Odkupienie. Najpierw krytyka, potem odkupienie. Diablo 4 po Lord of Hatred przeżywa comeback podobny do Cyberpunka 2077
- Wstawaj, wędrowcze, mamy historię Cyberpunka 2077 do szybkiego przypomnienia
- Opowieść o upadku sprzedaje
- Diablo silne emocje
- Odkupienie
- Wszystko zgodnie z planem?
Odkupienie
Vessel of Hatred okazał się umiarkowanym sukcesem, ale – jak pisałem w recenzji – nie powalał. Mechanicznie sporo poprawił i usprawnił, choć też jeszcze nie wszystko, a przy tym klimat i jakość kampanii nieco siadły. Niemniej, odbiorcy widzieli, że Diablo dokądś zmierza i twórcy „gotują”. Dlatego gracze i stojący obok twórcy, przynajmniej ci z nutką optymizmu, trzymali się nadziei, że będzie jeszcze lepiej.
Dyskusje, te pozytywne i te negatywne trwały, i oczywiście towarzyszyły im memy. Sezony sugerowały lekką stagnację, choć od jedenastego zaczęła się naprawdę dobra passa – to wtedy Blizzard pozwolił sobie na co śmielsze testy mechanik, np. Uświęcenia (losowe wzmocnienie przedmiotu, które może dać nawet mistyczny affix, ale równie dobrze popsuć przedmiot). To ostatnie przeszło potem do Kostki Horadrimów. Po drodze doczekaliśmy się też zmian w kierownictwie, odszedł m.in. Rod Fergusson czyli główny menedżer marki Diablo.
W końcu doczekaliśmy się też Lord of Hatred. Z jednej strony dostaliśmy tonę usprawnień systemów oraz całkiem nowe (wspomniana Kostka), kilka kontrowersyjnych decyzji (losowe affixy w przedmiotach unikatowych) i dużo lepsza sekcja fabularna, która wreszcie prowadziła do konfrontacji z wielkim złym, z Mefisto. Sceny związane z Lilith zapadały w pamięć, a wprowadzone zmiany, choć utrudniły grę, sprawiły, że społeczność zaangażowała się bardziej, mimo narzekań. Zaczęło się też prawdziwe polowanie na krowi poziom.
Zmierzam do tego, że Diablo 4 przy Lord of Hatred zgromadziło spore zainteresowanie i skapitalizowało swój moment. Lepiej niż Diablo 3, którego odratowanie stanowiło trudniejsze zadanie – tam pary starczyło tylko na jeden dodatek, Reaper of Souls. Niemniej, połączenie usprawnień i nagromadzonych emocji fanów zaowocowało świetnymi wynikami. Ktoś tam z bocznego toru narzeka, w dodatku dla niektórych odbiorców Diablo 4 stało się nieco za trudne (jest na to trochę utyskiwania), ale generalnie – gramy w tę grę. I to gramy licznie.
Na samym Steamie od premiery DLC codziennie w szczycie gromadzi się ponad 50.000 graczy. To bardzo porządny wynik jak na (całkiem słono) płatny dodatek. Warto też pamiętać, że Steam to nie wszystko – wiele osób korzysta przecież z wersji Battle.netowej, do której statystyk nie mamy dostępu – sam posiadam właśnie taką kopię. Możliwe więc, że mówimy o liczbie zdecydowanie wyższej. Sam dołożyłem ładnych parę godzin swojego uczestnictwa do tych statystyk.
Generalnie w Blizzardzie musieli odkorkować szampana. Porządne oceny tym razem zgodne były z pozytywnym odbiorem sporej części odbiorców. Fani tną w Diablo 4, kiedy mogą i powoli rozbrajają nowe podejście do endgame’u, dostosowują się i akceptują lub nie, ale podtrzymują życie w interesie (i słusznie domagają się hotfixów). No, Zamieć odniosła sukces. I jednocześnie zostawia nas z pewnym gnębiącym pytaniem.



