Stranger Things wróciło w ostatniej chwili. 5. sezon ma zadyszkę, ale potem czaruje
Nie mogę pozbyć się wrażenia, że Stranger Things wróciło dosłownie w ostatniej chwili, by cokolwiek znaczyć. Bracia Duffer wbiegli na scenę Netflixa z zadyszką, ale gdy już się ogarnęli, to piąty sezon przygodowego horroru zaczął znowu czarować i wciągać.
Trochę sobie poczekaliśmy na finał Stranger Things. Czwarty sezon nostalgiczno-horrorowej przygody braci Duffer ukazał się w 2022 roku i podzielił widzów – jednym się podobał, inni uważają, że to najgorsza odsłona serii. Kilka rzeczy zrobił jednak dobrze – w pełni wprowadził ostatecznego złola, Vecnę, i ustawił Jedenastkę wraz z przyjaciółmi na kursie kolizyjnym, by wyjaśnić wszystkie wątki raz na zawsze. Nie wiem, czy to tak dobrze, bo może wszystko poza najważniejszymi aspektami powinno zostać tajemnicą, by Stranger Things naprawdę intrygowało, ale cóż. Jest jak jest.
Wreszcie rozpoczęliśmy wielką grę, tę-już-totalnie-ostateczną. Podobnie jak przy zamknięciu Cobra Kai – tak i tu Netflix dostarczy nam trzy porcje (vol. 2 wychodzi 25 grudnia, a finał – 31). W przypadku serialu Dufferów działka pierwsza ma trochę problemów, ale ostatecznie zaczyna bawić, wciągać i zostawia nas głodnymi dalszego ciągu.
Trudne początki nowego Stranger Things
Vecna wprawdzie nie wygrał i został spowolniony, ale nie obyło się bez ofiar i poświęceń. Przeryte nadnaturalnymi bliznami Hawkins zostało objęte kwarantanną, całości pilnuje wojsko, Jedenastka (Millie Bobby Brown) musi się ukrywać przed mundurowymi, Max (Sadie Sink) leży w śpiączce, a Dustin (Gaten Matarazzo) nie radzi sobie z żałobą po przyjacielu-mentorze. Czyli zasadniczo – miasteczko znalazło się w stanie wojny i to z przeciwnikiem nadnaturalnym. A ostatnia faza planu upiornego złola dopiero się zaczyna.
Od razu warto powiedzieć: cztery odcinki, które dostaliśmy „na rozgrzewkę” nie są złe, a w dodatku postawiono je przed niełatwym zadaniem. Muszą nas wprowadzić na nowo w historię, którą zostawiliśmy na ponad trzy lata, rozpędzić akcję na nowo i wprowadzić w status quo. A jednocześnie poradzić sobie ze sporymi oczekiwaniami i niepewnością widzów. Nie wszystko wyszło perfekcyjnie.
Początek okazuje się bowiem nieco niemrawy i nie potrafi nas czarować klasycznymi dawkami nostalgii. Wygląda na obowiązkowy punkt fabularny, nie rzecz powstałą z pasji. Etap, przez który musimy przebrnąć. Jasne, budujące klimat odniesienia do klasyki, stylówy, a nawet piękne BMW Steve’a Harringtona (Joe Kerry) znajdują się na miejscu. Nie spodziewajcie się, że pierwszy odcinek czy półtorej wywoła w Was większe emocje, mimo że to powrót do znanych i lubianych bohaterów. To po prostu rozbiegówka i przygotowanie kilku prób oraz wątków, by się rozkręciły. Taka niezbędna ofiara, złożona raczej beznamiętnie.
Bohaterowie na ratunek
Na szczęście warto się razem z bohaterami przemęczyć, bo gdy na horyzoncie zaczynają pojawiać się nowe wątki i tajemnice (nawet jeśli dotyczące postaci, które już dosyć dobrze rozpracowaliśmy) – innymi słowy: gdy akcja nabiera rozpędu – to do Stranger Things wraca iskra. Żonglerka nostalgicznymi artefaktami nabiera sensu i staje się paliwem do pomysłowych aranżacji scen – tutaj nawet Kevina samego w domu wykorzystano kreatywnie, nie mówiąc o muzyce, książkach, baśniach (znalazł się nawet fragment, który odrobinę kojarzył mi się z historią o Sinobrodym…). To znowu jest rzeczywistość zbudowana z mnóstwa plastycznych i namacalnych detali, przez co ta mroczna baśń staje się wiarygodna – środowisko to wręcz żywy bohater.
Gdy fabuła już nabiera rumieńców i pozbywa się zadyszki – wiele motywów pokazuje pazur. Spiny między wymęczonymi przyjaciółmi wypadają naturalnie. Stawka rozgrywki okazuje się wysoka, ujawnione strzępy planu Vecny interesujące, a rozkład sił – intrygująco niejasny (do czyjej bramki grają np. wojskowi na obecnym etapie?). W historii wciąż wybrzmiewa kilka ciekawych tropów – zachwyt popkulturą i pokazanie, jak potężnym narzędziem potrafi być w radzeniu sobie z rzeczywistością i koszmarami. Oczywiście, nie mogło zabraknąć nieufności wobec organizacji, ale to już nie jest tylko „nagrane” echo przeszłości – to odgłosy z teraźniejszości przepuszczone przez retro syntezator (cóż, chaos i niepewność w USA robią swoje).
W dodatku Dufferowie wreszcie postanowili zrobić z Williama (Noah Schnapp) coś więcej niż stojącego z boku cierpiętnika. Raz, że kwestie jego tożsamości potraktowano z wrażliwością, ale i nietuzinkowo, a dwa, że wreszcie dali mu narzędzia, żeby coś konkretnego zdziałał w fabule, a może nawet wysunął się na prowadzenie. Błyszczy oczywiście Sadie Sink, kiedy już może. Kurczę, nawet rodzice Mike’a (Finn Wolfhard) i Nancy (Natalia Dyer) dostali swoje pięć minut – a samo rodzeństwo ma ręce pełne roboty, Mike odnajduje się w przywódczej roli, gdy Nancy może uaktywnić temperament wojowniczej dziennikarki. Fanów lat 80. powinna też ucieszyć rola Lindy Hamilton – królowa Terminatorów Jamesa Camerona i tu gra twardzielkę, ale o wątpliwej moralności (przynajmniej na razie to tak wygląda).
Sam Vecna może nie zachwyca wyjątkowo złożoną motywacją, ale przynajmniej ma dosyć intrygujący plan i wybrał sobie całkiem malownicze miejsce pracy. Nieodmiennie cieszy zaś chemia Hoppera (David Harbour) i Jedenastki. Tu chęć bronienia przyszywanej córki sciera się z potrzebą sprawczości dziewczyny. Jasne, to wszystko to niby nic nowego, ale jednak Stranger Things wciąż stoi sympatycznymi, nadającymi się do lubienia i pełnymi rys bohaterami (pracująca na razie nieco bardziej w tle, ale jak zwykle energiczna i punkowa Robin, czyli Maya Hawke). Największe tajemnice i aura grozy już dawno z Hawkins wyparowały (choć wciąż bywa mrocznie i intrygująco), ale dusza serialu trzyma się właśnie dzięki postaciom.
W ostatniej chwili
Po prostu trzeba mieć świadomość, że to już raczej zmierza w stronę dosyć epickiego starcia między najważniejszymi graczami. Chyba że Dufferowie postanowią nas na koniec czymś zaskoczyć i popiszą się wyobraźnią. Tej im póki co nie brakuje, przynajmniej jeśli chodzi o aranżację scen i wykorzystanie budżetu.
Każda konfrontacja, każdy moment polowania, zabawa motywami grozy – wybrzmiewają bez nuty fałszu (nawet groźnie pozująca Jedenastka jest jakaś bardziej przekonująca w tym sezonie i odeszła od granicy zażenowania na bezpieczną odległość). To świetnie zrealizowane, klarownie wykadrowane, bardzo fizyczne sceny – mimo CGI czujemy ciężar wydarzeń (a nawet uderzeń), także ekipa od efektów i montażu się spisała. Muzyka, tak autorska, jak i dobrana do soundtracku, idealnie wpisuje się w obraz całości.
Jak widzicie – Stranger Things wciąż daje radę. Problem tego serialu tkwi w tym, że omal nie przespał ostatniego dzwonka na swoje wielkie pożegnanie. W wyniku rozmaitych przeciwności (m.in. strajki) serial długo tkwił w boksie startowym. Jeszcze chwilę i można by rzec, że za długo. Tak czy siak – widzowie Stranger Things jadą hype trainem już raczej z przyzwyczajenia, nawet jeśli sezon póki co dowozi bardziej niż na przykład finał Gry o Tron. Nie da się takiej fascynacji utrzymać przez tyle lat, zwłaszcza przy podobnych przerwach w nadawaniu – nierówna jakość poprzednich sezonów też raczej nie pomogła.
A może to tylko taki przewrotny dziejowy dramatyzm, który dotyka tak bohaterów, jak i twórców. Produkcja Netflixa przybyła, być może w ostatniej chwili, żeby jeszcze zaprezentować sobą coś dobrego. I ostatecznie daje radę. Przynajmniej póki co.



