Nosferatu: The Wrath of Malachi to budżetowa strzelanka w klimacie grozy, która zapadła graczom w pamięć dzięki kilku unikatowym mechanikom. W upiornej rezydencji rumuńskiego hrabiego naszymi wrogami były nie tylko wampiry, ale też upływające minuty.
Obecnie przestarzała grafika bywa świadomym zabiegiem artystycznym, a archaiczne mechaniki tylko dodają grom uroku. Gdyby Nosferatu: The Wrath of Malachi wyszło dziś, być może przyjęlibyśmy go jako klimatyczny boomer shooter, który potrafi nieźle przestraszyć. Ponad dwie dekady temu dzieło studia Idol FX (m.in. Drake of the 99 Dragons) nie urzekało grafiką, animacjami ani fabułą, jednak zapadało w pamięć znacznie bardziej niż szereg lepiej dopracowanych produkcji z tamtych lat. Kluczem do sukcesu okazała się presja czasu oraz losowość, cechująca każde podejście do tego pierwszoosobowego akcyjniaka.
Ten cykl nie jest częścią naszego działu Premium. Decydując się na zakup abonamentu, możesz jednak pomóc w tworzeniu większej liczby takich tekstów. Dziękujemy.
Kup Abonament Premium GRYOnline.pl
Historia przedstawiona w Nosferatu: The Wrath of Malachi nurza się w klasyce horroru, zabierając nas do nawiedzonego zamku w Transylwanii w 1912 roku. Głównym bohaterem jest James Patterson, który wybiera się na ślub jego siostry z rumuńskim hrabią. Wcześniej bierze udział w szermierczych zawodach olimpijskich, przez co na miejscu zjawia się jako ostatni. Nie czeka na niego jednak czerwony dywan, lecz mroczny dziedziniec z wejściem naszpikowanym krucyfiksami.
Chwilę później wraz z Jamesem stajemy się świadkami koszmarnego upadku, kiedy znajomy rodziny – ksiądz Aville – zostaje zrzucony z wysokości kilku pięter przez nieznaną siłę. Duchowny zdradza, że rodzina Pattersonów została zniewolona, a zamek jest w rzeczywistości zamieszkany przez wampiry. Uzbrojeni w krzyż oraz miecz, wyruszamy na ratunek bliskim. Stopniowo poznajemy też plany hrabiego, który zamierza poświęcić krewnych Jamesa, by przywrócić moc tytułowemu lordowi. Nietrudno doszukać się tu inspiracji powieścią Drakula Brama Stokera oraz filmem Nosferatu – symfonia grozy z 1922 roku. Nie będę Was jednak oszukiwał, nie jest to produkcja z rozbudowaną fabułą.
Przez większość czasu uganiamy się za przyjaciółmi i członkami rodziny, którzy nie okazują się zbyt wylewni. Mocną stroną gry jest za to wpływ naszych poczynań na poziom wyzwania – każda śmierć niewinnego zwiększa siłę finałowego przeciwnika. Robimy więc wszystko, by ofiar było jak najmniej. Problem w tym, że naszymi rywalami są nie tylko sługi zła, lecz również tykający zegar.
W większości produkcji tego typu uwagę zwracamy przede wszystkim na zdrowie głównego bohatera oraz stan amunicji. W przypadku Nosferatu: The Wrath of Malachi upływające sekundy są równie ważne, co wystrzeliwane kule. Odmierzają minuty do finałowego starcia – w czasie rzeczywistym. Przy pierwszym podejściu łatwo zbagatelizować znaczenie zegara, a opamiętanie przychodzi po wybiciu konkretnych godzin, zwiastujących pojawienie się nowych przeciwników czy zwiększenie ich siły. Przebicie kołkiem wampira spoczywającego w trumnie to żaden problem, gorzej, gdy tego samego krwiopijcę zastaniemy wyspanego i gotowego do walki.

Po pokonaniu niektórych bossów konieczne jest także znalezienie ich ciał i przebicie kołkiem.Źródło: Idol / własne
Limitem czasowym obarczona jest także możliwość uratowania niektórych osób. W części przypadków mamy tylko kilkanaście lub kilkadziesiąt minut na odnalezienie bliskich, nim staną się oni ofiarami wampirów. Wymusza to na nas szybką eksplorację, ale nawet ona może okazać się niewystarczająca – gra ustala drogę do wielu osób czy lokacji w losowy sposób. Przydaje się więc nie tylko orientacja w terenie (nie otrzymujemy mapy) i dobre zarządzanie wytrzymałością Jamesa (pasek kurczy się błyskawicznie), ale również szczęście. Warto dodać, że zamek podzielony jest na trzy części usiane drzwiami wymagającymi konkretnych kluczy.
Presja czasu znakomicie podbija stawkę, tymczasem nawet odnalezienie znajomych twarzy nie oznacza jeszcze ich ratunku. NPC nie wykazują się silną wolą przetrwania, potrafią blokować się w przejściach czy gubić w korytarzach. Warto jednak utrzymać ich przy życiu, bo udane odeskortowanie odblokowuje nam nowe bronie lub tymczasowe buffy. Kiedy los wszystkich osób zostaje przypieczętowany, czas przyspiesza, a my możemy gotować się do walki z finałowym bossem. Co ciekawe, gra pozwala nam ponieść kompletną porażkę w ratowaniu bliskich i przystąpić do ostatniej bitwy, dzierżąc w dłoni wyłącznie początkowe bronie.
Produkcji nie można odmówić różnorodności – na naszej drodze stają m.in. zombiaki, wściekłe psy czy masywne gargulce. Dostosowujemy do nich nasz arsenał, ponieważ krucyfiks świetnie sprawdzi się przeciwko zjawom, ale nie zrobi większego wrażenia na materialnych potworach oraz ludzkich sługach hrabiego. Podczas fizycznej walki szybko porzucamy ostrze Jamesa na rzecz pięciostrzałowego rewolweru, muszkietu lub pistoletu maszynowego.

Rodzinny pies Buster podgryza niezamierzenie lewitującego przeciwnika – typowa sytuacja w Nosferatu: The Wrath of Malachi.Źródło: Idol / własne
Nie znajdziemy tu co prawda żadnych niespodzianek pokroju tybetańskiego działa z Clive Barker's Undying (artykuł o tej perle również znajdziecie w cyklu Retro Gaming), choć najpotężniejsza broń jest nieco zaskakująca. Popłoch wśród sił zła wywołujemy wodą święconą rozlewaną z antycznego kielicha. Choć zapasy cieczy szybko się kończą, możemy je uzupełnić w sadzawkach, które wcześniej poświęcimy krzyżem. To jedno z ciekawszych rozwiązań w arsenale gry.
Przed zawartością kielicha chylą czoła nawet bossowie, wśród których znalazło się miejsce dla wampirów czy pozszywanego z ciał molocha. Chcąc uniknąć późniejszych kłopotów, po powaleniu krwiopijców odnajdujemy ich trumny i przebijamy serca kołkami. Poza jednym przypadkiem twórcy nie pokusili się o urozmaicanie starć z głównymi przeciwnikami – od zwykłych minionów różnią się tylko wytrzymałością oraz siłą.
Nosferatu: The Wrath of Malachi to tytuł specyficzny, bo pełen skrajności. Z jednej strony atakuje nas drewnianymi animacjami i brzydkimi teksturami, by następnie pomysłowo nadać przerywnikom vibe czarnobiałych filmów z początku XX wieku. Zmusza nas do backtrackingu, a mimo to zachęca do ponownego przechodzenia. Przeładowanie nie w pełni wykorzystanego magazynka karze bezsensowną utratą amunicji, za to regularnym respawnen wrogów znakomicie buduje atmosferę zaszczucia.

Szybki zapis wpływa na losowość gry, przez co wrogowie mogą pojawić się nawet w splądrowanych wcześniej miejscach.Źródło: Idol / własne
Liczne bolączki sprawiły, że dzieło Idol FX nie mogło w pełni pokazać swojego potencjału, co odbiło się na recenzjach. Magazyn Click! przyznał produkcji notę 4/6, ganiąc warstwę wizualną oraz sztuczną inteligencję, doceniając za to losowe generowanie poziomów. Podobne noty wystawiły serwisy GameSpot, IGN czy PCGamer, a średnia ocen w serwisie Metacritic oscyluje wokół 70/100.
Produkcja zadebiutowała 21 października 2003 roku wyłącznie na pecetach i obecnie nie ma problemu z jej zakupem. Tytuł jest dostępny w dystrybucji cyfrowej w ofercie sklepów Steam (13,49 zł) oraz GOG.com (10,99 zł). Entuzjaści fizycznych wydań w podobnej cenie otrzymają „pełniaka” dołączonego oryginalnie do magazynu CD-Action, w którym tytuł gościł dwukrotnie – w 2004 i 2016 roku. Za mniej niż 100 zł dostaniecie też premierowego boxa z grą.
Zaproponowałem Nosferatu: The Wrath of Malachi do cyklu Retro Gaming, choć nigdy nie byłem fanem tej produkcji. Mimo to po przeszło 20 latach od premiery wciąż bardzo dobrze ją pamiętam, a po krótkim researchu przekonałem się, że nie jestem jedyną osobą, w której wspomnieniach rezonuje. To najlepszy dowód na siłę tego tytułu. Co więcej, powrót do gry okazał się dla mnie całkiem przyjemny. Być może stałem się bardziej pobłażliwy, ale wiele bolączek tej pozycji zacząłem postrzegać jako urokliwe – nawet kiepskie animacje i warstwa dźwiękowa w pewien sposób wpływają na atmosferę.
W tej cenie zdecydowanie polecam sprawdzić (lub przypomnieć sobie) Nosferatu: The Wrath of Malachi, bo wiele rozwiązań nadal znakomicie się broni. Musicie przetrwać tylko pierwszą godzinę zabawy, która może skutecznie zniechęcić graczy ceniących stopniowe wprowadzanie w mechaniki – tu od razu zostajemy rzuceni na głęboką wodę.

Retro Gaming
Cykl Retro Gaming rozwijamy od października 2023 roku. Polecamy teksty wchodzące w jego skład. Poniżej linkujemy do pięciu poprzednich odcinków:
Dziękujemy za przeczytanie artykułu.
Ustaw GRYOnline.pl jako preferowane źródło wiadomości w Google
Część odnośników na tej stronie to linki afiliacyjne. Klikając w nie zostaniesz przeniesiony do serwisu partnera, a my możemy otrzymać prowizję od dokonanych przez Ciebie zakupów. Nie ponosisz żadnych dodatkowych kosztów, a jednocześnie wspierasz pracę naszej redakcji. Dziękujemy!
GRYOnline
Gracze
Steam
1

Autor: Krzysztof Kałuziński
W GRYOnline.pl związany z Newsroomem. Nie boi się podejmowania różnych tematów, choć preferuje wiadomości o niezależnych produkcjach w stylu Disco Elysium. W dzieciństwie pisał opowiadania fantasy, katował Pegasusa, a potem peceta. Pasję przekuł w zawód redaktora portalu dla graczy prowadzonego z przyjacielem, jak również copywritera oraz doradcy w sklepie z konsolami. Nie przepada za remake'ami i growymi tasiemcami. Od dziecka chciał napisać powieść, choć zdecydowanie lepiej tworzy mu się bohaterów niż fabułę. Pewnie dlatego tak pokochał RPGi (papierowe i wirtualne). Wychowały go lata 90., do których chętnie by się przeniósł. Uwielbia filmy Tarantino, za sprawą Mad Maksa i pierwszego Fallouta zatracił się w postapo, a Berserk przekonał go do dark fantasy. Dziś próbuje sił w e-commerce i marketingu, jednocześnie wspierając Newsroom w weekendy, dzięki czemu wciąż może kultywować dawne pasje.