- 10 rzeczy, które polski Wiedźmin robił lepiej od serialu Netflixa
- Jaskier
- Ballady
- Yennefer
- Humor
- Erotyka
- Przemoc
- Ellander
- Eyck z Denesle
- Smok
Przemoc

Znacznie mniej smaku niż w temacie erotyki mistrz Sapkowski przejawiał, gdy zaczynała lać się krew (i nie bez przyczyny raczył czytelnika drastycznymi opisami) – ale również na tym polu Netflix zdołał wielokrotnie przebić „osiągnięcia” pierwowzoru. Przypomnijcie sobie chociażby scenę, w której Fringilla Vigo odnajduje zwłoki Calanthe w ruinach Cintry i, nie wdając się w krwawe szczegóły, bezcześci je, aby poznać położenie Ciri. Po jaką cholerę była ta obrzydliwa scena? Pytanie jest oczywiście głupie, bo wszyscy wiemy po jaką. Odpowiedź stanowi to samo, co w wielu kwestiach omówionych wcześniej – Netflix nie chciał wypaść „gorzej” niż Gra o tron. I chyba mu się udało. Bravissimo?
W polskim Wiedźminie zaś przemoc – tak jak erotyka – zwyczajnie była. Krew się lała umiarkowanie i bez ceregieli, a operator kamery nie robił „soczystych” zbliżeń na strzały sterczące z oczodołów i tej podobne atrakcje. Ot, w rodzimej produkcji było w sam raz drastycznie, żeby wygonić dzieci sprzed telewizora, ale nie odebrać przy tym apetytu dorosłym. Złośliwi znowu mogą powiedzieć, że pewnie byłoby brutalniej, gdyby budżet pozwolił na lepsze efekty, ja jednak wyjdę z założenia, iż – znowu – to raczej kwestia wyczucia.
