Ostatni rozkaz Peaky Blinders brzmi: można sobie darować. Immortal Man to stylowa, ale jednak wydmuszka
Ciężko jest żegnać się z bohaterami, z którymi spędziło się blisko dekadę. Peaky Blinders: Nieśmiertelny to zaś epitafium, które brzmi i wygląda świetnie, ale... Twórcy nie mogli się chyba zdecydować, jaki film kręcą.
Peaky Blinders w pewnym momencie stało się swoją karykaturą, choć do samego końca serialu bardzo je lubiłem i wysoko oceniałem. Historia Tommy’ego Shelby’ego to prawdopodobnie jeden z ostatnich wielkich telewizyjnych produkcji, które rezonują. Na tyle mocno, że faceci ulegają dziwnym modom i wyzwaniom, a na Tik Toku i innych rolkarskich wysypiskach informacji pełno było nagrań z facetami defilującymi w stylówkach słynnego gangu (mam nadzieję, że nie wszywali żyletek w kaszkiety…). I teraz nadjechał film Peaky Blinders: Immortal Man, który zamyka historię antybohatera o twarzy Cilliana Murphy’ego. Robi wrażenie i wstydu nie przynosi, ale brakuje tu kilku istotnych czynników, by nazwać to godnym pożegnaniem dla cygańskiego króla brytyjskich przestępców. W dodatku film nie do końca potrafi pokazać, czym chce być.
Uwaga, w tekście pojawi się spoilerowa część, która wyjaśnia jedną z najbardziej niedoskonałych części dzieła. Zostanie odpowiednio wydzielona, ale bądźcie uprzedzeni!
Mroczny Tommy Shelby Powstaje
Przez większość seansu nie mogłem oprzeć się wrażeniu, że Immortal Man próbuje aspirować do opowieści w stylu Powrotu Mrocznego Rycerza Franka Millera czy nawet The Dark Knight Rises Christophera Nolana. Problem w tym, że gdzieś zabrakło stanowczości, żeby zdecydować się, czy Shelby jedzie do psychoanalityka na totalną dekonstrukcję antybohatera-gangstera, czy w pożegnalną, epicką jazdę. Oczywiście, te dwa prądy da się pożenić tak, że klękajcie narody – ale na to z kolei zabrakło czasu antenowego. Ile „przestrogi” ze zbyt ociekającego fajnością obrazu wyniosą widzowie, pokazały przypadki Wall Street Olivera Stone'a i Wilka z Wall Street Martina Scorsese, a nawet serialowy Breaking Bad.
Niemniej, Shelby kulturowo zrobił się takim mrocznym pomnikiem, że trzeba by do niego wygarnąć z naprawdę potężnych fabularnych dział, by został obalony. Jasne, Immortal Man nie pisze laurki, opowiada o konsekwencjach, o osamotnieniu i ranach, do jakich prowadzi bandyckie życie pełne przemocy i to naturalna ewolucja tego typu historii. Tutaj nawet obraz wspiera przekaz (Shelby zaraz po powrocie do ikonicznego płaszcza i kaszkietu ląduje w błocie) – ale na tym etapie to nie wystarczy.
…Szczerze? Na tym etapie chyba lepiej było iść w epicką ostatnią podróż, niż demaskować bez przekonania słabizny gangstera. To nie Better Call Saul czy Rodzina Soprano, tylko serial, który, owszem, pewne treści przemycał bardzo zręcznie, ale głównie to fetyszyzował antybohaterów i bandziorów epicko spacerujących po industrializujących się uliczkach. Czasem warto przyjrzeć się, do czego urosła Wasza opowieść – i pójść w to na całość. Tutaj chyba tej ostatniej refleksji i odwagi (bo raczej nie pieniędzy) autorom zabrakło. Zresztą, zobaczcie sami.
Tommy Shelby zniknął z życia „publicznego” dwa lata temu, w 1938, po śmierci brata, Arthura. Gangster egzystuje jedynie z pomocnikiem w rezydencji przez ponad dwa lata. Jednak w 1940 w Anglii trwa piekło rozpętane przez nazistowskie Niemcy – trwają bombardowania. W dodatku na Wyspy ma trafić transport lewych papierów wartościowych, którymi hitlerowcy chcą zdestabilizować brytyjską ekonomię. Jednym z pośredników w operacji naziści chcą uczynić Duke’a, syna Toma. „Dzieciak” podrósł na tyle, że wraz z nową gwardią zaczął przejmować interes po tacie. To, oraz wizyty ludzi o twarzach dawno zmarłych bliskich, sprawiają, że smok wychodzi z jaskini, by bronić terytorium.
Nie da się ukryć, że to całkiem dobre podstawy historii – i to nie w koncepcie leży problem. Konflikt ojca z synem, walka z nazistami oraz z własnymi demonami czy wreszcie rozliczenie z krwawą przeszłością to bardzo solidny fundament dla porywającej opowieści. Niestety, tę w Immortal Man pokazano po łebkach i w bardzo dziwnym tempie.
Pomysł to nie wszystko
Ponad połowa filmu to przepiękny, spektakularny i stylowy, ale jednak snuj, w którym bohaterowie zawiązują zalążek intrygi, dostajemy trochę romskiego mistycyzmu i klimaciku, a wszystko dąży do „mrocznego przebudzenia” Tommy’ego. I jasne, wtedy film nabiera kolorków, ale zabrakło tu w pełni rozwiniętego drugiego z trzech aktów. Zabrakło dobrych piętnastu, jeśli nie dwudziestu minut, by materiał rozwinął skrzydła. Kilka wątków pospinano naprędce, nie wybrzmiewają, sprzedaje się je nam naprędce i zdawkowo (np. prawda o śmierci Arthura), żebyśmy tylko dopłynęli do zasłużonego finału. Niestety, popełniono też kilka kardynalnych głupot, które sprawiają, że finał wytraca moc i widz ma pełne prawo pomyśleć: „mogli sobie darować”. I tym sposobem para z finału idzie w gwizdek. Jasne, dymek układa się w ładne, nostalgiczne obłoczki, ale tylko tyle.
W dodatku na placu boju, oprócz Tommy’ego, pozostali niemal sami bohaterowie drugoplanowi, wierni żołnierze Peaky Blinders i nowy narybek. Niestety, większości z nich brakuje charakteru i charyzmy, by dzielnie ciągnąć pierwszy plan. Jasne, to świetni aktorzy, którzy wzorowo wywiązują się z powierzonych zadań, ale nie mają narzędzi – bo scenariusz ich nie zapewnił - by wyraźnie zaznaczać obecność na ekranie. Możliwe też, że taki był zamiar autorów – pokazać spaloną ziemię i pustkę ziejącą wokół Tommy’ego. To się udało, ale kosztem jakości seansu i zagrałoby lepiej w historii, która w całości jest poświęcona demontażowi postaci. Tutaj, niestety, wyszło dosyć biednie. Zwłaszcza przez rzeczoną końcówkę.
Przypominam o spoilerach! Pomińcie tę sekcję, jeśli chcecie dać się zaskoczyć tym, co poszło nie tak. Całą resztę zapraszam do lektury – i do dyskusji, oczywiście! Tych, którzy obejrzą, jak najbardziej też. Po prostu przescrollujcie tę sekcję.
SPOILER ZONE
Peaky Blinders zawsze opowiadało o fatum i ewentualnie próbach uniknięcia, przekierowania go na inne tory. I zawsze ktoś płacił za Tommy’ego, by pan Shelby mógł piąć się na tron. Immortal Man najwyraźniej miało pokazać, jak obraz niedoszłego „króla wszystkiego” się rozpada, by na końcu w bombastycznej akcji rozpadł się też sam Shelby, właśnie pod naporem fatum, ale też poczucia winy i okoliczności.
By to osiągnąć, scenarzyści, rękoma znajomej Romki, napuścili na siebie Tommy’ego i Duke’a. I rzeczywiście, mogliśmy się doczekać konfrontacji rodem z greckiej tragedii – albo pojednania w poprzek fatum, bo życie nie jest sprawiedliwe i takie bydlę jak Shelby zawsze wygrywa. Dostaliśmy jednak finał poprowadzony bardzo niezręcznie. Wcześniej ojciec i syn przechodzą proces czegoś na kształt pojednania. Potem scenarzyści detonują całkiem niezłe sekwencje akcji i walki z nazistowską agenturą.
Problem w tym, że Shelby w kluczowej scenie stał naprzeciw złola i dał się trafić w tak naiwny i sztucznie wyglądający sposób, że ciężko w to uwierzyć. Tak, ten Shelby, który zawsze patrzył śmierci w oczy, ale jednocześnie robił uniki, żeby Kostucha udowodniła, że jest godna trafić „króla”. To, co Tommy’ego trafia, jest żałosne, ale nie na poziomie przekazu, tylko kompozycji. Scena wygląda na naciąganą i wymuszoną. To, co najstępuje później, czyli dobijanie Tommy’ego przez Duke’a to już po prostu fabularna lewizna próbująca udawać wielkie kino. Aktorzy dwoją się i troją, by wycisnąć dramatyzm ze sceny, ale tak jak drugi plan – nie mają czym szyć.
Jasne, to nie pierwszy raz, gdy epopeja o Shelbych wymaga od nas silnego zawieszenia niewiary, ale tym razem charyzma, która to ratowała, leży w kałuży krwi.
KONIEC SPOILER ZONE – i Peaky Blinders… (oby)
Cóż, przynajmniej zdjęcia, dynamika rozrób i konfrontacji wypadają kapitalnie, trzeba przyznać, że twórcy pod banderą BBC zapewnili nam niesamowite, gangsterskie widowisko o wojennym posmaku (ale widmo wojenne zawsze nad historią Peaky Blinders wisiało – w końcu to epopeja o braciach walczących nie tylko z politykami, konkurencją i gliniarzami, ale też z własnym PTSD po okopach z poprzedniego światowego konfliktu). To się za pieniądze BBC udało. Pojedyncze sceny, popisówki Murphy’ego – te rzeczy działają, nawet w oparciu o ten wątły szkielet fabuły bez kilku istotnych kręgów.
Stety lub nie, powstanie nowa seria Peaky Blinders, ale osadzona w latach 50 XX wieku. Obawiam się, że nowa produkcja poradzi sobie średnio, chyba że twórcy mają na nią absolutnie genialny pomysł i wiedzą, jak powprowadzać równie silne charaktery, co w oryginale. Oby, choć film nie wróży dobrze.
Muzykę dobrano natomiast jakby bez przekonania. Obok anachronicznych perełek na playlistę wskoczyły utwory znikąd i po nic. A jak już twórcy skorzystali z Red Right Hand Nica Cave’a i Bad Seeds, to na tę ostatnią jazdę mogli wybrać najpopularniejszą wersję, którą wszyscy kochali. I tak jest z całym filmem.
Może się podobać, można przy Immortal Man spędzić mile dwie godziny, jeśli się zawiesi niewiarę na bardzo wytrzymałym wieszaczku – ale tylko tyle. Dlatego ostatni rozkaz Peaky Blinders brzmi następująco: można sobie darować.




