- Tanie gry – tak. Ale czy dobre? Mroczna przyszłość pod znakiem abonamentów
- Znikanie gier z usługi
- Model Netflixa
- Jedna wielka usługa
- Atak DLC
- Tylko online
Model Netflixa
Analizując rynek VoD, możemy zauważyć, że różne firmy do produkcji materiałów na wyłączność podchodzą w odmienny sposób. HBO GO i Amazon Prime Video zdają się stawiać na jakość – w ciągu roku w ofercie tych serwisów pojawia się stosunkowo niewiele własnych filmów i seriali, ale są to produkcje o wysokiej jakości technicznej i wyrazistej tematyce. Często okazują się również po prostu dobrymi tytułami.
Netflix tymczasem od dłuższego czasu stawia przede wszystkim na ilość. Każdego miesiąca do usługi tej trafia po kilkadziesiąt filmów i sezonów seriali. Znakomita większość z nich to kompletne średniaki o raczej niskim budżecie, na dodatek tworzone wedle konkretnych wytycznych, przez które – mimo pozornie różnych ram gatunkowych czy założeń fabularnych – mają sporo cech wspólnych i zlewają się w jedną wielką masę przeciętności. Raz na jakiś czas wśród tych szablonowych produkcji trafia się prawdziwa perełka, ale nie dzieje się to tak często, jak byśmy sobie tego życzyli. Ponadto netflixowe seriale nie mają długiego życia – nawet te najlepsze z reguły kończą się na trzech, czterech sezonach, po góra 13 odcinków każdy.
Strategia ta wygląda tak, a nie inaczej, gdyż ukierunkowana jest przede wszystkim na zachęcenie do korzystania z usługi jak największej liczby nowych abonentów. Kolejne sezony nawet świetnie przyjętych produkcji głównie podtrzymują zainteresowanie osób już przekonanych, niespecjalnie radząc sobie z przyciąganiem nowych widzów, którzy – gdyby na tę konkretną ofertę reflektowali – skorzystaliby już zapewne za pierwszym, drugim, ostatecznie trzecim razem, a nie przy premierze siódmego sezonu. Nowości potrafią natomiast przykuć uwagę kogoś, kto wcześniej nie został proponowanymi przez Netflix tytułami kupiony, jednocześnie będąc wciąż atrakcyjną ofertą dla stałych abonentów. Gdy świeżych pozycji jest tak wiele, jakość przestaje być aż tak istotna – ważniejsza staje się różnorodna tematyka, by każdy miał szansę znaleźć coś dla siebie.

Mimo że obecnie w naszej branży dominują sequele, istnieje możliwość (choć wydaje się to nieprawdopodobne), że abonamenty growe z czasem również poszłyby w podobnym kierunku co Netflix. Produkując tytuły na wyłączność, stawiano by bardziej na przyciągające nowych odbiorców świeże marki niż na utrzymujące zainteresowanie jednej bazy graczy tasiemce. Zanim, zmęczeni mieleniem kolejnych „Asasynów” czy Call of Duty, zakrzykniecie „HURRA!”, zwrócę uwagę, że takie podejście nie jest wybiórcze i nie ograniczyłoby się akurat do tych marek, za którymi nie przepadamy. Każdy z nas ma jakieś ulubione serie, do których chętnie wraca przy okazji nowych odsłon – w takim wypadku musiałby się z nimi pożegnać.
Podobnie zresztą jak z grami AAA na wyłączność wyznaczającymi trendy dla całej branży – zamiast wybitnej jakości nagle ważniejsza mogłaby stać się duża ilość i różnorodność dostępnych tytułów. Właściwie to jeśli spojrzymy na część gier na wyłączność Microsoftu z ostatnich lat, jak chociażby State of Decay 2, Sea of Thieves, ReCore czy Crackdown 3, da się zauważyć pewien zalążek takiego podejścia. Dotąd przynosiło ono średnie rezultaty, ale przecież wciąż jeszcze jesteśmy na etapie raczkowania Game Passa, a i liczba studiów produkujących dla Microsoftu gry dopiero zaczyna rywalizować z konkurencją z Sony.
