Marzec był podobny do lutego – pełen godnych uwagi małych gier, które zgubiły się w natłoku premier AAA. Poznajcie hipnotyzujące Norco, nastrojowe FAR: Changing Tides, dystopijnego Beholdera 3 czy kapitalnie skomponowane A Musical Story.
Podobnie jak listopad październikowi, marzec robił, co w jego mocy, by nie ustępować lutemu pod względem liczebności premier – zarówno większych, jak i mniejszych. Nas interesują tutaj oczywiście te drugie. Zważywszy ich natłok, tym razem zaostrzyłem kryteria doboru i pominąłem tytuły, o premierach których zdarzyło się wspomnieć naszemu Serwisowi Informacyjnemu. Nie zdziwcie się zatem, że w przeglądzie nie uwzględniłem Black Geyser, Tunic czy ANNO: Mutationem. A co uwzględniłem? Przekonajcie się sami.
Pamiętacie duszną atmosferę bagiennych okolic Nowego Orleanu (albo Saint Denis, jak chce Rockstar) z Red Dead Redemption 2? Norco kreśli równie sugestywny obraz południowej Luizjany – mimo że posługuje się oszczędnie animowaną pixelartową grafiką, a narrację prowadzi z użyciem sporych ilości tekstu. To przygodówka, która potrafi nie(wiele?) gorzej niż Disco Elysium posługiwać się słowem pisanym, by budować miażdżący klimat, tworzyć nastrój tajemnicy i smutku oraz ożywiać barwne postacie.
Jest w niej przy tym mnóstwo powabnego, gustownego dziwactwa, a na to wszystko nakłada się znakomita, wciągająca opowieść. Pixel art też został zresztą użyty bardzo zręcznie i świetnie uzupełnia specyficzną atmosferę. Co zaś najlepsze – gra jest dostępna w Game Passie, możecie też wypróbować jej demo (dość długie notabene) na Steamie.
A Musical Story jest dokładnie tym, co głosi tytuł – muzyczną opowieścią. To gra rytmiczna, do obsługi której używa się raptem dwóch przycisków. Brzmi banalnie? Może i brzmi, ale banalne nie jest, zapewniam Was. W ten tytuł czasem lepiej grać z zamkniętymi oczami, bo o powodzeniu decyduje tu faktyczne wyczucie rytmu, a nie zręcznościowe trafianie w kropki na ekranie. Zresztą pal licho mechanikę, gwiazdami tego show są opowieść i soundtrack – rewelacyjne rockowe (i nie tylko) brzmienia rodem z lat 70., których zgrabna kompozycja ilustruje estetycznie animowaną historyjkę o młodych muzykach goniących przez całe Stany za marzeniami o sławie.
FAR: Changing Tides jest kontynuacją bardzo ciepło przyjętej gry FAR: Lone Sails z 2018 roku – to wyjątkowo nastrojowa podróż przez postapokaliptyczny świat, podczas której kierujemy czymś na kształt statku lądowo-wodnego. Z recenzji wynika, że sequel nie ustępuje pierwowzorowi – ma średnią ocen na poziomie 80% w serwisie Opencritic oraz 94% pozytywnych opinii na Steamie. „Dwójka” jest przy tym dłuższa i bardziej rozbudowana, choć zdaniem części odbiorców nie niesie równie silnego ładunku emocjonalnego co oryginał.
Beholder 3 powraca do korzeni serii i znów osadza nas w roli administratora bloku mieszkalnego, który ma dbać o komfort (względny) lokatorów – a równocześnie monitorować ich, prześwietlać, brać na spytki i denuncjować miłościwie panującemu reżimowi. Równocześnie „trójka” zachowuje częściowo charakter poprzedniej części – bohater równolegle pracuje na drugi etat w ministerstwie, gdzie wpada w tryby machiny politycznej kraju.
Beholder jest tyleż interesujący jako gra, co niepokojąco wnikliwy jako studium obalonej nie-tak--dawno-temu rzeczywistości Związku Sowieckiego (nawet jeśli ukazuje ją w krzywym zwierciadle). Na ten moment „trójka” ma jedynie 69% pozytywnych recenzji na Steamie, ale winę za to ponoszą głównie liczne błędy – z łatki na łatkę będzie tylko lepiej.
Gdyby obok Glitchhikers postawić ubiegłoroczne gry Road 96 i Hitchhiker, mogilbyśmy mówić bez mała o narodzinach nowego subgatunku wśród narracyjnych przygodówek – opowieści drogi. Choć tutaj bardziej niż „opowieść” pasuje termin „doświadczenie”. To iście metafizyczne, oniryczne przeżycie, które sprowadza się do toczenia nocnych rozmów na najrozmaitsze – czasem trudne – tematy z zagadkowymi indywiduami spotkanymi przypadkowo w podróży.
Nie ma tu fabuły ani celów do realizacji, jest tylko umysł błądzący pod rozgwieżdżonym niebem i szukający pożywki do refleksji. To pozycja dla osób, które nie mają nic przeciwko wpadaniu w filozoficzny nastrój. W charakterze dema możecie wypróbować darmowy prototyp tej gry z 2014 roku.
Pierwsze Submerged, wydane w 2015 roku, było grą – nazwijmy rzecz po imieniu – kiepską. Nasza redakcja nie należała do wyjątków, wystawiając jej w recenzji ocenę na rzadko widywanym poziomie 3.5/10. Gracze mieli więc wszelkie powody, by nie podchodzić do kontynuacji, opatrzonej podtytułem Hidden Depths, i dźgać ją tylko patykiem z bezpiecznej odległości. Tymczasem consensus krytyków, którzy zaryzykowali bliższy kontakt z tą pozycją, to średnia ocen w wysokości 74% (via Opencritic) – równo o 20 punktów procentowych więcej niż w przypadku pierwowzoru.
Przedstawmy więc sobie ją bliżej. Jest to trzecioosobowa przygodówka osadzona w ponadprzeciętnie klimatycznym świecie „wodnej postapokalipsy”. Historia rozgrywa się parę lat po wydarzeniach z „jedynki”, a jej bohaterami ponownie jest rodzeństwo Miku i Taiku. Tym razem protagoniści stawiają czoła klątwie, która doprowadziła do zagłady cywilizacji – a w ramach tego stawiania przemierzają malownicze ruiny i rozwiązują zagadki, uprawiając przy tym dużo wspinaczki. Fani pierwszej części są zachwyceni – i istnieje spora szansa, że dzięki kontynuacji ich grono znacznie się powiększy.
Bez zaskoczenia – miesiąc po Festiwalu Steam Next nie obrodziło nowymi wersjami demonstracyjnymi. Nie zmienił tego nawet trwający jeszcze Spring Games Festival na GOG.com – próbki gier opublikowane w jego ramach w zdecydowanej większości (jeśli nie wszystkie) były wcześniej dostępne na Steamie. Tak czy owak udało mi się wyłuskać małe co nieco.
Retrostrzelanek widuję ostatnio na Steamie chyba więcej niż symulatorów chodzenia (może nie licząc tych, które mienią się horrorami). Czym Reaver próbuje powalczyć o kęs tortu, na którym żerują już nieprzebrane masy deweloperów? Stylistyką, mobilnością i muzyką. Twórcy opisują swoje dzieło jako „movement shooter” – w wolnym tłumaczeniu byłaby to „strzelanka ruchowa”. Trochę głupie, nie? Chodzi po prostu o to, że w tej grze równie duże znaczenie co plucie ołowiem ma poruszanie się na najdziksze sposoby.
Podwójne skoki, wślizgi i odbicia od ścian to ledwie przedsionek. Bodaj najbardziej jaskrawy przykład możliwości, jakie stwarza Reaver, stanowią dwa karabiny, których odrzut jest tak silny, że można praktycznie fruwać, prowadząc ogień. Dodajmy do tego jeszcze fakt, że każdy typ broni ma własne combosy (wiecie, jak miecze w slasherach), trudny do opisania – ale niechybnie unikalny – styl wizualny oraz niemal namacalną muzykę, która zgrabnie dopasowuje się do akcji.
Szkoda, że Reaver na żywo nie wypada równie kapitalnie jak na papierze – wciąż potrzeba tu sporo szlifów, a do tego można nabawić się bólu głowy, próbując zapanować nad tymi wszystkimi mechanikami, jednocześnie spijając oczami kolory lejące się z ekranu. Jednak gdy komuś już uda się okiełznać gameplay, powinien mieć ubaw po pachy. Zachęcam do spróbowania.
Na pierwszy rzut oka Lorn’s Lure może wyglądać jak pierwszoosobowa platformówka, ale w istocie jest czymś więcej. Choć liczy nam czas przejścia etapu, nie polega na gnaniu przed siebie na oślep. Często trzeba przystanąć, rozejrzeć się i pomyśleć, by znaleźć drogę – a nawet sam cel – a pierwsze skrzypce gra tutaj atmosfera. Ciężka, posępna, tajemnicza.
Wcielamy się w androida, który utknął w monumentalnych ruinach obcej cywilizacji na setki lat, i szukamy dla niego ratunku, skacząc po betonowo-metalowych strukturach oraz uprawiając wspinaczkę przy użyciu czekanów. Po drodze trafiamy na ślady innych „osób”, które trafiły w to miejsce, i odkrywamy szczątkową, zagadkową historię. Stylistyka retro dodatkowo podkreśla klimat i uczucie samotności. Mówiąc krótko, Lorn’s Lure to naprawdę intrygująca mała rzecz.
GRYOnline
Gracze
Steam
OpenCritic
58

Autor: Krzysztof Mysiak
Z GRYOnline.pl związany od 2013 roku, najpierw jako współpracownik, a od 2017 roku – członek redakcji, znany także jako Draug. Obecnie szef Encyklopedii Gier. Zainteresowanie elektroniczną rozrywką rozpalił w nim starszy brat – kolekcjoner gier i gracz. Zdobył wykształcenie bibliotekarza/infobrokera – ale nie poszedł w ślady Deckarda Caina czy Handlarza Cieni. Zanim w 2020 roku przeniósł się z Krakowa do Poznania, zdążył zostać zapamiętany z bywania na tolkienowskich konwentach, posiadania Subaru Imprezy i wywijania mieczem na firmowym parkingu.