Dufferowie zgubili się w swoim uniwersum - finał Stranger Things odbiera satysfakcję z lat oczekiwania
Dziesięć lat czekania. Pięć sezonów i kilka długich przerw później nasz ulubiony festiwal nostalgii od Netflixa wylądował z finałowym odcinkiem-filmem. Zakończenie wyszło braciom Duffer spektakularnie i jednocześnie mdło. Ale są też dobre wiadomości.
- Stranger Things doczołgało się do endgame’u
- Najbardziej żal złoczyńcy
- Przynajmniej nie skończyło się jak Gra o tron
Kiedy oglądałem finałowe odcinki Stranger Things, nie mogłem oprzeć się wrażeniu, że doświadczam serialu, który bardzo się spina, by zachować wpływ na popkulturę – wpływ, który już się nieco rozmył pomiędzy innymi show oraz wraz z upływem czasu. Ta nostalgiczna wycieczka przez schematy z Goonies, Gremlinów, Aliena, biblioteczkę Stephena Kinga, Metallikę (Master of Puppets zawsze na plus), hard rocka, przaśny, ale uroczy pop czy echa lat 50. i 60. mogła trwać o sezon za długo. Bohaterowie zbyt wyrośli, wątki ciągnięto i ciągnięto, aż przestały mieć znaczenie, a stawki poszybowały tak wysoko, że zaczęły wydawać się nieco abstrakcyjne.
Przy tym wszystkim, przy wszystkich „ale”, projekt braci Duffer, ten przygodowy horror o nastolatkach, do samego końca zachował kilka asów w rękawie. Nie wszystkie zagrał w najlepszym momencie, ale ostatecznie raczej nie będziecie żałować, że zdecydowaliście się na seans. Po prostu kilka istotnych problemów ciągnie finał w dół.
UWAGA NA NISKO PRZELATUJĄCE SPOILERY!
Stranger Things doczołgało się do endgame’u
Dedeczkowa ekipa, która zaczynała na sesjach RPG w piwnicy u Mike’a, dobrnęła do ostatecznego starcia z mącącym w umysłach Vecną i Łupieżcą umysłów. Złowieszczy Henry (prawdziwe imię Vecny, czyli przyszywanego brata Jedenastki, telepaty tresowanego w rządowym laboratorium) wdraża w życie plan, który ma na zawsze zmienić oblicze Hawkins i właściwie to całego świata. W tym celu porywa dzieciaki z miasteczka, a nasza dzielna drużyna składająca się z młodych i dorosłych rusza na ratunek przez wymiar pomiędzy – i jeszcze dalej.
Będzie spektakularnie, wybuchowo, mrocznie, ale nie umiem nazwać wydarzeń dramatycznymi. Stranger Things zaczęło bowiem już jakiś czas temu cierpieć na kryzys tożsamości i ewidentnie do samego końca bracia Duffer nie potrafili określić, czy kontynuują nurt przygodowego horroru, czy też skręcają w stronę superbohaterszczyzny ze względu na moce Nastki i kilku innych postaci. Ostatecznie w krwiobiegu serialu znalazło się trochę za dużo DNA tego drugiego, byśmy faktycznie mogli zacząć się bać o kogokolwiek ważnego. Z Marvela niestety zapożyczono kinową zachowawczość.
Sprawy nie ułatwia fakt, że Millie Bobby Brown wygrywa tę nieszczęsną Jedenastkę bardzo przeciętnie. Dysponuje raczej ograniczonym zestawem emocji i wyrazów twarzy, nie pomaga też scenariusz, który wbił dziewczynę zbyt mocno w pozycję zbawicielki z trzecioligowego, cierpiętniczego anime. Nie zrozumcie mnie źle, bohaterkę przeczołgiwano i pozostawiono z traumami, które równie dobrze mogłyby zrobić z niej kolejnego Homelandera z The Boys. Tyle że przez większość serialu Dufferowie podsuwali też tej postaci dla równowagi sporo momentów radosnych, humorystycznych czy uroczo niezgrabnych. W finale nie znaleziono miejsca, by wybrzmiały echa tej jaśniejszej strony. Niby są zaznaczone, ale od niechcenia. Przez takie czynniki, przez mało kreatywne podejście do pokazywania mocy dziewczyny – postać zaczęła na koniec serialowi ciążyć. I nawet dwuznaczne, dosyć intrygujące i podatne na interpretacje zakończenie nie do końca ratuje sytuację.
Na drugą nóżkę mamy też Willa. Po pierwszej porcji piątego sezonu zanosiło się na to, że wreszcie trochę podziała w fabule i pokaże trochę charakteru. Zamiar udał się połowicznie. O ile rzeczywiście nowe moce naszego „czarownika” faktycznie się w kilku momentach przydają, o tyle postać przez większość czasu zachowuje charyzmę filmowego Frodo Bagginsa mdlejącego pod ciężarem Jedynego Pierścienia.
Scenariusz i reżyserzy popsuli też chłopakowi scenę coming outu – moment trudny dla każdego nieheteronormatywnego dzieciaka (zwłaszcza w tamtych czasach) zmienili w ckliwy cukierek polany syntetycznym lukrem, jakby na siłę dorzucony do bombonierki ze słodyczami nieco lepszego sortu. Dużo większą sprawiedliwość oddano sytuacji w rozmowach, które następują po tej scenie, bo zwyczajnie wypadają bardziej naturalnie, ludzko. Szkoda, bo ludzie zastanawiający się, jak opowiedzieć o swojej tożsamości bliskim, zasługują na lepsze popkulturowe wzmocnienia pozytywne.
Na tym problemy się nie kończą.


