20 lat później FireRed nadal pokazuje, jak niewiele potrzeba, by Pokemony wciągały na długie godziny
Pojawienie się klasycznych odsłon Pokemon FireRed oraz LeafGreen w wersji na Switcha skłoniło mnie do pewnych nostalgicznych przemyśleń związanych z serią. Zapraszam Was na krótki felieton z perspektywy starzejącego się fana kieszonkowych stworków.
- Kieszonkowe potwory w swojej najczystszej formie
- Cena i osobliwa polityka wydawnicza Nintendo budzą wątpliwości
- Startery i intrygujące TCG, czyli nowa nadzieja po Pokemon Day
Jedną z nowości zaprezentowanych podczas tegorocznego Pokemon Day, było wypuszczenie klasycznych gier Pokemon FireRed oraz LeafGreen w wersji na Nintendo Switch. Kilka dni z legendarnymi remake’ami pierwszej generacji kieszostworków zainspirowało mnie do napisania kilku przemyśleń - związanych nie tylko z wyżej wymienionymi tytułami, ale również całą serią Pokemon oraz nieco dziwaczną polityką wydawniczą Nintendo. Zapraszam do tego krótkiego felietonu z perspektywy nostalgicznego, lecz nieco już zmęczonego fana serii.
Kieszonkowe potwory w swojej najczystszej formie
Kilka słów wstępu dla niewtajemniczonych w meandry serii. Odsłony FireRed oraz LeafGreen to odświeżone edycje pierwszych gier z serii (Pokemon Red oraz Blue). Wydane pierwotnie w 2004 roku na Game Boy Advance produkcje zapoczątkowały proces cyklicznego remake’owania starszych odsłon serii w wersji na aktualnie panujące platformy. Poza oczywistą różnicą w grafice, FR/LG w momencie premiery zdołało uwspółcześnić szereg mechanik z pierwowzorów, m.in. znacząco przebudowując sposób działania statystyk czy aktualizując grę o 2 nowe typy (mroczny oraz stalowy). Do gry zawitał również drobny, lecz przyjemny moduł post game, dodający wątek fabularny odblokowywany po pokonaniu Elitarnej Czwórki. Co jednak istotne z perspektywy moich dzisiejszych rozważań, odświeżona para gier w żaden sposób nie zatraciła ducha pierwszej generacji Pokemon. U podstaw wciąż pozostały prostymi, ale szalenie urokliwymi jRPG opowiadającymi nieskomplikowaną historię o młodym bohaterze starającym się zostać najlepszym, „jak nigdy dotąd nikt”, trenerem.
Przez 30 lat marka Pokemon rozrosła się do niebotycznych rozmiarów, kilkukrotnie odhaczając wszystkie cechy popkulturowego fenomenu. Dziewięć generacji głównej serii, niezliczone spin-offy, manga czy anime przyzwyczaiły nas do medialnej wszechobecności Pikachu oraz spółki. Różnorodność i wielowątkowość marki niejednokrotnie dostarczała fanom mnóstwo świetnych treści. Nietrudno wyobrazić mi sobie jednak scenariusz, w którym tak duża podaż treści może przytłoczyć. Choć sam nadal uważam się za fana serii i z zaciekawieniem śledzę informacje z nią związane, to w ostatnich latach mój entuzjazm nieco opadł. Nierówny poziom ostatnich odsłon serii sprawił, że w ostatnich latach Pokemonów doświadczam głównie za sprawą gry karcianej oraz sporadycznych powrotów do starszych odsłon.

Pyszałkowatość i złośliwość Garego/Blue stoi w wyraźnym kontraście do współczesnego archetypu przyjacielskiego rywala.Pokemon Fire Red, Game Freak, 2005/2026.
Najprawdopodobniej z tego powodu powrót do prostszych korzeni serii okazał się dla mnie tak odświeżający. FireRed i LeafGreen w żadnym momencie nie silą się na innowacje czy wymyślanie koła na nowo. To pokemonowa zabawa sprowadzona do najbardziej elementarnych podstaw – jako młody trener przemierzamy swojski region Kanto, walcząc z kolejnymi liderami sal i co jakiś czas stając w szranki z kreskówkowo złowrogim Zespołem R. Pomimo tej względnej prostoty i ponad 20 lat na karku, bliźniacze gry z GBA wciąż zapewniają masę zabawy. Systematyczne rozwijanie teamu oraz pokonywanie kolejnych wyzwań wciąż bawi i pozwala przymknąć oko na drobne problemy, na czele z miejscami dość upierdliwym grindem.
Myślę, że tego typu pokemonowy „detoks” może okazać się wskazany dla wieloletnich fanów cyklu, których entuzjazm w stosunku do kieszonkowych potworów nieco przygasł. Odświeżenie sobie początków serii w przystępnej formie pozwala nabrać nieco dystansu i spojrzeć na całość z nieco innej perspektywy. To zaskakująco terapeutyczne i uspokajające doświadczenie, które w przyszłości być może spróbuję odtworzyć w kontekście innych długowiecznych serii.
Jeżeli nawet nie przynosicie za sobą wieloletniego emocjonalnego bagażu związanego z pokemonami, to FireRed i LeafGreen wciąż mogą być warte Waszej uwagi. Wszystkie wymienione powyżej powody czynią z tych gier świetne miejsce do rozpoczęcia przygody z serią. Plejada 151 stworków powinna być rozpoznawalna nawet tym, którzy jedyną styczność z cyklem zaliczyli na Polsacie na przełomie wieków. Warto rzucić okiem, by poczuć nieco klimat innej epoki naszego ulubionego medium.

