Przynajmniej nie skończyło się jak Gra o tron. Dufferowie zgubili się w swoim uniwersum - finał Stranger Things odbiera satysfakcję z lat oczekiwania
- Stranger Things doczołgało się do endgame’u
- Najbardziej żal złoczyńcy
- Przynajmniej nie skończyło się jak Gra o tron
Przynajmniej nie skończyło się jak Gra o tron
Ponarzekaliśmy, ale to nie tak, że Dufferowie wszystko położyli – to nieprawda, dowieźli też sporo komponentów, które ratują serial. Przede wszystkim rozciągnięcie historii pozwoliło ładnie pozamykać wątki oraz zaakcentować przemianę większości głównych bohaterów (nawet jeśli w obrębie dłużyzn pewne schematy zachowań trochę za bardzo się powtarzały).
Swoje epilogi wygrywają tu Mike, Dustin, Lucas, Nancy, Joyce, Hopper, Jonathan, Steve czy Max. Ich drogę odczuwamy mocno dlatego, że zdążyliśmy się przez lata przywiązać do bohaterów – nawet jeśli nie zawsze mieli coś sensownego do roboty – oraz dlatego, że znakomita większość aktorów wzorowo wywiązała się z zadania w obrębie rozpisanego scenariusza. Młodzi (ze szczególnym uwzględnieniem Sadie Sink, która po prostu błyszczy w tej grupie najjaśniej), choć już nie zawsze nastolatkowie, dowieźli porządne występy, a stara gwardia (Wynona Ryder, David Harbour, Brett Gelman czy Cara Buono) dała z siebie wszystko. Fakt, że Dufferom udało się też jako tako obronić, wprawdzie kosztem dłużyzn, przydatność tylu postaci, zakrawa na sztukę.
Co ciekawe, przy tylu „fillerach” akcja jednak wciągała, chcieliśmy wiedzieć, co się będzie działo dalej, nawet jeśli byliśmy pewni, że nic złego nie przydarzy się większości postaci. Kilka konceptów SF potrafiło zaintrygować, a i zostawiono nas z paroma pytaniami, na które musimy odpowiedzieć sobie sami. Może posłużą za furtkę do powrotu do Hawkins (oby nie), a może po prostu dadzą fanom materiał do mielenia jeszcze przez jakiś czas po zamknięciu historii.
Przez większość czasu końcówka Stranger Things broni się też na poziomie wizualnym. Świetne efekty, budująca nastrój gra świateł, dobrze zaaranżowane scenografie (pomijając ostatnią walkę…), kostiumy, zabawa i interakcje z dekoracjami – to wszystko mocno ożywia historię, zwłaszcza że w tle poupychano mnóstwo smaczków. Do tego dochodzi znakomita muzyka; miłośnicy retro playlist z przyjemnością przypomną sobie o takich bangerach jak The Trooper Iron Maiden.
Stranger Things zamyka też, mam wrażenie, kolejne drzwi w epoce wielkich telewizyjno-streamingowych narracji. Mimo wysypu naprawdę dobrych, niekiedy wręcz wybitnych, seriali, nie znalazł się póki co żaden tytuł, który przejąłby media szturmem, jak Gra o tron, True Detective, Breaking Bad czy właśnie Stranger Things. Pewnie, zdarzają się przebłyski geniuszu, które gromadzą wiernych fanów, ale nowych fal popularności na razie nie zaobserwowano.
Może to kwestia przebodźcowania i zamęczenia widza, a może te produkcje (przy wszystkich swoich wadach) były czymś wyjątkowym i nie do powtórzenia? Także serial braci Duffer – może teraz stracił tempo, ale zaczynał jako fenomen, prawdziwa eksplozja, o której rozmawiali niemal wszyscy. Ten przygodowy horror zapewnił wiele niezapomnianych momentów, także w późniejszych sezonach. Niemniej, projekt został domknięty i nie do końca równym krokiem, ale jednak dobrnął do mety. W lepszym stylu niż choćby Gra o tron. I może to jest jakieś osiągnięcie.


