Najbardziej żal złoczyńcy. Dufferowie zgubili się w swoim uniwersum - finał Stranger Things odbiera satysfakcję z lat oczekiwania
- Stranger Things doczołgało się do endgame’u
- Najbardziej żal złoczyńcy
- Przynajmniej nie skończyło się jak Gra o tron
Najbardziej żal złoczyńcy
Nieco pociesznie i mało przekonująco wypada bowiem finałowa konfrontacja z Łupieżcą Umysłu i Vecną. Próbowano tu osiągnąć kilka celów równocześnie i przez to żaden nie został zrealizowany w satysfakcjonującym stopniu.
Dufferowie ewidentnie chcieli na koniec pogłębić psychologię Henry’ego, dodać przy tym jeszcze kilka nierozwiązanych tajemnic do puli, związać go mocniej z Łupieżcą. Czaił się tu potencjał na ciekawe starcie mentalne – na zaglądanie w słabości bohaterów i kolejną psychologiczną grę. Niestety, może to przez dosyć płytki charakter Nastki, ale całość sprowadziła się do pospolitej napieprzanki, której zalety ograniczają się do spektakularnych wizualiów i tego, że faktycznie większość istotnych postaci dostała coś do roboty. Niestety, by to osiągnąć, mind flayera sprowadzono do roli nieco bardziej upiornego kaiju, którym dowolne współczesne wcielenie Godzilli zamiotłoby podłogę. Bo co to za nieodgadniony pozaświatowy byt rodem z Lovecrafta, na który wystarczą dzidy, koktajle mołotowa, flary i M-16?
Może i dałoby się to przeboleć, ale Łupieżca Umysłu to nie Bill Cipher z Gravity Falls (choć to serial animowany, to jednak dzielący sporo kodu genetycznego ze Stranger Things – tylko że stoi na nogach zdecydowanie pewniej od netflixowego hitu). Upiorzysko nie posiada nawet setnej części charyzmy diabolicznego, żółtego trójkąta, który potrafił rozpętać prawdziwe piekło i pogrywał nie tylko z umysłami ofiar, ale też z naturą rzeczywistości, a przy tym bawił widza charakterem taniego, narcystycznego hochsztaplera.
Nie ukrywam też, że płaszczyzna rzeczywistości, w której rozgrywa się finałowa konfrontacja, trochę zawodzi. Skalista, nieco mad maxowa pustynia to kolejny popkulturowy hołd, tym razem dla postapo, ale zarazem nie służy niczemu więcej niż byciu areną, na której dzielna drużyna zbija punkty życia ostatecznego bossa w dwupłaszczyznowej rąbaninie. Bo przecież walka Vecny z Jedenastką to też jedynie przepychanka na niewidzialne, parapsychiczne supermoce, czyli pojedynek na miotanie przeciwnikiem w stronę ostrych obiektów. Nie budzi to grozy.
Ostatecznie repetytywna okazuje się też kwestia wojskowych dowodzonych przez doktor Kay. Jasne, Linda Hamilton gra tu zimną i bezwzględną panią naukowiec – i robi to całkiem przekonująco, ale stanowi tylko puste przedłużenie woli zmiecionych z planszy postaci, które manipulowały Nastką w poprzednich sezonach. Liczyłem, że ostatnie epizody pogłębią ten wątek, ale poza jednym czy dwoma zdaniami wyszczekanymi do zastraszanych podwładnych nie znajdziemy tu śladu unikatowej, oryginalnej motywacji. Niestety to zmarnowany potencjał aktorki i postaci. Szkoda.

