Recenzja Castlevania: Belmont’s Curse. Klasyka wraca w nowoczesnym wydaniu i bierze najlepsze pomysły od swoich następców
Fani Castlevanii czekali długie lata na kolejną, pełnoprawną odsłonę serii. Na szczęście Belmont's Curse pokazuje, że ta pionierska dla gatunku seria może wywalczyć dla siebie miejsce w nowej rzeczywistości.
Recenzja powstała na bazie wersji PC.
Po latach wydawania portów, edycji zbiorczych, współprac z innymi grami oraz występach w innych mediach, seria Castlevania powraca w ramach nowej, pełnoprawnej odsłony. Czy Castlevania: Belmont’s Curse rozbudzi na nowo miłość weteranów marki i przyciągnie do zabawy nowe pokolenie graczy? Czy może uwspółcześniona formuła zabawy nie spisze się w tym wiekowym cyklu? Zapraszamy do naszej recenzji.
Paryskie wakacje z wampirami w tle
Jest rok 1499. Do Paryża przybywa najmłodsza przedstawicielka rodu zabójców wampirów – Rose Belmont. Stolica Francji opanowana została przez demoniczne siły, a wszystkie znaki wskazują na to, że wkrótce może dojść do ponownego nadejścia mrocznego Lorda Draculi, pokonanego wiele lat wcześniej przez ojca protagonistki, Trevora. Postawiona w trudnej sytuacji Rose zmuszona jest do przemierzenia Paryża wzdłuż i wszerz, walki z poplecznikami Draculi oraz zmierzenia się z tytułową klątwą ciążącą na niej od urodzenia.

Cześć pokonanych bossów dołącza do Rose podczas jej wyprawy.Castlevania: Belmont’s Curse, Evil Empire / Motion Twin / Konami, 2026.
Fabuła najnowszej opowieści o wampirach i łowcach nie należy do najbardziej innowacyjnych i raczej nie stanowić będzie głównej motywacji do pokonywania kolejnych poziomów miasta i zamku wampirzego lorda. Pomimo swoich dość prostych założeń, opowieść przedstawiona została jednak w przyjemny, nienarzucający się sposób. Narracja sprawnie żongluje motywami zemsty, dziedzictwa oraz walki z samym sobą, zachowując zdrową dawkę patosu, który pasuje do klimatu historii opartej na walce ze złym lordem wampirów.
Nośnikiem narracji w Belmont’s Curse są przede wszystkim krótkie dialogi na silniku gry oraz opisy przedmiotów znajdowanych podczas eksploracji. Ciekawym rozwiązaniem fabularnym jest również to, że część bossów po walce dołącza do protagonistki w formie kart tarota. Rozmowy z nimi mogą na kolejnych etapach rozwijać pewne wątki, służyć jako porady lub być nośnikami złośliwych żartów. Wszystko to jednak zaimplementowane zostało do gry w sposób na tyle elegancki i subtelny, że na żadnym etapie nadmierna ekspozycja nie gryzła się z tempem rozgrywki.
Gra posiada więcej niż jedno zakończenie. Odkrycie wszystkich finałów opowieści może być dla niektórych zachętą do dokładniejszej eksploracji i angażowania się w poboczne aktywności.
Zamykając temat narracji, wspomnę jeszcze, że weterani marki powinni być zadowoleni z faktu, że nowa gra rozbudowuje mitologię serii, wprowadzając do narracji postacie i motywy kojarzone z innych części Castlevanii, uzupełniając tym samym timeline wieloletniej opowieści o rodzie łowców wampirów. Równie ciekawe są również nawiązania do rzeczywistych osób oraz wydarzeń z historii - zwróćcie szczególnie uwagę na tożsamość jednego z pierwszych bossów, która może nieco zaskoczyć...
Historia Rose to prosta, ale przyjemnie przedstawiona opowieść, która urozmaica kolejne etapy rozgrywki. Prawdziwa siła nowej Castlevanii kryje się jednak gdzie indziej.
Sprawdzian dla mózgu i palców
Castlevania: Belmont’s Curse to... cóż... metroidVANIA w formule dwuwymiarowej platformówki. Co jednak dość zabawne, współczesna iteracja klasycznej serii zapożyczyła sporo po spadkobiercach gatunku, który przed laty pomogła uformować.

Z czasem umiejętne nawigowanie po polu bitwy okaże się kluczowe.Castlevania: Belmont’s Curse, Evil Empire / Motion Twin / Konami, 2026.
Pierwsze, co uderza po rozpoczęciu rozgrywki to motoryka postaci. Rose porusza się z dużą gracją, a responsywne sterowanie sprawia, że akcje gracza niemal od razu znajdują swoje odzwierciedlenie na ekranie. W nowej grze mocno czuć doświadczenie deweloperów pracujących nad dynamicznym Dead Cells oraz ogólny kierunek w gatunku reprezentowanym współcześnie przez gry takie jak Hollow Knight, seria Ori czy niedawny Prince of Persia: The Lost Crown. To już nie czasy sztywnego, ośmiobitowego Simona, przy którym każdy skok trzeba było precyzyjnie wymierzyć i zaplanować. W Belmont’s Curse zdecydowanie bardziej liczy się refleks, zręczność oraz dobra znajomość mechanik, umiejętności postaci oraz właściwości przeciwników i mapy.
Zgodnie z założeniami gatunku, Rose rozpoczyna grę ze skromnym wyposażeniem oraz podstawowym zestawem umiejętności. Wraz z kolejnymi przebytymi poziomami oraz pokonanymi przeciwnikami otrzyma jednak dostęp do kolejnych skilli oraz narzędzi, które pozwolą jej odwiedzić niedostępne wcześniej lokacje. A tych jest naprawdę sporo. Świat gry składa się z kilku rozbudowanych, wielopoziomowych biomów, z których każdy kryje w sobie zestaw pomniejszych lokacji, tajnych przejść, sekretnych pomieszczeń i skrótów. Pierwsze przejście gry, nawet bez przesadnego angażowania się w zaliczanie wszystkich wyzwań i znajdziek, powinno przeciętnemu graczowi zająć kilkanaście godzin.

Wskazówki na temat bossów pomagają w zlokalizowaniu ich siedziby.Castlevania: Belmont’s Curse, Evil Empire / Motion Twin / Konami, 2026.
Aspekt eksploracji w grze urozmaicony został dodatkowo o elementy logiczno-detektywistyczne. Każdy z kilkunastu bossów reprezentowany jest w menu pauzy jako karta. Dokładnie eksplorując świat gry, natkniemy się na porozrzucane gdzieniegdzie poszlaki związane z kolejnymi adwersarzami, które zaktualizują następnie status każdego z przeciwników. Wskazówki sugerują, gdzie szukać każdego z bossów, jak z nimi walczyć lub nawet w jakiej kolejności warto podchodzić do walki z poplecznikami Draculi. System ten w ciekawy sposób łączy w sobie przyjemne zagadki logiczne oraz test umiejętności i spostrzegawczości grającego.
Tak przynajmniej wygląda to przez większość czasu. Mniej więcej w połowie gry docieramy bowiem do momentu, w którym natłok wskazówek i nowych ścieżek wywołać może lekki paraliż wyboru. Sam spotkałem się z sytuacją, w której wykonałem część aktywności nieco poza kolejnością, przez co przeoczyłem istotną zagadkę środowiskową związaną z jednym z bossów. Ponad godzina bezowocnego pałętania się po całej mapie uświadomiła mi, że wolałbym, żeby Belmont’s Curse miejscami nieco wyraźniej sugerowało graczowi, czym warto zająć się w następnej kolejności.

Bossowie cechują sie dużą różnorodnością.Castlevania: Belmont’s Curse, Evil Empire / Motion Twin / Konami, 2026.
Eksploracja i platforming to jednak tylko część zabawy. Kolejnym elementem są starcia z potworami, których zdecydowanie w nowej Castlevanii nie brakuje.
Zręcznościowy model walki opiera się na kilku zasadniczych elementach. Główna broń Rose może być wybierana spośród 6 klas różniących się od siebie działaniem: miecz i tarcza blokują część ataków, lancą można rzucać, rękawice bojowe zadają bonusowe obrażenia proporcjonalne do długości serii ciosów itd. Oręż działa zarówno na ziemi, jak i w powietrzu, a odpowiednimi wychyleniami analoga wyprowadzać można ataki kierunkowe.
Rose posiada także linę, dzięki której może przyciągać się do wrogów lub zainstalowanych na mapach kotwic. To w połączeniu z umiejętnością wślizgu sprawia, że walki cechują się dużą dynamicznością i zmuszają gracza do właściwego pozycjonowania się na arenie walki.
Każdy pokonany boss to również nowe zaklęcie (nazywane Arcanami). Te potężne umiejętności wprowadzają do systemu dodatkową zmienną, której prawidłowe wykorzystanie stanowić może miejscami o zwycięstwie lub porażce.
Wreszcie, do gry wchodzą również relikty, czyli specjalne przedmioty oferujące modyfikatory takie jak bonusowe obrażenia, wzmocnienie napojów leczących lub szybszą regenerację many. Artefakty te porozrzucane są po świecie gry i najczęściej stanowią nagrodę za odkrycie sekretnego pomieszczenia lub pokonanie trudnej sekwencji platformowej.

Mój ulubiony zestaw to kombinacja ciężkiego miecza i krzyży do rzucania.Castlevania: Belmont’s Curse, Evil Empire / Motion Twin / Konami, 2026.
Wszystkie te elementy łączą się w zaskakująco rozbudowany i elastyczny system zachęcający do eksperymentowania i poszukiwania swojego własnego buildu. Stały napływ nowych zaklęć, broni i artefaktów z modyfikatorami sprawiał, że z przyjemnością testowałem kolejne rozwiązania. Pomagało to powstrzymać nudę i powtarzalność nawet w momencie, w którym gra zaczęła żonglować podobnymi do siebie wariacjami tych samych przeciwników.
A eksperymentowanie z arsenałem najprawdopodobniej okaże się konieczne, ponieważ nowa Castlevania potrafi być wściekle trudna. Gra nie oszczędza w środkach, rzucając w stronę Rose całe bataliony przeciwników, niejednokrotnie zamykając na czas walki pomieszczenie do momentu, w którym gracz nie „wyczyści” całego ekranu z niemilców.
Strategia ta przenosi się także na bossów. Niemal każdy duży przeciwnik ma jakąś swoją unikalną mechanikę, która zmusza do wykorzystania zdobytych wcześniej umiejętności i strategicznego podejścia do walki. Na późniejszych etapach normą stają się również dodatkowe fazy, koszmarnie szybkie ataki, które trzeba nauczyć się rozpoznawać po animacjach oraz liczby pocisków, których nie powstydziłyby się niektóre bullet helle.
Belmont’s Curse to trudna i okrutna gra, ale uczciwa w ramach swoich założeń. Nagradza spostrzegawczość, cierpliwość i zaradność nieprawdopodobną satysfakcją, gdy w końcu uda nam się rozgryźć mechanikę, pokonać trudnego bossa lub zaliczyć wyjątkowo długą sekcję platformową. Przyczepiłbym się w tym kontekście tylko do jednej konkretnej rzeczy. Rozłożenie pokojów z regeneracją i zapisem zakrawało miejscami na designerską złośliwość. Choć zdaję sobie sprawę, że umiejętność szybkiego pokonywania tych samych tras w metroidvanii powinna być nagrodą samą w sobie, tak drałowanie do komnaty z bossem po każdej śmierci potrafiło miejscami doprowadzić do szewskiej pasji.
Dopasuj sobie wyzwanie

Konfigurowalne ustawienia poziomu trudności.Castlevania: Belmont’s Curse, Evil Empire / Motion Twin / Konami, 2026.
Jestem dużym zwolennikiem trendu wprowadzania do gier konfigurowalnych ustawień trudności. Tym bardziej cieszy mnie obecność specjalnego trybu dostępności w Belmont’s Curse, który pozwala dostosować poziom wyzwania płynący z zabawy.
Opcje takie jak ta pozwalają mniej doświadczonym graczom na nacieszenie się grą w swoim własnym tempie, a odbiorcy oczekujący wyzwania nie muszą w ogóle zaglądać do wspomnianych ustawień. Duży plus dla deweloperów za integrację tej opcji.
A jak to wygląda i brzmi?

Szczegółowość i charakter poszczególnych lokacji robią wrażenie.Castlevania: Belmont’s Curse, Evil Empire / Motion Twin / Konami, 2026.
Na koniec warto wspomnieć jeszcze o warstwie audiowizualnej gry, która w mojej opinii prezentuje się naprawdę efektownie.
Demoniczny Paryż zachwyca różnorodnością krajobrazów - od mrocznych katakumb miasta, przez zielony cmentarz, aż po pełną zębatek i mechanizmów wieżę zegarową. Wszystko skąpane jest wręcz w specyficznej, gotyckiej estetyce wzmacnianej przez designy lokacji i przeciwników oraz dodające głębi elementy 2,5D. Nieco kreskówkowy, wyrazisty charakter całości zdaje się zresztą sugerować, że projektanci mogli mocno inspirować się kierunkiem serii wyznaczonym przez serial Netflixa (widać to mocno zwłaszcza w portretach postaci). Choć to zapewne kwestia mocno indywidualna, to styl ten mocno przypadł mi do gustu i z chęcią zobaczyłbym jego kontynuację w kolejnych grach z cyklu.
W warstwie audio dominują wyraziste syntezatory nadające ton każdej odwiedzanej lokacji. Dobrze oddają klimat serii, miejscami powracając nawet do klasycznych melodii (tak, jest Vampire Killer). Chciałoby się jedynie, żeby miejscami muzyka była nieco bardziej różnorodna. Gdy spędzamy dużo czasu w jednej lokacji, powtarzająca się melodia może z czasem nieco znużyć.
Jeżeli chodzi o technikalia, to nie natrafiłem na większe problemy. Na palcach jednej ręki mogę policzyć sytuację, w której silnik nieprawidłowo wykrył kolizję z elementem otoczenia. Cieszy również obecność dość niskich wymagań sprzętowych, co pozwoli cieszyć się grą nawet na skromniejszych konfiguracjach.
Podsumowanie
Po kilkunastu godzinach z najnowszą Castlevanią stwierdzam z radością, że serii udało się znaleźć nowy pomysł na siebie. Nowożytny kontekst gatunku, który niegdyś sama pomagała zdefiniować, pasuje do cyklu o wampirach jak ulał. Właściwie moim głównym zarzutem do Belmont’s Curse jest to, że pozostaje TYLKO bardzo dobrym przedstawicielem swojego gatunku. Ostatecznie chyba zabrakło mi tutaj jakiegoś dodatkowego twistu, który wyróżniłby ją na tle podobnych produkcji. Ale ufam, że po tym nowym, udanym rozdaniu marka znajdzie w sobie siły, by zaskoczyć przy okazji kolejnych odsłon.
Raczej staram się nie poruszać w recenzjach aspektu cen gier, bo te często zależą od różnych czynników (platforma, dystrybutor, czas od premiery). Gdy jednak widzę cenę niecałych 130 zł w wersji na Steam za tak przyjemny, dopracowany i NOWY tytuł ze znanej marki, trudno mi nie zwrócić na to uwagi. Jeżeli szukacie wymagającej i wciągającej produkcji na długie jesienne wieczory, to być może właśnie trafiliście na idealną kandydatkę.
- responsywne sterowanie;
- satysfakcjonujący model walki;
- system wyposażenia zachęcający do zabawy i eksperymentowania;
- piękna, stylizowana oprawa graficzna;
- prosta, ale przyjemna fabuła;
- wysoki, dobrze zaprojektowany poziom trudności.
- kolejność wykonywania zadań może być nieco konfundująca;
- irytujące rozłożenie pokojów zapisu;
- muzyka, choć przyjemna, to bywa monotonna;
- brak polskiej wersji językowej.
Egzemplarz gry do recenzji otrzymaliśmy bezpłatnie od firmy Swipe Right. Nasze zasady recenzowania gier oraz opis skali ocen znajdziesz tutaj.
Castlevania: Belmont’s Curse
1
Castlevania: Belmont’s Curse
Castlevania: Belmont’s Curse to udany powrót serii, łączący responsywne sterowanie, satysfakcjonującą walkę i rozbudowane możliwości eksperymentowania z wyposażeniem z piękną, gotycką oprawą. Wysoki, ale przeważnie uczciwy poziom trudności nagradza cierpliwość i pomysłowość, choć niekiedy niejasna kolejność zadań i rozmieszczenie punktów zapisu potrafią zirytować. Moim głównym zarzutem do Belmont’s Curse jest to, że pozostaje TYLKO bardzo dobrym przedstawicielem swojego gatunku: to dopracowana, wciągająca metroidvania, która z powodzeniem wprowadza Castlevanię we współczesność.