Dragon Ball

- Liczba serii: 5
- Data premiery: 1986 rok
Pokemony były fajne, ale królem dzieciństwa był zdecydowanie Dragon Ball i w moim przypadku ta fascynacja trwa do dzisiaj. Na przygody Son Goku biegło się ze szkoły, a tragiczna francuska czołówka anime wywołuje mimowolne uczucie nostalgii. Nie da się jednak ukryć, iż dłuższe oglądanie Dragon Balla może wywoływać podnoszenie się brwi w geście zdziwienia i niezrozumienia. Zwłaszcza, jeśli zwrócimy uwagę na fakt, iż wszystkie kolejne rozdziały anime mają coraz większą ilość odcinków, co wygląda na sztuczne wydłużanie serii.
Największą ofiarą dużej ilości odcinków jest ogromny przyrost mocy bohaterów i wrogów, co jest zresztą widoczne także w przypadku innych anime shounenów. Z serii na serię kolejni przeciwnicy stają się nieprawdopodobnie silni, Son Goku i reszta trenują lub odblokowują nowe formy/techniki/cokolwiek, rozwalają wroga, a następnie cykl się powtarza, ponieważ oto znowu na horyzoncie mamy kogoś przepotężnego. Gdyby Vegeta z Saiyan Saga zobaczył aktualne poziomy mocy, to chyba dostałby wylewu.
Problemem jest również sam fandom Dragon Balla, który chce coraz więcej i więcej. Teoretycznie to dobrze, iż Toriyama spełnia życzenia swoich czytelników, ale w przypadku anime wychodzi to różnie, zwłaszcza gdy spojrzymy na Dragon Balla Super. Najnowszy serial z Son Goku w roli głównej mocno odstaje pod względem wizualnym (przynajmniej w pierwszych sagach). Często postacie wyglądają, jakby były narysowane przez osobę, której ewidentnie się nie chce. W porównaniu z poprzednimi seriami jest to widoczna różnica, a i kolejne formy Son Goku i Vegety wyglądają momentami karykaturalnie, z takimi formami jak Super Saiyan God Super Saiyan na czele. Konkurs na jak najdłuższą nazwę. Problemem jest tez fabuła. Jakoś w przypadku najnowszej serii ciężko czuć wagę zagrożenie, a sami przeciwnicy też wydają się tacy sobie. No i Frieze’a, który został zrecyklingowany już tyle razy, że zaraz mi obrzydzi Namek Sagę z DBZ.
Przeciągnięcie historii i powstanie Dragon Balla Super namieszało też trochę w historii anime. W przeszłości fani byli podzieleni na dwa obozy: uważających Dragon Balla GT za kanon oraz za uważających GT za jeden wielki filler. W 2017 miało miejsce wydarzenie, na którym pojawiła się linia czasu serii. Wynika z niej, że jednak GT jest kanoniczne, co potwierdził scenarzysta DBZ Takao Koyama. Problem pojawia się, gdy weźmiemy pod uwagę wspomniane wcześniej poziomy mocy. Dlaczego w GT nie ma formy SSGSS, Ultra Instinct Son Goku i Ultra Ego Vegety, czemu Frieza nie zmienia się w swoją czarną formę i z łatwością zostaje pokonany przez Goku?
Odpowiedź jest oczywista – w trakcie tworzenia Dragon Balla GT nikt nie wiedział, że Dragon Ball Super w ogóle powstanie. Mimo wszystko nowa produkcja wbiła się klinem w fabułę Dragon Balla, jeśli uznamy GT za kanoniczne. Powstał drobny bałagan, a przecież Toriyama chciał już zakończyć Dragon Balla na Cell Sadze. Nie można zapominać jeszcze o tytułowych Smoczych kulach, których nadużywanie sprawiło, że śmierć w serii praktycznie straciła na znaczeniu.
