Warlock w Diablo 2 jest w tej chwili absolutnie zepsuty - i bardzo dobrze. Zastanawia mnie tylko, jak długo Blizzard zamierza monetyzować 25-letnią grę
Spędziłem z czarnoksiężnikiem trochę czasu i muszę przyznać jedno – to niesamowicie ciekawa postać, która trafia w dziesiątkę zarówno pod kątem klimatu, jak i samego gameplayu. Zastanawiam się, co też Blizzard planuje zrobić z Diablo 2 w przyszłości...
Warlock w Diablo 2 to coś, co jeszcze do niedawna brzmiało jak mokry sen modderów, a dziś jest oficjalnym dodatkiem od Blizzarda. Nowa klasa w tak kultowej grze po ponad 25 latach? Brzmiało to niezwykle ryzykownie. Co więcej, wszystko wskazuje na to, że mimo drobnych kontrowersji Blizzard znalazł kolejny sposób na odświeżanie starych gier i zarabianie na tym pieniędzy.
Czarnoksiężnik ma moc!
To, co od razu rzuca się w oczy, to dopasowanie wizualne, estetyczne i gameplayowe. Pamiętajmy, że mówimy o grze, której rdzeń projektowy ma ćwierć wieku (wizualny trochę mniej, bo warlock niestety nie otrzymał swojej wersji „legacy”). Wrzucenie zupełnie nowej sylwetki do tak hermetycznego, mrocznego i gotyckiego świata mogło skończyć się katastrofą. Tymczasem Warlock wygląda i rusza się tak, jakby od zawsze stał przy ognisku w Obozowisku Łotrzyc. Wiem, że gracze nie są w tej kwestii do końca zgodni – wielu narzeka na to, że czarnoksiężnik ma za dużo jasnych barw (zwłaszcza różowo-fioletowych), co psuje jego prezencję przy bardziej stonowanych kolorach pozostałych klas – ale dla mnie to wręcz znak rozpoznawczy jego demonicznych mocy, do którego przyzwyczaiłem się szybko i naturalnie. Tym bardziej, że animacje ataków czy udźwiękowienie czarów nie odstają poziomem od tego, co w grze jest już zaimplementowane.

Do Czarnoksiężnika w Diablo 2 idzie przyzwyczaić się bardzo szybko.Diablo II: Resurrected - Reign of the Warlock, Blizzard, 2026.
Jeśli natomiast chodzi o sam gameplay, to na początku wydawało mi się, że Blizzard spróbuje wymyślić koło na nowo i zasypie nas mechanikami, których w serii jeszcze nie było. Prawda jest jednak taka, że twórcy poszli w kierunku tego, co znane i lubiane przez weteranów – przywoływania stronników, rzucania potężnych czarów obszarowych oraz brutalnej walki w zwarciu. Brzmi sztampowo? Trochę tak, ale na szczęście do każdego z tych archetypów nowa klasa podchodzi z zupełnie innej strony. To właśnie ten „twist” sprawia, że gra się nim tak dobrze i świeżo.
Weźmy na przykład drzewko demoniczne. Zamiast klasycznego wskrzeszania szkieletów czy lepienia golemów, czarnoksiężnik stawia na przejmowanie kontroli nad siłami zła. Zniewalamy potwora i mamy wybór: albo zmuszamy go do walki u naszego boku, albo wręcz przeciwnie – pochłaniamy, by zyskać potężne buffy do statystyk. Z kolei pod kątem rzucania czarów dostajemy brutalną mieszankę mrocznych klątw i piekielnych mocy, które dosłownie topią przeciwników.
Jednak prawdziwym hitem, za który polubiłem warlocka najbardziej, jest podejście do walki wręcz. Czarnoksiężnik wykorzystuje swoją magię do władania orężem w sposób łamiący dotychczasowe zasady – nie ma dla niego ograniczeń w korzystaniu z broni dwuręcznych, bo zamiast trzymać je w dłoni, korzysta z magii, by utrzymywać je w powietrzu. Wyobraźcie sobie postać, która macha potężnym, dwuręcznym toporem, używając do tego swojej potężnej mocy, a jednocześnie dzierży tarczę lub mroczną księgę. To otwiera drogę do niesamowitych, niewidzianych wcześniej kombinacji, zwłaszcza gdy zaczniemy sensownie łączyć różne drzewka umiejętności.

Czarnoksiężnik jest potężny już od pierwszych poziomów.Diablo II: Resurrected - Reign of the Warlock, Blizzard, 2026.
Ale żeby nie było tylko kolorowo – musimy też pomówić o balansie. Warlock jest w tym momencie po prostu potężny. I mówiąc „potężny”, mam na myśli, że jest absolutnie zepsuty. Internet już jest pełen buildów, w których gracze z łatwością czyszczą wszystkie mapy bez większych problemów. Początkowe umiejętności sprawiają, że czarnoksiężnikiem kampanię można przejść absurdalnie łatwo i przyjemnie, a jego późniejsze możliwości to banalny przepis na sukces podczas walki z najpotężniejszymi przeciwnikami.
Czy to źle? W normalnych warunkach byłby to problem, ale ciężko winić Blizzarda za taką decyzję. Pamiętajmy o najważniejszym – nowa postać właśnie trafiła na serwery, a oficjalny sezon rankingowy jeszcze się nie zaczął. To idealny moment na taką zabawę, zwłascza nową klasą w 25-letniej grze. Ludzie dostali po latach nową zabawkę, chcą się nią pobawić i chcą poczuć jej moc. To czas na swobodne eksperymenty, bez presji zepsucia ekonomii czy rywalizacji w drabince. Weterani gry są zresztą zgodni – solidne nerfy na pewno nadejdą przed oficjalnym startem wyścigu. A póki co? Można cieszyć się tym potężnym chaosem, który wprowadza czarnoksiężnik.
Endgame i kontrowersyjne zmiany QoL
Kolejna kwestia to to, co z tym nowym, potężnym warlockiem możemy w ogóle robić, czyli endgame. Tutaj Blizzard dorzucił dwie nowości – modyfikowalne obszary grozy (terror zones) oraz walkę z kolosalnymi starożytnymi. Z jednej strony chwali się to, że w końcu dostajemy do ręki decyzyjność – dzięki nowym przedmiotom jednorazowym sami wybieramy, który akt objąć grozą, zamiast biernie czekać na systemową rotację. Do tego dochodzi tzw. „pinnacle boss”, czyli ostateczne wyzwanie w postaci potężniejszych starożytnych, za którymi można dodatkowo gonić, by zdobyć unikalne klejnoty. To świetna sprawa, bo w końcu mamy w Diablo 2 wyraźny, nowy cel na końcu gry. Z drugiej strony, powiedzmy to sobie szczerze – kreatywności w tym za wiele nie ma. Mechanikę obszarów grozy już przecież doskonale znamy, a nowi bossowie to recykling kultowych przeciwników z piątego aktu z dodatkowymi umiejętnościami.
Prawdziwa burza w sieci rozpętała się jednak wokół zmian quality of life. Do gry dodane zostały wreszcie filtry łupów, dedykowane zakładki w skrzyni pozwalające stackować runy i klejnoty, a także system kronik, czyli oficjalny, wbudowany tracker dla fanów robienia „Holy Graila”. Brzmi jak absolutne spełnienie marzeń weteranów i faktycznie tak jest. To usprawnienia, których od zawsze w Diablo 2 po prostu brakowało. Szkoda tylko, że Blizzard nie byłby sobą, gdyby nie schował tych fundamentalnych usprawnień za paywallem dodatku.

Z nowych zmian ucieszyliby się też gracze podstawki.Diablo II: Resurrected - Reign of the Warlock, Blizzard, 2026.
Ogromna część społeczności uważa ten ruch za skrajnie antykonsumencki i trudno im się dziwić. Filtry łupów czy dodatkowe miejsce w skrzyni to rzeczy, które moderzy dodawali do oryginalnej „dwójki” za darmo kilkanaście lat temu. Zamykanie tak podstawowych usprawnień poprawiających komfort gry za koniecznością kupna rozszerzenia budzi spory niesmak.
Szczególnie dziwi to w kontekście premiery gry na platformie Steam. Z biznesowego punktu widzenia aż prosiło się o sprytniejsze rozegranie tych kart. Wypuszczenie samej podstawki w niższej cenie, ale za to z darmową aktualizacją dodającą wspomniane zmiany QoL, mogłoby przyciągnąć masę nowych graczy, zachęconych opiniami o tym, jak gra stała się w końcu nieco bardziej przystępna. Wtedy dodatek z samym warlockiem i usprawnionym endgame'em można by sprzedawać osobno lub w atrakcyjnym pakiecie. Wszyscy rozumiemy, że tworzenie zawartości do 25-letniej gry nie jest proste, a korporacja musi zarobić. Szkoda tylko, że zamiast wyjść do graczy z otwartymi ramionami i gestem dobrej woli, wybrano rozwiązanie, które pozostawia rysę na tym skądinąd fenomenalnym powrocie do Sanktuarium.
Co dalej, Blizzardzie?
Mimo wszystko ostateczny werdykt może być tylko jeden – dodatek oceniam pozytywnie. Wprowadzenie zupełnie nowej klasy do 25-letniej gry to ruch, którego naprawdę mało kto się spodziewał, a który wstrząsnął całą społecznością. Jasne, cena jest odrobinę przesadzona i powtórzę to raz jeszcze – fundamentalne zmiany quality of life powinny zostać udostępnione graczom za darmo w ramach zwykłej aktualizacji. Nowości w endgame, choć są raczej bezpieczne i zabrakło w nich odrobiny kreatywności, to i tak świetny ukłon w stronę najbardziej zaangażowanych weteranów. Mają w końcu nowy powód, żeby sprawdzić swoje buildy w grze, którą znają już niemal na pamięć.
Tutaj w tym wszystkim pojawia się jednak znacznie ciekawsze pytanie – co dalej, Blizzardzie? Czy to, co właśnie widzimy, to nowa moda na odświeżanie starych tytułów? Spójrzmy prawdzie w oczy – możliwości robienia kolejnych remake'ów zaraz się po prostu skończą. Tymczasem okazuje się, że jest zupełnie inna, bardziej ryzykowna, ale jednocześnie bardziej opłacalna, droga. Bo trzeba pamiętać, że tworzenie pełnoprawnego contentu do tak starych gier, które od dekad mają zagorzałych fanów, wcale nie jest proste. Łatwo tu o wpadkę i zniszczenie legendy, ale trzeba Blizzardowi uczciwie przyznać, że tym razem im wyszło. Jasne, mogło (i powinno) być taniej, ale gracze są mimo wszystko zadowoleni z tego, co ostatecznie trafiło w ich ręce. To bardzo jasny sygnał dla Blizzarda, i w zasadzie dla całej reszty branży, że warto w ten sposób ryzykować. Warunek jest jeden – trzeba mieć w ekipie ludzi, którzy te klasyki znają, czują i kochają, żeby wiedzieli, jak o nie zadbać.
Osobiście jestem niezwykle ciekaw, czy twórcy pójdą za ciosem i będą działać z Diablo 2 dalej (lub ze swoim pozostałymi tytułami). Zakładam, że tak. Patrząc na to, jak ogromny entuzjazm wywołał powrót do tego świata, w ogóle nie zdziwię się, jeśli na nadchodzącym BlizzConie usłyszymy zapowiedź kolejnego dodatku, który po tylu latach w końcu wprowadzi do gry wymarzony akt szósty.

