Battlefield 6 stracił ponad 90% graczy, ale prawdziwy problem nie leży ani w mapach, ani w braku zawartości
Czy skromna zawartość kolejnych sezonów w Battlefieldzie 6 oraz nienaprawiane błędy są rzeczywiście winne spadku grających o 90 procent? Raczej nie – wina tkwi gdzie indziej i porównania z ARC Raiders są tu istotną wskazówką.
- Kiedyś to działało, dziś przestało
- To zupełnie inny poziom motywacji i nagradzania
- Battlefield nie jest w stanie rywalizować na tym polu
- Mądre naśladowanie nie jest złe
- Czas na odważne zmiany?
Od końca zeszłego roku branżowe nagłówki newsów grzmią o odejściu ponad 90. procent graczy od całkiem dobrze przyjętego przecież Battlefielda 6. Osobiście nie jestem zdziwiony – sam należę do tej grupy. BF6 był wspaniały przez kilkadziesiąt godzin, ale ileż można biegać w kółko i strzelać… No dobrze, w sumie to można, bo przecież widać to po paru innych tytułach na rynku, choćby chętnie przywoływanym przy tej okazji ARC Raiders. Gdzie więc tkwi problem?
Mój feed w social mediach oraz YouTubue zalewają ostatnio komentarze na ten temat i ku mojemu zdziwieniu, oprócz tych oczywistych zarzutów o brak przeglądarki serwerów czy błędy w kodzie sieciowym, dominuje w nich opinia o zbyt małej zawartości. Niby jest za mało map, za mało broni, mapy nie są fajne… Ogólnie – mało „contentu”. Serio? Czy ileś map więcej i 50 nowych karabinów sprawiłoby, że kilkaset tysięcy graczy jednak pozostałoby przy BF6? Przez pierwszy tydzień może tak, by obejrzeć nowe lokacje, ale potem również doszłoby do spadków.
Odkąd pamiętam, czyli gdzieś od czasów Battlefielda 2, zawsze miałem ulubione dwie, trzy mapy i tylko na nich grałem. To samo, jeśli chodzi o broń – korzysta się albo z kilku ulubionych, albo z aktualnej mety; więcej nie trzeba, przynajmniej mi. W moim odczuciu problem Battlefielda 6 leży zupełnie gdzie indziej – po prostu formuła kolejnych sezonów z darmową zawartością i płatnym battlepassem z kosmetycznymi „śmieciami” wyczerpała jako format gry live-service. Nie jest już atrakcyjna dla większości graczy, poza grupką najbardziej oddanych fanów.
Porównania do ARC Raiders nie są najlepsze, bo ta gra bazuje na zupełnie innym systemie progresji i wyzwań, zresztą pożyczając sobie większość tych rozwiązań z Escape from Tarkov. Z drugiej strony, być może pokazuje to właśnie, jaka formuła jest obecnie atrakcyjniejsza dla graczy i w którą stronę powinni pójść twórcy przyszłego Battlefielda.
Kiedyś to działało, dziś przestało
Lata temu, przy swoich pierwszych odsłonach, Battlefield z pewnością miał łatwiej. Gier było mniej, nie było żadnych live-service’ów, rozgrywka w strzelance sieciowej sama w sobie była największą frajdą. Dziś jest to nadal aktualne, ale chyba w większym stopniu dla bardziej wymagających gier z tego gatunku, przeznaczonych dla nieco innego odbiorcy i jednocześnie nie licytujących się na liczbę graczy czy ilość sprzedanych kopii. Można tu wymienić np.serię ArmA lub Squad – gry z dość stałą bazą wiernych od lat fanów.
Twórcy Battlefielda walczą jednak o liczby, więc siłą rzeczy rywalizują też o bardziej casualowego gracza – trudniejszego w zatrzymaniu na dłużej, bo ma on więcej tytułów do wyboru i szybciej się nudzi. Potrzebuje ciągle nowych wyzwań, nowych bodźców i celów. I tu moim zdaniem battlefieldowe sezony z nową zawartością w ogóle się nie sprawdzają, nic nie wnoszą, niezależnie od tego, ile nowych map i broni miałyby w pakiecie. O kosmetycznych śmieciach do odblokowywania nawet nie wspomnę. Szczerze wątpię, żeby – pomijając małą grupę zapaleńców – nawet tworzone ręcznie przez artystów-grafików emblematy, naklejki czy zawieszki do broni zachęcały ludzi do regularnej rozgrywki przez kolejne miesiące.


