Valor Mortis zaimponowało mi tym, że nie robi z wojny widowiska. Ten polski soulslike zamienia ją w body horror i piekło na ziemi
Twórcy Valor Mortis udostępnili nam do testowania dwa rozdziały – pierwszy i siódmy. Po pierwszym wiedziałem już, że rozumieją, o co chodzi w tworzeniu prawdziwego soulslike’a po swojemu. Po kolejnym – zrozumiałem, że muszę zagrać w całość.
Wiele filmów i gier (czy to Czas Apokalipsy lub Full Metal Jacket czy Metal Gear Solid) próbuje przestrzegać przed piekłem i bezsensem wojny, ale jednocześnie – za sprawą wyrazistego stylu twórców – fetyszyzuje ją. Czy to przez wysmakowane kadry i niezapomniane sceny, czy przez animcowe mechy i melodramatyzm – ale jednak. Jak bardzo bohaterowie nie zostaliby przemieleni przez tryby machiny, w samych obrazach tkwi coś wabiącego i hipnotyzującego.
Valor Mortis od One More Level, twórców Ghostrunnerów, ma dużo cech, które mogłyby uwodzić w podobny sposób, między innymi bardzo porządny i angażujący gameplay oparty o walkę i eksplorację. Autorzy zadbali jednak o to, by wciągała, lecz nie pokazywała wojny atrakcyjnie ani przez moment. Wszystko dzięki potwornościom, do opowiadania o których soulslike’i są wręcz idealne. A że do tego znajduje się tu trochę mechanik z Bioshocka czy Dishonored… cóż, szykuje się atrakcyjna pod względem rozgrywki mieszanka gameplayowa, która w dodatku najprawdopodobniej przetrzepie nam głowy.
Szeregowiec William
W Polsce zdarza nam się patrzeć na postaci wodzowskie, np. na Napoleona Bonaparte, jak na bohaterów fantasy. Zawdzięczamy to np. Waldemarowi Łysiakowi, który z pasją opisywał dokonania Korsykańczyka w takich książkach jak Cesarski Poker. Tyle, że od czasu świetności pana Łysiaka trochę się zmieniło (a kiedyś jego teksty schodziły w wielotysięcznych nakładach) w kulturze i postrzeganiu wodzów. Wojna pozostała tłem do wielu świetnych opowieści, jednocześnie wzięto ją na celownik dekonstrukcji. W efekcie – tylko propagandyści i ludzie, którzy im ulegli wierzą w bajki o wiecznej chwale.
Valor Mortis przeprowadza zaś dekonstrukcję wyjątkowo brutalną, wprost i efektywną, z pomocą horrorowych metafor i estetyki rodem z koszmaru, który nie w każdym antywojennym dziele by przeszedł. Wskakujemy w kamasze poległego Williama, żołnierza Wielkiej Armii Bonapartego (a konkretnie – Wiecznej Gwardii). Kiedy facet wyrywa się z czułych objęć śmierci (nie ostatni raz, ale o tym za moment), budzi się w Europie spustoszonej tajemniczą plagą. Wszyscy napotkani mieszkańcy, żołnierze i oficerowie oszaleli i zmienili się w spotworniałe skorupy po ludziach. Jako nasz „ołowiany żołnierzyk” próbujemy się dowiedzieć, co tu się właściwie stało i czemu sami jeszcze do reszty nie oszaleliśmy.
Jeśli przypomina Wam to nieco Dark Souls, to witamy w domu. Zanosi się na to, że narracyjnie Valor Mortis będzie stanowiło wypadkową formuły From Software i Bioshocka. Oznacza to, że będzie dziwnie, enigmatycznie, część faktów i poszlak zostawiono nam do poskładania w całość. Z drugiej strony, nasz bohater spisuje dziennik-glosariusz objaśniający pewne prawidła świata i działanie mechanik oraz wrogów. Z trzeciej, zdarza się tu, że NPC poda nam wprost informacje, o co chodzi i kto za co odpowiada (co ciekawe, to najprawdopodobniej Polak, zjawisko nie tak rzadkie w świcie i armii Napoleona). Jako że czyni to jednak na pokręconą, bioshockową modłę, opowieść nie staje się mniej „creepy”. Zwłaszcza że w głowie rozbrzmiewa nam głos Małego Korsykańczyka (i nie tylko on), a na wypalonej ziemi często odnajdujemy echa wspomnień z bitew, które się tu odbyły. To wszystko wciąga, otumania i przeraża. Robi wrażenie i sprawia, że chcemy, wprawdzie z duszą na ramieniu, ale jednak iść dalej, do jądra horroru.


