George R. R. Martin pewnie nigdy nie skończy swojej sagi - i dobrze, skoro dostaliśmy Rycerza Siedmiu Królestw
Czekamy na Wichry Zimy i może jeszcze się doczekamy, ale czy Martin zdąży napisać zakończenie sagi? Wątpliwe. Nie wiem jednak, czy to tak źle, kiedy dostajemy takie rzeczy jak Rycerz Siedmiu Królestw.
Zakończenie serialowej Gry o tron było Wydarzeniem przez duże W, ale chyba nie o takie twórcom chodziło. Ludzie już od kilku odcinków przeczuwali, że to się rozleci, mnożyły się memy i kompilacje głupich scen. Cóż, duet D.B. Weiss i David Benioff koncertowo położył końcówkę, ale też musiał zamykać wątki po swojemu, bo materiał źródłowy skończył się na piątym tomie powieści George’a R.R. Martina, na Tańcu ze smokami. Wichrów zimy jak nie było, tak nie ma, a w międzyczasie pojawiły się już dwa seriale ze świata – Ród smoka i Rycerz Siedmiu Królestw. Nie dziwię się, że pisarz w tym czasie zajmował się na przykład pisaniem lore do Elden Ringa i mógł stracić zapał do kończenia swej „głównej” opowieści. Cóż, historia wymknęła mu się spod kontroli – ale to, co dostaliśmy w zamian w jakimś stopniu wynagradza to, że końca sagi nigdy nie dostaniemy.
Gra o tron przegrana?
To prawda, też żałuję, bo w sumie chciałbym poznać prawdziwe zakończenie Pieśni Lodu i Ognia – takie przemyślane, jak tylko Martin potrafiłby dostarczyć. Wprawdzie ponad ten cykl stawiam Malazańską Księgę Poległych Stevena Eriksona i Pierwsze Prawo Joego Abercrombiego, ale do Pieśni... i jej bohaterów też się przywiązałem. Zresztą, kto nie? Znaczy wiadomo, zawsze znajdzie się grupa, do której dana opowieść czy marka nie trafiają – ale był taki czas, że o Game of Thrones słyszeli wszyscy.
Serial, kiedy jeszcze był dobry, zmiótł z planszy wszystko inne i stanął na czele rewolucji seriali jakościowych (razem z Rodziną Soprano, Rzymem, Breaking Bad i kilkoma innymi epickimi dramami). O tym się mówiło na studiach, w sieci, autobusie i pracy. Na początku z rąk do rąk krążyły płytki z kopiami czy linki, takie to były czasy, a potem płaciliśmy za HBO GO. Przeżywaliśmy finał pierwszego sezonu (to były czasy, gdy śmierć Neda Starka naprawdę szokowała!), kibicowaliśmy Tyrionowi, Daenerys czy Jonowi, nienawidziliśmy Jeoffreya, zastanawialiśmy się, w jaką grę grają Littlefinger i Cersei oraz o co naprawdę chodzi Jamiemu czy Stannisowi. Ci bohaterowie zostali z nami na długo (ty nie, Bran).
W międzyczasie jak grzyby po deszczu rosły wokół Westeros kolejne gałęzie biznesu. Zagrywaliśmy się w znośne RPG, do odciny katowaliśmy znakomitą strategiczną planszówkę, a reklamy city builderowej mobilki straszą mnie na YouTube do dziś. Komiksów też raczej nie brakowało. Fani tworzyli larpy w klimacie. Kurczę, na podstawie serialu chyba napisano nawet kilka książek. Nie, chyba coś pokręciłem…
A już całkiem serio. To wszystko sprawiło, że popularność Martina wystrzeliła w stratosferę. Stworzył kapitalny i pojemny w swej pozornej prostocie świat z wyrazistymi bohaterami, systemem społecznym, pojęciami, mitologią i ikonografią, a potem napisał to porządnie (pomysł startował zresztą jako scenariusz przerobiony na literaturę). I to zażarło. Zażarło jak diabli. Podejrzewam, że nawet tacy giganci jak Erikson czy Sanderson trochę Martinowi wciąż zazdroszczą. Poza jednym aspektem. Martin bowiem wpadł pod koła własnego sukcesu.
Pieśń Oczekiwania i Prokrastynacji
Nie dziwię się, że przeciągał prace w nieskończoność i szukał sobie wszystkich możliwych zajęć. Wyobrażacie sobie tę presję? Konieczność dowiezienia kolejnych rozdziałów i finału, który utrzyma poziom początku, a przy tym jeszcze czymś zaskoczy? Finału, który odpowie na nurtujące fandom pytania, wzbudzi pozytywne emocje i domknie te kilkadziesiąt wątków napędzających fabułę. A przypomnę, że oczekiwania odbiorców musiały być ogromne, zwłaszcza w szczytowym momencie popularności serialu, który zapewniał jedną błyskotliwą scenę za drugą (poza tymi z tobą, Bran).
W międzyczasie Benioff i Weiss prześcignęli Martina i doprowadzili adaptację do końca. To musiało być deprymujące, zwłaszcza że finał, jak wspominałem, został źle odebrany przez szarpaną narrację, dziury logiczne i absurdalne rozwiązanie wątków. Nie pomogło też nagranie odcinka z bitwą o Winterfell jako audiobooka, w którym nic nie było widać.
W każdym razie świat, który Martin zbudował, został przechwycony przez szwadron innych twórców, z lepszym lub gorszym skutkiem – i finał tej historii w świadomości ludzkości opowiedziano bez niego. Jasne, tysiące fanów czeka na „prawdziwy” koniec Pieśni Lodu i Ognia i pewnie potraktuje Wichry Zimy oraz to, co przyjdzie po nich (jeśli przyjdzie…) z odpowiednią rewerencją, zwłaszcza jeśli te książki będą dobre. Ale niesmak pozostanie.
Mam też wrażenie, że Martin, z racji wieku i kondycji, już się tak nie pali do tego przedsięwzięcia. W niektórych wywiadach wspominał też, że niepotrzebnie posłał do piachu jedną kluczową postać, kiedy jeszcze by się przydała w następnych tomach. Takie rzeczy muszą być męczące przy pracy nad tak wielowątkową historią.
Z trzeciej strony zastanawiam się też, czy dziedzictwo Martina aż tak bardzo ucierpi bez finału Pieśni... Pamiętajmy, że już wcześniej dał się poznać jako bardzo sprawny pisarz, który wypuszczał znakomite książki, jak choćby Rockowy Armageddon czy Ostatni rejs „Fevre Dream”. Także mamy co czytać i co odkrywać, jeśli Pieśń Lodu i Ognia to za mało.
Rycerz Siedmiu Królestw na ratunek
Te poboczne projekty ze świata Westeros też okazały się całkiem sporym sukcesem. Wprawdzie Ród smoka mógł uśpić tych, którym brakowało balansu między dworską intrygą a awanturniczą historią, ale zrobił i zarobił swoje. Z kolei Rycerz Siedmiu Królestw powoli pracuje sobie na reputację znakomitego i zabawnego serialu awanturniczego. Bo tu na razie wszystko gra, buczy i śpiewa (czasem dosłownie).
Mój największy problem z Rodem smoka (poza ogólną sztywnością) tkwił w tym, że całe tło wydawało się martwe. To skuteczny środek wyrazu, by pokazać pustkę w sercach klasy rządzącej, ale jednocześnie doskonały sposób na znużenie widza, zwłaszcza takiego przyzwyczajonego do barwnego drugiego i trzeciego planu Gry o tron. Tam, przez historie o wędrówce i pokazywanie społecznych dołów, gry polityczne zdawały się mieć realną stawkę.
Rycerz Siedmiu Królestw z kolei skupia się przede wszystkim na gościńcu, życiu rycerza i turnieju. To przygodowa opowieść przypominająca (nieco) poważniejszego, ale za to bardziej krwawego brata Obłędnego rycerza ze ś.p. Heathem Ledgerem, tylko że w Westeros nikt nie śpiewa We Will Rock You podczas turnieju (dobra, to akurat jest spora strata).
Historia bowiem też opowiada o młodym, „osieroconym” giermku o imieniu Dunk (Peter Claffey), który podaje się za ser Duncana Wysokiego, chce wziąć udział w turnieju i próbuje się wkręcić w towarzystwo. Jednocześnie zaś sam po drodze niemal „potyka się” o swojego przyszłego giermka, Egga (Dexter Sol Ansel). Wprawdzie Dunk spotyka na drodze i w szrankach możnych tego świata – Targaryenów czy Baratheonów – ale to w gruncie rzeczy kameralna historia o prostych wartościach.
Robi jednak kilka niezwykłych rzeczy. Przede wszystkim na powrót ożywia świat, który tak polubiliśmy, znowu mamy do czynienia z barwnym tłem, gdzie coś się cały czas dzieje, a nie z przepalaniem kasy na monumentalne, ale teatralne i puste dekoracje. Twórcy bawią się też narracyjną ironią, one-linerami i rubasznym humorem, żonglują szczerymi emocjami i brutalnością, jaka towarzyszy nawet „sportowym” starciom.
Fantasy odświeżone?
Przy tym wszystkim Rycerz wpisuje się trochę w nowy serialowy nurt fantasy. Pomaga wyciągnąć go z oceanu desperacji i cynizmu, do spółki z takimi animacjami jak Castlevania (ta pierwsza, dobra, od Ellisa), The Legend of Vox Machina czy The Mighty Nein. To z jednej strony bardzo samoświadoma i ludzka opowieść zauważająca szarości moralne oraz słabości człowieka, ale z drugiej – opowiada o bohaterach pozytywnych. Tutaj brudne zagrywki są przeciwnością do pokonania, a nie koniecznością dziejową. Przez to heroizm niektórych postaci wypada naturalnie. Wiarygodnie. Bo to osoby pełne przywar, a jednak finalnie dokonują właściwego wyboru. Nawet, jeśli czasem muszą za to zapłacić wysoką cenę.
Oczywiście, to nie robiłoby takiego wrażenia, gdyby wcześniej Gra o tron nie ubrudziła gatunku i nie pokazała, że można inaczej, bliżej rzeczywistości i tego, co wiemy o ludzkości z kart historii. Gdyby nie zdekonstruowała fantasy i nie cisnęła rycerzami, królami i całą resztą w krew, błoto i gnój – oraz pod koła nieubłagalnej politycznej machiny. Mówię oczywiście tylko o tym, jak płynął nurt odbioru historii telewizyjnych i kinowych. Fantasy literackie dojrzało dekady wcześniej i obok Martina już dawno kroczyli tacy autorzy jak Guy Kay, Steven Erikson, Brandon Sanderson, Joe Abercrombie czy nasi Feliks W. Kres i Andrzej Sapkowski. Niemniej szerokiej publiczności oczy otworzyła właśnie Gra o tron (i może też wykorzystała rozpęd wykreowany przez takich bohaterów jak doktor House). Rycerz Siedmiu Królestw domyka ten cykl postrzegania historii.
Zatem seriale, jak i powieściowy oryginał, zrobiły kulturowo już swoje. Licząc obecny proces, opisany w kontekście Rycerza Siedmiu Królestw – to już dwa małe popkulturowe przewroty, w których palce maczał George R.R. Martin. Nawet jeśli odpuści sobie wielki finał i jesień życia postanowi spędzić w spokoju, z dala od klawiatury (albo rzeźbiąc coś razem z Hidetaką Miyazakim) – to swoje już zrobił. Pewne rzeczy będzie można mu wybaczyć.




