Ale i tak chodziło o kontroler. Kiedy wszyscy gonili za grafiką, Nintendo dało ludziom pilota. Wii było rewolucją, choć tylko na chwilę
- Project Revolution
- Ale i tak chodziło o kontroler
- Ma być Wii. Nie Nintendo Wii
- Wii Sports pozamiatało
- Nie tylko do domu
- Gry zmienione „na chwilę”
Ale i tak chodziło o kontroler
Hardware samego pudełka to jedno, ale taka czy inna forma skrzynki pod telewizorem to tylko jeden z elementów. Wymyślenia na nowo wymagało samo sterowanie. Tak jak rok później Steve Jobs stwierdzi, że do obsługi smartfona nie jest potrzebny stylus, bo każdy z nas ma po pięć stylusów w każdej ręce, tak ekipa Iwaty postawiła na najbardziej naturalne sterowanie jakie istnieje: sterowanie ruchem. Owszem, wcześniej były próby z takim czy innym przenoszeniem ruchu osoby do komputera, ale zawsze były toporne i wymagały masy niewygodnego sprzętu. A teraz jeszcze nie dość, że ma być sterowanie ruchem, to pozostaje jeszcze kwestia kontrolera. Skoro nowa konsola ma trafić do salonów ludzi, którzy nigdy wcześniej nie grali, to kontroler musi wyglądać jak coś znanego, co każdy umie obsłużyć… Pionowy układ pilota do telewizora był dobrym wzorcem.
Podstawą Wii Remote była technologia wykrywania ruchu od firmy Gyration. Co ciekawe, jej twórca Tom Quinn najpierw próbował zainteresować nią Microsoft i Sony, ale ostatecznie to Nintendo dostrzegło w niej największy potencjał i postawiło na sterowanie ruchem.
Sam pilot działał dzięki połączeniu kilku rozwiązań. Akcelerometr wykrywał ruchy ręki, kamera na podczerwień śledziła położenie względem Sensor Bara przy telewizorze, a Bluetooth pozwalał grać bez kabli. Dzięki temu Wii Remote mógł rozpoznawać machanie, celowanie i różne gesty, co w 2006 roku robiło naprawdę duże wrażenie.
Problemem był początkowo tzw. dryf, czyli stopniowe gubienie dokładnej pozycji, ale Nintendo poradziło sobie z tym właśnie dzięki Sensor Barowi, który pomagał pilotowi stale się kalibrować. Kilka lat później możliwości kontrolera jeszcze rozszerzono za sprawą Wii MotionPlus, które poprawiło precyzję ruchu i pozwoliło na znacznie dokładniejsze sterowanie. W późniejszych wersja Wiimote’a ten MotionPlus był już wbudowany, a nie był dodatkową przystawką.
Recenzujący na GOLu tę konsolę Krzysztof Gonciarz tak pisał o Wiilotach:
Jak w praktyce sprawdzają się te legendarne już kontrolery, które swoistego kultu dosłużyły się na długo przed premierą? Najlepiej odpowiada na to pytanie słowo „naturalnie”. Tak, to właśnie w naturalności i intuicyjności jest pies pogrzebany, jako że po kilku godzinach grania i przełamaniu pierwszych barier przestajemy w zasadzie myśleć, że trzymamy w łapach jakieś eksperymentalne indywiduum, a bez żadnych dystrakcji skupiamy się na rozgrywce – w wymiarze bardziej interaktywnym niż zwykle.

