Po 50 godzinach z Fire Emblem: Fortune’s Weave widzę grę, która może sprzedać ludziom Switcha 2
Po spędzeniu pięćdziesięciu godzin z Fire Emblem: Fortune’s Weave dochodzę do wniosku, że to może być jeden z system sellerów Switcha 2. To gigantyczna produkcja, która na ten moment wydaje się obowiązkowa dla fanów jRPGów i strategii taktycznych.
Rok 2026 był moim zdaniem dość udany dla Nintendo, choć spora w tym zasługa konkurencji co i rusz strzelającej sobie w stopę. Switch 2 sprzedaje się bardzo dobrze i otrzymuje stały napływ nowych tytułów – mniej więcej co miesiąc posiadacze konsoli otrzymują nowy tytuł ekskluzywny. Nie licząc stanowiącej zaskakujący sukces Pokopii oraz nadciągającego remake’u Ocarina of Time, brakowało mu jednak mocnych system sellerów. Choć gry pokroju Tomodachi Life: Living the Dream, Yoshi and the Mysterious Book oraz Splatoon Raiders były wysokiej jakości, nie są to raczej produkcje, które przekonają kogoś do zakupu Switcha 2 – bardziej tytuły, w które zaopatrzą się już istniejący posiadacze konsoli. Po spędzeniu pięćdziesięciu godzin z nadchodzącą premierą weteranów z Kioto, Fire Emblem: Fortune’s Weave wydaje się uzupełniać dokładnie tę niszę. To gigantyczna produkcja, która na ten moment wydaje się obowiązkowa dla fanów jRPGów oraz strategii taktycznych.
Niech rozpoczną się heroiczne igrzyska
Po bestsellerowych wynikach Three Houses i porównywalnie rozczarowującej sprzedaży Engage nic dziwnego, że Fortune’s Weave fabularnie wraca do świata przedstawionego dwie gry temu. Wszelkie powiązania fabularne z Three Houses są jednak bardzo delikatne i na ten moment znajomość poprzedniczki nie wydaje się wymagana do zrozumienia Fortune’s Weave, zwłaszcza że całość ma miejsce na kompletnie innym kontynencie. Imperium Dagdy upadło po powstaniu boga podziemi, Balora, którego nieumarła horda wypala całe państwo do gołej ziemi. Wszyscy, którzy mogli stawić mu czoła zginęli, a kilkoro niedobitków ukrywa się w podziemiach. Jedyną nadzieją pozostaje boski mediator Eshmel, stworzony w celu zmienienia przeszłości, ocalenia poległych wojowników i zebrania armii zdolnej przeciwstawić się Balorowi. Eshmel sięga zatem pięć lat w tył, do roku gladiatorskich igrzysk, których zwycięzcy obiecano spełnienie dowolnego życzenia.
Choć pod względem rozgrywki Fortune’s Weave najmocniej ciągnie z Three Houses, strukturalnie znajdziemy tu także elementy Radiant Dawn na Wii. Po ukończeniu prologu otrzymujemy dostęp do czterech kampanii, każda z innym głównym bohaterem, z których każdy bierze udział w igrzyskach w innym celu. Cai to młody chłopak próbujący wywalczyć ułaskawienie dla skazanego na śmierć ojca, Theodora jest cesarską wasalką walczącą o wolność religijną dla swojego ludu, tancerka Leda walczy by zdobyć prawo do zgładzenia zabójcy jej rodziny, a podróżujący szermierz Dietrich to ćpun uzależniony od krwi i przemocy. Każda z tych kampanii opowiada nieco inną historię, a jej ukończenie pozwoli nam dodać danego bohatera i zrekrutowanych przez niego żołnierzy do armii Eshmela.
Do kampanii możemy przystępować w dowolnej kolejności, kończyć je jedną po drugiej lub skakać między nimi wedle uznania. Do ostatniej rozprawy przeciw Balorowi możemy natomiast podejść w dowolnym momencie, nawet przed zrekrutowaniem któregokolwiek z bohaterów (choć jest to oczywiście samobójstwo). Każda z kampanii ujawnia inne części historii, a intryga na ten moment wydaje się bardzo rozbudowana, choć oczywiście wasze odczucia zależeć będą od tolerancji na dialogi w stylu anime. Jedno natomiast jest pewne – Fortune’s Weave to gra o tytanicznej skali. Po pięćdziesięciu godzinach udało mi się ukończyć kampanię Caia i zagłębić się w kampanię Ledy, a nadal jestem bardzo daleko od finału. Patrząc na tempo, dotarcie do napisów końcowych powinno na spokojnie zająć mi ponad sto godzin.
Bitwy, śmierć i cofanie czasu
Głównym elementem Fortune’s Weave są oczywiście taktyczne, turowe bitwy. Każdy poziom podzielony jest na pola, po których przesuwamy nasze jednostki. Każda jednostka ma swoją klasę, inną broń oraz inne statystyki, które wpływają na jej możliwości w bitwie. Gdy jedna jednostka zaatakuje inną, dochodzi do walki. Ta przebiega automatycznie, obaj wojacy mają procentową szansę na trafienie wroga i zadanie wykalkulowanej ilości obrażeń – bliskim i prostym porównaniem może być tu fantasy XCOM. Tożsamością Fire Emblem od zawsze była permadeath, tj. pokonana jednostka ginie na zawsze i nie możemy już z niej korzystać. Jest to nadal tryb domyślny dla Fortune’s Weave, choć tak jak w kilku poprzednich odsłonach serii, istnieje opcjonalny tryb casualowy, w którym polegli wojownicy wracają do życia po ukończeniu poziomu.
Gdy gramy w trybie klasycznym, na poziomie trudnym, Fortune’s Weave potrafi stanowić poważne wyzwanie. Wrogów jest dużo, biją mocno, a pojedyncze omsknięcie lub chwila pecha kończy się śmiercią postaci, w którą zainwestowaliśmy bardzo wiele. Z Three Houses powraca mechanika cofania czasu, pozwalająca nam skoczyć wstecz o kilka tur i odkręcić swoje błędy. Jest ona jednak ograniczona cennym zasobem, który można również wykorzystywać na błogosławieństwa dające potężne buffy, więc nie możemy z jej pomocą przebijać się przez wszystko na chama. W Fortune’s Weave co chwilę główkujemy, korzystamy z otoczenia i terenu na naszą korzyść oraz wypatrujemy sposobów na jak największe zredukowanie ryzyka podczas tury przeciwnika.
Jednym z najcenniejszych elementów naszego arsenału są Blaze Arts, czyli potężne zdolności unikalne dla głównych bohaterów. Korzystanie z nich kosztuje nas zdrowie, lecz ich efekty nieraz uratują nam życie. Cai strzela obszarowym ogniem piekielnym, Theodora miota ogromnymi głazami w odległych przeciwników, Dietrich teleportuje się by eliminować niedostępne cele, a Leda zwiększa statystyki pobliskich sojuszników. Umiejętności te ładują nasz pasek klątwy. Gdy sięgnie on połowy, postać otrzymuje spory bonus do wszystkich statystyk, lecz gdy sięgnie pełna, wszystkie statystyki drastycznie spadną. Gra zachęca nas zatem do korzystania z Blaze Arts, lecz nie możemy również przesadzać z ich spamowaniem.
Trochę odpoczynku
Pomiędzy każdą główną bitwą czeka nas również czas wolny, podczas którego mamy określoną ilość tur na przygotowanie się do następnego starcia. Gra daje nam tu wskazówki, jacy czekają na nas wrogowie oraz co możemy zrobić, by zwiększyć nasze szanse w boju. Możemy zostać w mieście, wysyłać jednostki na trening, zdobywać dostęp do nowych klas postaci i obdarowywać potencjalnych rekrutów prezentami albo wyruszyć na mapę świata, wykonywać zadania poboczne i zbierać materiały, które przehandlować można na potężny ekwipunek. Każda postać ma tu ponadto nieco inne możliwości. Cai może uczyć się i zdobywać cenne przedmioty od słynnych wojowników, a Leda podróżować po imperium i występować w miastach w zamian za rozgłos i pieniądze. Segmenty te są przyjemne, ale na ten moment są również moim największym zmartwieniem dotyczącym gry. Potrafią być bowiem bardzo długie, mam zatem nadzieję, że pozostali bohaterowie wprowadzają do nich dostatecznie dużo nowych mechanik, by powstrzymać monotonię.
Wizualnie Fortune’s Weave prezentuje się dobrze. Gra jest kolorowa, cieszy oko wszędzie widoczną starożytną architekturą, a animacje postaci, zwłaszcza te podczas walki, są żywe i pełne charakteru (nie licząc animacji odwracania się, która w porównaniu z całą resztą jest wręcz komicznie niskiej jakości). Najlepiej zdecydowanie prezentują się animowane portrety postaci, które są pięknie narysowane, ekspresywne i okazjonalnie sprawiają wręcz wrażenie wyskakiwania z ekranu. Soundtrack natomiast, jak można było oczekiwać po Fire Emblem, jest fenomenalny, chwytliwy, bombastyczny, pełny różnorodnych utworów, które okazjonalnie zmieniają nawet instrumenty w zależności od wybranego przez nas bohatera. Całość utrzymuje również stałe 60 FPS i podczas testów nie zetknąłem się z żadnymi błędami. Szkoda tylko, że gra nie ma polskiej wersji językowej.
Na ten moment Fortune’s Weave to jedna z najlepszych i największych gier dostępnych na Nintendo Switch 2. Dla fanów serii, jRPGów oraz turowych strategii jest to bardzo smakowity kąsek, który może okazać się tegorocznym system sellerem. Jeśli ten poziom się utrzyma, będzie to jedna z moich ulubionych gier tego roku, a głównym zagrożeniem do tego tytułu jest perspektywa ugięcia się przed jej ogromem.






