Call of Tanks? World of Duty?. Zagrałem w World of Tanks: Heat i jedno jest pewne: to zupełnie inna gra niż WOT, ale trudno się od niej oderwać
- Bohaterowie i tryby gry jak w Call of Duty
- Call of Tanks? World of Duty?
- System walki nie tak casualowy jak byście się spodziewali
- Czy World of Tanks: Heat skończy jak Steel Hunters?
Call of Tanks? World of Duty?

Umiejętności ostateczne najpierw odtwarzają nam krótką animację, a później – jak we współczesnych FPS-ach, mamy minigierkę z drona.World of Tanks: Heat, Wargaming, 2026.
W Call of Duty podejrzano inne szczególiki, które przypomną Wam popularną strzelankę. Gdy zadajemy obrażenia lub niszczymy czołg przeciwnika, obok celownika wyświetlają nam się po pierwsze zdobyte punkty doświadczenia a po drugie rozmaite białe napisy nagradzające nas za damage i zachęcające do dalszej destrukcji, takie jak: „Zniszczono pancerz przeciwnika”, „Zastosuj status” itd. Zadanie obrażeń krytycznych wyrzuca nam duży żółty napis i wstrząsa ekranem, tak abyśmy wiedzieli, że radzimy sobie dobrze. Jeśli ktoś nas zabije, a my następnie zabijemy jego, gra wyświetli nam, że to zemsta. Znacie to z COD-a – proste, psychologiczne sztuczki, które podsycają radość czerpaną z wygranej potyczki. Po bitwie czeka nas raport i zapełniający się pasek doświadczenia. Zadawanie obrażeń cieszy i sprawia satysfakcję. Zniszczenie wroga nagradza nas spektakularnym wybuchem i wyświetla nam – obok mnóstwa napisów – ikonę czachy.
Jeśli jednak sądzicie, że wysolujecie tę bitwę, bo zjedliście zęby na WOT i COD, ostudzę zapędy: jazda na pałę kończy się szybką śmiercią. Nie mamy szans w starciu z 3 przeciwnikami, bo choć możemy poruszać się szybko, tak wiele ataków kończy się utratą gąsienic i zatrzymaniem pojazdu, nałożeniem statusu i rychłą śmiercią. Pomimo całego „arcade’owego” wrażenia, w Heat wygramy drużyną – ważnym jest więc, aby zamiast lecieć na solo, pozostawać w zasięgu wzroku kolegów. To paradoks tej produkcji – szybkiej, dynamicznej rozwałki, która zachęca nas do agresywnej gry, ale jednocześnie aby tu wygrać, musicie grać zespołowo. Czy gracze to zrozumieją? Cóż – w zamkniętej becie ewidentnie tego nie rozumieli. W czasie jednej sesji zaliczyłem spokojnie z jakieś 6 przegranych gier z rzędu. Sytuacja jednak, przyznaję, wyglądała inaczej ostatniego dnia testów. Gracze, miałem wrażenie, obeznali się już z zasadami gry, a i zdarzało się, że próbowali stosować taktykę (np. pierwszy jechał czołg ciężki z aktywowanym polem siłowym, a za nim strzelcy).
Ta „COD-owatość” produkcji wywołała we mnie dwie konstatacje. Po pierwsze, World of Tanks: Heat nie jest grą, na którą czekają fani WOT. To w żadnym wypadku nie jest WOT 2, ani WOT ze współczesnymi czołgami. To kompletnie inny rodzaj rozgrywki. Nie gorszy. Nie lepszy. Po prostu inny, dla innego odbiorcy (choć ludziom, którzy przegrali życie na World of Tanks również może się spodobać, gusta przecież nie muszą się wykluczać). Po drugie, zauważyłem, że traktuję Heat jak odskocznię. Dokładnie tak, jak traktowałem COD-a i BF’a, do których – po tym, gdy minął mi już pierwszy etap wielogodzinnego grania – wracałem z doskoku na 5, na 10, na 15 minut. Szybki meczyk i koniec, adrenalina podniesiona, zabawa przednia, dziękuję bardzo. W Heat nie czułem przy tym żadnej irytacji, żadnego zmęczenia, ale też nie czułem – nie ukrywam – szczególnego przywiązania czy poświęcenia. Ot, chciałem rozegrać szybką bitwę, postrzelać do czołgów, wysadzić kogoś w powietrze i mogę wrócić do pracy.

