Wiecznie młody, ale całkiem śmieszny Jaskier. 8 rzeczy, które ocaliły Wiedźmina Netflixa
- 8 rzeczy, które uchroniły Wiedźmina od katastrofy
- Techniczna realizacja walk
- Kostiumy (z jednym wyjątkiem)
- Renfri
- Calanthe, czyli najgroźniejsza (i najmłodsza) babcia Wiedźmina
- Klimaaaatyczna walka ze strzygą
- Origin Yennefer
- Wiecznie młody, ale całkiem śmieszny Jaskier
Wiecznie młody, ale całkiem śmieszny Jaskier

Być może Zbigniew Zamachowski sprawdził się w roli Jaskra lepiej niż Joey Batey. Bardziej nieporadny i starszy (w serialu Netflixa przyjaciel Geralta w ciągu dwóch dekad zupełnie się nie zmienia, co trochę psuje wiarygodność tego świata), a i rzucający całkiem niezgorszymi tekstami polski gwiazdor był jednym z nielicznych atutów poprzedniej ekranizacji prozy Sapkowskiego. Tyle że nowy odtwórca barda sprawdza się naprawdę przyzwoicie. Owszem, relacja z Geraltem jest mocno przejaskrawiona i przypomina, o czym wspominałem zresztą we wcześniejszym tekście, przekomarzania Osła i Shreka, co nie do końca pasuje do konwencji, niemniej niektóre z żartów bawią.
Oczywiście to wciąż humor dość niskich lotów, ale przecież książkowy Jaskier na co dzień rzadko operował metaforami tak wysublimowanymi jak bohaterowie jego romantycznych ballad. Może i w postaci granej przez Joeya Bateya jest sporo slapsticku, ale mnie osobiście nie przeszkodziło to co najmniej kilka razy szczerze się zaśmiać, kiedy bard o niewyparzonym języku kolejny raz się rozgadał. Przewidywalne? Tak. Mało wyszukane? Tak. Ale w gruncie rzeczy całkiem zabawne.

Toss a coin to your witcher...
Ja wiem, że to brzmi kiczowato, a pod względem muzycznym nie jest to żaden majstersztyk. Tyle że naprawdę zapada w pamięć. 30 milionów wyświetleń na YouTubie mówi zresztą samo za siebie. To jeden z tych motywów, do słuchania których raczej nie przyznamy się znajomym z Akademii Muzycznej, ale kiedy w pobliżu nie będzie nikogo, kto mógłby spojrzeć na nas z politowaniem, włączymy soundtrackową guilty pleasure i zanucimy:
Toss a coin to your witcher...
Polska wersja niby nie brzmi źle, ale nie ma, niestety, viralowego potencjału oryginału, dlatego w głowie kołacze mi się nie Grosza daj wiedźminowi, a właśnie:
Toss a coin to your witcher
O’ Valley of Plenty.
O AUTORZE
Wiedźmińską sagę przeczytałem jeszcze przed premierą pierwszej gry. Nie stała się ona wprawdzie od razu moim ulubionym cyklem fantasy (to miejsce zajmuje od dawna Księga Nowego Słońca Gene’a Wolfe’a), ale zapoczątkowała trwającą od lat fascynację światem Geralta, Yennefer i Ciri. Gry bardzo mi się podobały – szczególnie późniejsze akty „jedynki” i cała „trójka” (druga część jakoś nie zapadła mi szczególnie w pamięć), ale w moim odczuciu, chociaż niemal idealne jako produkcje niezależne, nie do końca oddawały klimat oryginału. Lepiej zrobił to serial Netflixa. W przeciwieństwie do niektórych koleżanek i kolegów z redakcji nie uważam nowego Wiedźmina za dzieło dobre, tylko za genialne. Swoją sympatię muszę jednak zweryfikować obiektywną analizą – a ta wykazuje, że mimo świetnie nakręconych scen sama historia miała dużo dziur. Z całym szacunkiem dla produkcji Lauren Schmidt Hissrich – ze względu na ogromne oczekiwania wobec netflixowego Wiedźmina kilka błędów więcej mogłoby sprawić, że serial zakończyłby się po pierwszym sezonie. Na szczęście twórcom udało się ocalić go od katastrofy. Czasem granica pomiędzy wirtuozerią a kiczem jest bardzo cienka.
