Otwartość Elden Ringa imponuje bardziej niż półotwartość God of War. Elden Ring vs God of War Ragnarok - wybieramy GOTY
- Elden Ring vs God of War Ragnarok - wybieramy grę roku!
- Gameplay – trudno powiedzieć, w co gra się lepiej
- Otwartość Elden Ringa imponuje bardziej niż półotwartość God of War
- Twór niedogotowany technologicznie kontra audiowizualne arcydzieło
- Elden Ring stawia na wizję, God of War: Ragnarok idzie w jakość
Otwartość Elden Ringa imponuje bardziej niż półotwartość God of War

GOD OF WAR: RAGNAROK VS. ELDEN RING – EKSPLORACJA I AKTYWNOŚCI POBOCZNE
- Co robi lepiej God of War: Ragnarok? Oferuje jedne z najciekawszych zadań pobocznych od czasów Wiedźmina 3, kusi endgame’ową zawartością.
- Co robi lepiej Elden Ring? Daje pełną swobodę eksploracji, kryje w sobie mnóstwo treści, nie prowadzi gracza za rączkę, jego regrywalność stoi na bardzo wysokim poziomie.
- Zwycięzca: Elden Ring
Mimo że strukturalnie mowa o dwóch innych grach – Elden Ring to pełnoprawny, monumentalny wręcz open world, podczas gdy God of War: Ragnarok oferuje półotwarte, pełne licznych, ale raczej liniowych rozgałęzień huby – tak obydwa rywalizujące ze sobą tytuły premiują gracza za dokładną eksplorację. Który jednak nagradza bardziej szczodrze i w którym chce się zwiedzać rozmaite regiony dogłębniej?
Cóż, Elden Ring rozpoczyna się niczym Breath of the Wild – w ciemnej krypcie, z której czym prędzej wychodzimy, by następnie rozpostarła się przed nami jedna wielka... przestrzeń. Przestrzeń do eksploracji, eksploatacji i dominacji w drodze po eldeński tron. Choć kierunek podróży sugerowany jest subtelnie przez magiczne smugi unoszące się znad punktów kontrolnych, bardzo szybko zbaczamy z kursu i biegniemy tam, gdzie nas oczy i nogi poniosą. Ekscytacja związana z obwąchaniem każdego metra kwadratowego cyfrowej powierzchni udziela się prędko i chyba w żadnym inny open worldzie nie lizałem tylu ścian i pikseli co tutaj.
Ragnarok z kolei otwiera się w segmentach pomiędzy głównymi misjami fabularnymi. Bardzo często do zbadania pobliskich terenów zachęca albo dopiero co przyjęty poboczny quest, albo kwestia dialogowa którejś z postaci o jasnej treści typu: „nigdzie nam się nie spieszy, poeksplorujmy, będzie fajnie”. I rzeczywiście jest fajnie, bo odkryć można nie tylko masę skrzyń z lootem, ale i kolejne zadania czy mitologiczne sekrety. A co do samych opcjonalnych misji, zwykle stoi za nimi kawał ciekawie napisanej historii – twórcy przyznają, że mocno inspirowali się dokonaniami rodaków z CD Projektu RED w tej dziedzinie, i to widać, słychać i czuć.

A questy poboczne w Elden Ringu? Niby są, ale gra w żaden sposób głośno i wyraźnie nie komunikuje, że są typowymi misjami. Po prostu spotykamy jakiegoś NPC, a ten prosi nas o udanie się do lokacji X w poszukiwaniu przedmiotu Y, czasem może zaznaczy takową miejscówkę symbolem na mapie, ale tak naprawdę to od gracza zależy, czy będzie miał chęć rozwinąć dalej konkretny wątek. A ten, z początku niepozorny, może na przykład doprowadzić do... alternatywnego zakończenia. Warto więc eksplorować świat ER nie tylko ze względu na możliwość zdobycia wartościowego wyposażenia, ale też i po to, by połączyć skrawki fabuły zapodawane jakże oszczędnie i szczątkowo przez scenarzystów.
Obie gry potrafią zająć sporo czasu, jeśli chcemy je „wymaksować”, obie oferują także wypchany dodatkową zawartością endgame. God of War zamyka się mimo wszystko w około 50 godzinach, podczas gdy Elden Ring potrafi spokojnie przekroczyć trzycyfrowe wartości, jeśli gracz zdecyduje się odkryć wszystko (ale nie wiem, jak to możliwe), a potem na deser przychodzi jeszcze rozbudowany moduł multiplayer i możliwość zaliczania kolejnych playthrough w formie „new game plus”. FromSoftware dostarczyło więc graczom produkt potężnych rozmiarów, a przy okazji pozbawiony irytujących fillerów. GoW wypada przy nim o wiele skromniej, choć i tak należy docenić różnorodność contentu i aktywności pobocznych, wykraczającą poza standardy typowych przygodowych gier akcji.
