Nowy sezon Invincible opowiada o bolesnym upadku autorytetów - i uderza celnie
O poziom Invincible póki co nie musimy się martwić. 4. sezon superbohaterskiej animacji Prime Video podnosi jednak ciekawe problemy o kwestiach autorytetów we współczesnym świecie. I to wszystko nie rezygnując z dramy oraz pięknej demolki!
Wprawdzie przeczytałem Invincible od deski do deski, ale czasem już zapominam, jak bardzo ten „list miłosny do gatunku” od Roberta Kirkmana potrafił być złożony. Możliwe też, że to serial z mocniejszymi środkami wyrazu bardziej uwypukla pewne kwestie, ale trykociarski Niezwyciężony to coś więcej niż kompetentny młodzieżowy dramacik o dojrzewaniu pełnego dobrych chęci herosa do roli obrońcy w trudnym i brutalnym świecie. Czwarty sezon, ze względu na konsekwencje działań bohaterów z poprzednich serii, zyskał bardzo specyficzny i dosyć gorzki wydźwięk. Sporo mówi o naszym obecnym podejściu do autorytetów, o braku zaufania i tym, jak ciężko je odzyskać. A to wszystko widać już w trzech pierwszych odcinkach, które od środy mogliśmy oglądać na Prime Video.
UWAGA NA NISKO PRZELATUJĄCE SPOILERY!
Invincible w trudnym położeniu
Czwarty sezon zaczyna się od tego, że bohaterowie próbują przepracować traumy, jakie pozostawiła w nich walka z Conquestem i wszystkie poprzedzające ją trudne decyzje, nie tylko Marka i Eve. Starania o wygodną, superbohaterską rutynę idą jednak jak po grudzie. Niezwyciężony ewidentnie zmaga się z PTSD i wyrzutami sumienia, a moce jego partnerki zaczynają szwankować. Do tego młodszy z braci Marka, Oliver, próbuje uporać się z dziedzictwem brata jak i ojca. Tymczasem zagrożenia napierające na Ziemię i okolice nie zwalniają: z jednej strony – złoczyńcy, jak i kosmiczne, kontrolujące kałamarnice nie śpią, z drugiej – możecie spodziewać się etatowej inwazji z innego wymiaru, a z trzeciej – zagrożenie ze strony Viltrumitów, macierzystej rasy Omni-mana i właśnie Niezwyciężonego – nie zniknęło.
Dzieje się. Wątki i bohaterowie ewoluują i tematem, który najlepiej widać na tym etapie rozwoju historii, jak i postaci, jest kryzys autorytetów. Autorytetów już wcześniej nadwątlonych przez zdradę, jakiej dopuścił się Omni-Man. Rysy pogłębiły się wraz z kolejnymi działaniami Niezwyciężonego (który zaskakująco często przegrywa w ramach heroicznego procesu edukacyjnego). Te zaś od miesięcy budzą w społeczeństwie wątpliwości. Bo nieważne, ilu Mark wraz z przyjaciółmi i sojusznikami uratuje, zawsze pozostaną wątpliwości, czy zrobił dość, czy kierował się odpowiednimi zasadami. I zawsze będą jakieś ofiary.
A sam czwarty sezon póki co spoko. Animacja, voice acting, sceny walk – to wszystko trzyma poziom, ładnie współgra z historią, która coraz bardziej rozwija się na kilku frontach jednocześnie i nabiera coraz bardziej monumentalnej skali – wątki rozciągają się po czasoprzestrzeni, jak i po kosmosie, a jednocześnie całość trzyma narracyjną spójność. Uprzedzam, jeśli historia wiernie podąża za komiksami Kirkmana, to w następnych epizodach czeka Was obsewrowanie kilku bolesnych rozdrapów bohaterów. Niemniej, jeśli dotarliście do tego etapu, to i tak wiecie, że lekko nie będzie, ale też warto zostać na trasie. Serial trzyma nieodmiennie wysoki poziom.
Co gorsza, chłopak zmaga się z dziedzictwem Viltrumitów – rasy supersilnych zamordystów i suprematystów, którzy potrafią wypchnąć planetę z orbity, żeby ukarać nieposłuszne ludy. Omni-Man, ojciec Marka, zgrywał przez lata anioła stróża i jasne, teraz próbuje odkupić winy, ale zbrodnie (próba podbicia planety, znęcanie się nad synem, morderstwa dokonane na towarzyszach), których w międzyczasie dopuścił się na Ziemi nie zniknęły z pamięci tak ofiar, jak i postronnych. I rzutują na bohatera, który generalnie chce dobrze. Chce odnaleźć się w świecie, bronić bliskich, jak i planety, zadośćuczynić za grzechy ojca i przede wszystkim pozbyć się tych negatywnych reakcji i nieufności, które napotyka na każdym kroku. I rozdzierają go też od środka, bo biorąc pod uwagę przypływy iście viltrumickiej agresji – Mark zwyczaj nie zawsze wie, czy może sobie ufać. I czy to też nie jest spuścizna pozostawiona po ojcu z „rasy panów”.
Grzechy ojców
Złożyłem to sobie w głowie po kolejnej scenie, bodaj w pierwszym odcinku nowego sezonu. Mark ratuje wszystkich i, dzięki nabytej wprawie, ogranicza zniszczenia do minimum. A i tak spotyka się z bardzo chłodnymi reakcjami naokoło, nawet superbohaterowie zdradzają zmieszanie na widok Niezwyciężonego.
Z tych, subtelnych w sumie przesłanek, buduje się powoli bardzo ciekawa historia. O tym, co stało się z autorytetami – i to na kilku poziomach. Do czego, jak do czego, ale do tego superbohaterskie tasiemce się nadają idealnie; w końcu to współczesne mity, ikony. Tanie, przegięte i kampowe, ale jednocześnie posągowe i wyraziste. I Invincible tę campowość kapitalizuje, by sprawnie opowiadać o kilku rzeczach jednocześnie. Dziś skupiamy się właśnie na autorytetach.
Od początku, jeszcze przed startem nowej serii, obserwowaliśmy, jak upada „stara gwardia” (Strażnicy Globu), na której swoje poczucie bezpieczeństwa opierał cały świat. Zaczęło się od Omni-Mana, zbrodniarza podrzuconego przez obcą kulturę, ale tak naprawdę i po reszcie widać było zgorzknienie, słabnącą wolę walki czy uleganie uproszczonym poglądom na rzeczywistość. Taki Mr. Immortal to chodzące ucieleśnienie rezygnacji i depresji, mimo sporej siły i niezliczonych lat doświadczeń. Robiący za tutejszego „człowieka na murze”, odpowiednika Nicka Fury’ego, szef G.D.A. Cecil zafundował widzom i bohaterom sinusoidę emocji oraz konflikty lojalności, gdy okazało się, do czego facet jest zdolny by bronić Ziemi – kompromisy moralne to mało powiedziane (ale zaprzęganie pokonanych wrogów, czy tego co z nich zostało, do roboty w słusznej sprawie, to podstawowa modus operandi Cecila).
W to wszystko wkracza nowa generacja bohaterów, z mocami, młodzieńczą energią i entuzjazmem, ale i bagażem pozostawionym przez wciąż aktywnych poprzedników. Takich, którzy mimo swoich słabości trzymają się „stołków” i pozycji mocno, pozują na autorytety, choć już wcale nimi nie są. A próbują przemawiać do młodszej generacji, jakby wciąż piastowali taką wyższą pozycję w niezachwiany sposób. Rodzice niektórych okazują się dla wielu potworami – jak właśnie Omni-Man, który dokonuje masakry, by udowodnić coś Markowi.
Nic dziwnego, że super-dzieciaki się w tym wszystkim gubią i popełniają błędy, mimo najszczerszych chęci. Są tylko jednostkami – wybitnymi, ale wciąż – stojącymi naprzeciw zastanego betonu, blizn, traum i niedopowiedzeń schowanych za kilkoma pomnikami, które ładnie wyglądają z daleka.
Gra jest ustawiona
Nie wiem, czy taka była intencja Kirkmana, a potem twórców serialu, ale wyszło tak, że oba dzieła dobrze odzwierciedlają zmagania obecnych dwudziesto- i trzydziestolatków z rzeczywistością naokoło. Z „autorytetami” w pracy modelującymi to, jak mają funkcjonować korpo-kołchozy i jak bardzo musimy podążać za „kulturą zapierdolu”, bo inaczej jesteśmy niewdzięczni. Z „autorytetami” życia społecznego, kulturalnego i politycznego, które przesuwają nas jak pioneczki i traktują jak zasób, niezależnie od tego, po której stronie debaty publicznej akurat stoją. Te same „autorytety” okazują się zresztą częścią problemu albo i jego źródłem (afera Epsteina dobrze to pokazuje – jedni z „wielkich” w tym uczestniczyli, inni odwracali wzrok).
Wchodzimy w świat ustawiony przez takich ludzi, korzystamy z jego zasad, warunków, dóbr – i zastanawiamy się, no, czasem, czy powinniśmy. Ile z tego powinno zostać wypalone do gołej ziemi lub ograniczone (np. wpływ AI pchany głównie przez grube ryby z korporacji), a ile pozostawione w ramach kompromisu. Nic dziwnego, że bywamy zagubieni, chcemy dobrze, a dajemy się wcisnąć w bardzo głupie prądy myślowe i pomysły innych. Bo gra jest ustawiona.
Co ciekawe, w dalszych odcinkach, sezonach, tak jak w komiksach wcześniej, Invincible będzie opowiadał o tym jak pokolenie Marka, właśnie z Niezwyciężonym na czele, powoli znajduje zdrowszą, pewniejszą drogę. Wiedzie do tego wiele zakrętów, ofiar, poświęceń, bólu, rozdartych serc i żali, ale ostatecznie wychodzi to nieco lepiej i bardziej prawdziwie niż poprzednikom.
W końcu to opowieść heroiczna, tylko przyrządzona z uwzględnieniem współczesnej samoświadomości, wykształconej po emoce zgryźliwości i pastiszu, którą wcześniej reprezentowało np. komiksowe The Boys. I cóż, jeśli rzeczywistość także w tych optymistycznych akcentach będzie nadążać za historią wymyśloną przez Roberta Kirkmana, to ostatecznie może staniemy w nieco lepszym miejscu. Czasem to wystarczy.





