- 8 rzeczy, które uchroniły Wiedźmina od katastrofy
- Techniczna realizacja walk
- Kostiumy (z jednym wyjątkiem)
- Renfri
- Calanthe, czyli najgroźniejsza (i najmłodsza) babcia Wiedźmina
- Klimaaaatyczna walka ze strzygą
- Origin Yennefer
- Wiecznie młody, ale całkiem śmieszny Jaskier
Renfri

Jednego nie mogę Lauren Schmidt Hissrich wybaczyć – skoro i tak tyle wątków zostało zmienionych w stosunku do książkowego oryginału, dlaczego nie stało się tak z Renfri? Akurat postać grana przez Emmę Appleton to jeden z najjaśniejszych elementów pierwszego sezonu. Nie dość, że to bohaterka świetnie pomyślana pod względem fabularnym, to jeszcze nieznana szerszej publiczności aktorka wykorzystała swoje pięć(dziesiąt) minut w stu procentach. W zasadzie mogłaby ona z powodzeniem zastąpić Triss Merigold, której w grach „Redzi” nadali podobny rys charakterologiczny.
Sama Renfri to postać bardzo niejednoznaczna. Urodzona na zamku i ciesząca się przywilejami księżniczki została jednak uznana za potwora, pomiot powstały w wyniku klątwy. Zbir, który miał dziewczynę zabić, zamiast wykonać zlecenie – okradł ją i zgwałcił. Porzucona i upokorzona dziewczyna zmuszona była radzić sobie sama, z czasem gromadząc wokół siebie bandę wędrownych zbirów i – delikatnie rzecz ujmując – nie najłagodniej obchodząc się z przeciwnikami. Kim więc jest Renfri – oprawcą czy ofiarą? A może jednocześnie jednym i drugim? Twórcy świetnie poprowadzili ten wątek, pokazując rozterki próbującego zachować neutralność Geralta i determinację Renfri.
Chociaż wiedźmin jest zmuszony zabić ją i jej bandę w starciu na ulicach Blaviken, dziewczyna pojawia się w późniejszych odcinkach. Niestety, jedynie jako wspomnienie. I chociaż była to ledwie krótka scena, oglądało się ją lepiej niż kilka znacznie bardziej rozbudowanych wątków. Zważywszy na to, jak wielką popularnością cieszy się wśród fanów ta postać, być może w drugim lub trzecim sezonie w jakiś sposób powróci jednak do życia. W końcu to serial fantasy, więc czemu nie?
