Ostatnia misja Wing Commandera. Wing Commander wraca po latach, a Star Citizen wciąż nie jest gotowy
- Na początku był BASIC i RPG-i
- To od zawsze miał być film
- Crunch, crunch, błędy, ale się udało
- Sequel przebił oryginał
- Są „filmy interaktywne” i jest Wing Commander III
- Najdroższa gra w historii zalicza finansową klapę
- Ostatnia misja Wing Commandera
Ostatnia misja Wing Commandera
Origin System cały czas miało prawa do marki i robienia gier z serii Wing Commander. Zdecydowano się więc na powrót do uniwersum, już według zakładanych wytycznych z mniejszym naciskiem na interaktywną historię, a większym na misje oraz gameplay. Wing Commander V: Prophecy miało być prawdziwym powrotem do korzeni serii. Nie oznaczało to od razu braku filmowych cutscenek. Wręcz przeciwnie, do swoich ról powracali Mark Hamill i Tom Wilson. Zmian jednak nie brakowało. Po raz pierwszy gracz nie wcielał się już w Blaira granego przez Hamilla, tylko zupełnie nową postać - młodego pilota Lance’a Caseya. Zamiast Kilrathi antagonistą była nowa rasa obcych zwana Nephilim. Duże nowości pojawiły się w warstwie technicznej. Gra działała na nowym silniku ACE wykorzystującym w pełni możliwości popularnych wtedy akceleratorów 3D.
Wing Commander V: Prophecy ukazał się w grudniu 1997 roku. Oceny nie były złe, chwalono oszałamiającą grafikę i rewelacyjne projekty nowej rasy obcych, a latanie w kosmosie dawało sporo frajdy. Recenzenci dostrzegali jednak mniejszy nacisk na fabułę, intrygi, interakcje pomiędzy postaciami, co odbierano jako wadę gry.

Wing Commander V zachwycał głównie grafiką wspieraną 3dfx.Wing Commander: Prophecy, Origin Systems, 1997.
Pierwotnie planowano w Origin, że będzie to pierwsza część nowej trylogii, zupełnie świeże rozdanie w tym uniwersum. Rynek, gusta graczy i sprzedaż zrewidowały jednak te plany. „Piątka” nie osiągnęła nawet 200 tysięcy kopii, i to w ciągu dwóch lat od premiery. Zamiast całej serii powstał jedynie mały dodatek do podstawki, a Electronic Arts ostatecznie ucięło dalszy rozwój marki. Duży wpływ na to miała nie tyle słabsza kondycja marki, ale ogólna zmiana polityki firmy stawiająca na produkcje sieciowe oraz gusta graczy, którzy chyba coraz mniej sięgali po kosmiczne symulatory. Wing Commander umarł niejako śmiercią naturalną, wskutek wieku i wielu różnych czynników. Ale kiedy mija dużo czasu od czegoś miłego, dobrego, dobrze wspominanego, wtedy pojawia się nostalgia...!
Duchowy spadkobierca - na początku miał być Squadron i w końcu będzie Squadron
Chyba trudno zaprzeczyć, że to właśnie nostalgia napędza powolny rozwój nowego, niezwykle ambitnego projektu Chrisa Robertsa, jakim jest Star Citizen. Wszystkie główne elementy, mechaniki, animacje, stylistyka tej gry, począwszy od obecnej chyba już od pierwszej części sekwencji wchodzenia po drabince do kokpitu to przecież wypisz – wymaluj powtórka z historii Wing Commandera, który powraca pod innym tytułem, tak jak prawdziwe Operation Flashpoint powróciło jako Arma. Każdy, kto wychował się na Wing Commanderze i Privateerze lub uwielbia porzucony gatunek kosmicznych simów, w Star Citizenie dostaje obietnicę powrotu wszystkich emocji i przeżyć z tamtego uniwersum.
Sam osobiście dziwię się, że widząc lawinę pieniędzy lecącą na konta Star Citizena, śledząc hype jaki był przed premierą Starfielda, włodarze marki Wing Commander nie zdecydowali się wcześniej na jej reanimację w jakiejkolwiek formie. Prawdopodobnie Star Wars: Squadrons miał być taką nieśmiałą próbą, lecz zabrakło chyba odpowiedniego rozmachu i swobody. Dobrze więc, że w końcu coś się ruszyło w temacie i że dostaniemy odświeżoną wersję największego hitu, czyli Wing Commander III: Heart of the Tiger. Dla mnie będzie to długo wyczekiwane zamknięcie pewnego marzenia o zagraniu w niedostępną grę, którą mogłem jedynie oglądać na screenach w gazecie. A gdzieś tam jest cicha, nieśmiała nadzieja, że może to w końcu jest sondowanie rynku oceniające, czy warto będzie wyjść z szóstą częścią albo może remake’iem „jedynki”? Równoczesna premiera Star Citizena i Wing Commandera VI mogłaby być starciem wszechczasów na rynku gier, czego sobie i innym, przepełnionym nostalgią do tej marki szczerze życzę!
W tekście wykorzystano m.in. informacje z chyba największej kopalni wiedzy o Wing Commanderze - bloga The Digital Antiquarian Jimmy’ego Mahera.
