na drodze gniewu to w zasadzie jedna dwugodzinna scena akcji. I chyba w historii jedyna tak długa, która ani przez chwilę nie nużyła. George’u Millerze, proszę cię, nakręć w końcu te sequele, spin-offy czy nawet prequele. Jeżeli będą tak dobre jak Fury Road, nie obrażę się nawet, jeżeli będzie ich tyle, ile Cameron planuje nakręcić Avatarów (jeżeli powstaną trochę wcześniej niż saga Na’vi).
