Ten film to profanacja Silent Hill 2. Z arcydzieła zostały tylko zgliszcza
Tak, widziałem zwiastuny Powrotu do Silent Hill i nie napawały one wielką nadzieją. Nie spodziewałem się jednak, że będzie aż tak źle. Jako fana Silent Hill 2, ten film mnie po prostu boli.
Nie spodziewałem się, że podczas tworzenia adaptacji reżyser Christophe Gans (odpowiedzialny zresztą za filmowego Silent Hilla z 2006 roku) oraz scenarzyści William J. Schneider i Sandra Vo-Anh wpadną na aż tak katastrofalne pomysły, które w zasadzie demolują oryginalną historię, pozbawiając ją największych atutów. W przeciwieństwie do dzieła Team Silent tu nic nie działa – nie ma miejsca na sugestywną symbolikę, przerażający klimat czy przekonujące oddanie psychiki bohaterów. Jest jedynie beznadziejna wariacja kultowej opowieści z aktorami, którzy wyglądają, jakby urwali się ze średniego cosplayu.
Klimat SH2 w gruzach
Już pierwsze minuty zwiastują tragedię. Ktoś uznał, że szarą, melancholijną kolorystykę SH2 należy skontrastować ze scenami mającymi wyraziste, ciepłe barwy. James Sunderland (Jeremy Irvine) gna więc swoim autem niczym rasowy pirat drogowy, niczym nastoletni buntownik, którego życie jeszcze niczego nie nauczyło. Chyba nawet pali blanta, ale możliwe, że ten detal podpowiedziała mi sterana seansem wyobraźnia. Nad jego głową wisi krystalicznie niebieskie niebo, a do tego świeci słońce. Można odnieść wrażenie, że trafiło się na inny film, ale nie – to jest Powrót do Silent Hill.

Podobnych fragmentów pojawia się więcej. Bo nie możemy towarzyszyć Jamesowi w wędrówce po posępnym Silent Hill bez flashbacków, które będą w kompletnej opozycji do klimatu grozy i wyjaśnią Ci, drogi widzu, całą historię krok po kroku. Przedstawią relację Jamesa z Mary (Hannah Emily Anderson) od poznania się – od razu przeradzającego się w tandetny flirt i zakochanie – po ostatnie momenty „wielkiej miłości”. Wyjaśnią znaczenie symboli, które widzi główny bohater, i dobudują jego ukochanej zupełnie nowe wątki.
Scenarzyści uznali bowiem, że dodadzą do oryginalnej fabuły motyw okultystycznej sekty. Z jednej strony nie chcą go należycie zgłębić (nie ma na to czasu, bo całość trwa niewiele ponad półtorej godziny), z drugiej – sugerują, że to sekta ponosi winę za niemal wszystkie dramaty. Co stanowi bardzo duży problem, bo w ten sposób zupełnie zmieniają znaczenie relacji Jamesa z Mary i przekaz SH2. Psychologiczne niuanse protagonisty zastąpiono knowaniami organizacji, której członkowie zachowują się jak tanie marionetki z napisem „zło”. James natomiast urasta do rangi… potencjalnego zbawcy swojej dziewczyny (dobrze czytacie – zamiast małżeństwa byli w nieformalnym związku).
Oczywiście scenarzyści wiedzą lepiej
Nie ukrywam, zupełnie nie rozumiem, jakim sposobem ktoś uznał, że sceny, kiedy mamy śliczną zieloną trawę, a słońce przyjemnie grzeje, korzystnie wpłyną na odbiór filmu. Że nie będą wybijały z nastroju grozy. Już pomińmy materiał źródłowy – przecież to podstawowa zasada horrorów: trzymamy się określonego klimatu i nawet w chwili wytchnienia musimy mieć wyraźną obawę, że potwory niebawem wrócą, by znowu nas straszyć. Tymczasem w Powrocie do Silent Hill jest fragment, gdy James wchodzi do opuszczonego, zdewastowanego lokalu. Czujesz niepokój? Spokojnie, zaraz przeniesiemy się do wspomnienia, gdy odbywał się tu bankiet z mnóstwem ludzi.

Na domiar złego James ma terapeutkę (!), która się z nim kontaktuje, gdy ten wędruje po mglistym miasteczku. Długi czas widzimy ją w odbiciu luster, popękanego szkła, coś w ten deseń, żebyście nie pomyśleli, że ten wątek jest normalny – co prawda totalnie niczemu nie służy, ale trzeba było zadbać o pozory dziwności, więc zrobiono to za pomocą „nietypowego” ujęcia kamery, powtórzonego chyba kilkakrotnie. To może chociaż samo Silent Hill pozostało niezmienione? Nic z tych rzeczy!
W grze James spotyka postacie, które mierzą się z własnymi demonami, natomiast w filmie zdecydowano się podpiąć wszystkich pod jego relację z Mary. Oznacza to naprawdę skandaliczne zmiany, które dotykają Angelę i Laurę – obecność obydwu bohaterek ma nowy wydźwięk, co w konsekwencji totalnie demoluje przekaz oryginalnej historii.
Boleję również nad losem Marii – jej uwodzicielskość jest tutaj ograna bardzo nachalnie, kobieta niemal od razu pcha się w fizyczny kontakt i próbuje natarczywego flirtu. Grając w SH2, czułem chęć zaopiekowania się nią, bo świetnie wchodziła w rolę „tajemniczej kobiety w opałach” i umiała pokazać swoje wrażliwe oblicze. Niestety filmowi scenarzyści spłaszczyli Marię, sprowadzając ją do kiczowatej seksualności i nie tworząc żadnej relacji między nią a Jamesem. Stała się jedynie elementem do odhaczenia, łopatologicznie wyjaśnianym, bez miejsca na własne interpretacje widza.

To adaptacyjna kompromitacja
Wreszcie nie jest to też żaden straszny horror. Gołym okiem widać, że film w dużym stopniu kręcono na green screenach, posiłkując się CGI. Miasteczko Silent Hill wygląda jak plastikowa makieta, a niektórymi ujęciami z góry chce nam się wmówić, że to labirynt, w którym można się zgubić. Szkaradne potwory pojawiają się tłumnie, bez budowania napięcia, a James częściej biegnie i się potyka, niż stawia czoło zagrożeniu. Aż musiałem włączyć SH2, żeby sobie przypomnieć, że to przecież pełna brudu i posoki gra.
Aktorzy sunący po cyfrowo odtwarzanych plenerach też nie przekonują, w czym drętwe dialogi wcale im nie pomogły. Jeremy Irvine nie dźwignął roli obarczonego psychicznymi problemami bohatera, a Hannah Emily Anderson wypada groteskowo, zarówno jako ukochana Jamesa, jak i w tandetnej peruce, gdy próbuje być „uwodzicielską” Marią. Jedyny punkt, który wciąż działa, to muzyka Akiry Yamaoki – ale wolę jej słuchać w grze lub na Spotify, zamiast w tym chaosie, który bezlitośnie depcze ducha SH2.

Powrót do Silent Hill to beznadziejna adaptacja, niszcząca niemal wszystko, co w pierwowzorze było genialne. Twórcy zupełnie nie zrozumieli dzieła Team Silent i Konami albo uznali, że przerobią je na własną modłę, „ulepszą” i wytłumaczą tak, by nikt nie miał wątpliwości, o co tu chodziło. Ale w sumie czego się spodziewać, skoro prawdopodobnie chcąc pokazać źródło historii, decydują się czasem na ujęcia z pierwszej osoby, sprawiające wrażenie, jakbyśmy grali w grę. No, tylko że w Silent Hill 2 mamy widok trzecioosobowy. Kurtyna.
