Turecki rząd rozważa wprowadzenie przepisów, które zrównałyby Steama, PS Store i inne cyfrowe sklepy z lokalnymi dystrybutorami gier, co jednak budzi niechęć tamtejszych graczy.
Steam, PlayStation Store i inne cyfrowe platformy sprzedające gry mogą być zmuszone do powołania lokalnych przedstawicieli w Turcji pod groźbą de facto utracenia tamtejszych graczy.
Gry wideo jako poważny rynek istnieją od wielu dziesięcioleci, lecz można odnieść wrażenie, że dopiero w ostatniej dekadzie prawodawcy zaczęli uważniej przyglądać się co bardziej nietypowym aspektom tego segmentu rozrywki. Dość rzucić okiem na kwestię mikropłatności (również w Polsce), a także inicjatywę „Stop Killing Games” czy nawet perypetie związane z patentami.
Podobne prawne turbulencje nie ominęły Steama. Firma Valve stała się obiektem pozwu zbiorowego w ramach walki Epic Games z marżą 30%, celem ataku „patentowych trolli” (jak to ujęła sama firma), a także ważnym bohaterem w sprawie generatywnego AI w grach. Najwyraźniej spółka Gabe’a Newella nie uniknie też zaangażowania w inną prawną kontrowersję.
Jak zauważyli użytkownicy Reddita, pod koniec stycznia dziennik Tukrieye Today doniósł o nowym projekcie tureckiego Ministerstwa Rodziny i Spraw Socjalnych. Ten może sprawić, że Steam, Epic Games Store i inne platformy dystrybucji cyfrowej gier (także Sony i Microsoftu) mogą stracić 90% ruchu od użytkowników z Turcji, jeśli nie podporządkują się tym regulacjom.
To na razie tylko propozycja, która jest w trakcie weryfikacji przez urzędników ministerstwa oraz komitetów parlamentarnych. Jej założenia są proste: w ramach nowego prawa platformy, które generują pewien próg aktywności, uznane zostałyby za lokalnych „dystrybutorów gier”, a więc takich, którzy muszą mieć swoich przedstawicieli na terenie Turcji.
Nie byłby to zupełny precedens. Podobny nakaz wprowadzono dla mediów społecznościowych. Jednakże to tylko dodatkowy powód, dla którego sprawa budzi spore kontrowersje – obok faktu, że traktowanie globalnego systemu dystrybucji jako „lokalnego” biznesu brzmi nieco kuriozalnie. Tureccy gracze, influencerzy oraz youtuberzy sprzeciwiają się temu projektowi w ramach kampanii #OYUNUMADOKUNMA, czyli „Nie tykajcie naszych gier”. Głos w sprawie zabrali także twórcy oraz programiści.
Przepisy, które zatwierdzono w 2025 roku i wprowadzono w życie od stycznia, również wymagają powołania „lokalnych przedstawicieli” dla dużych portali społecznościowych (powyżej miliona użytkowników) w trosce o „bezpieczeństwo narodowe, porządek, zdrowie publiczne i tym podobne względy interesu publicznego”. W praktyce chodzi o możliwość kontaktu ze strony rządu, który może też (na mocy wcześniejszych ustaleń) zablokować do 90% ruchu sieciowego dla danych platform. Jak wskazuje serwis Bianet, tak zrobiono w marcu zeszłego roku, kiedy to X, YouTube, Instagram i inne social media pozostawały praktycznie niedostępne w Turcji.
Oczywiście powołanie lokalnych spółek reprezentujących media wymagałoby uzyskania zgody rządu na funkcjonowanie (dokładniej: BTK – organu nadzorującego kwestie związane z komunikacją i obiegiem informacji). Co, jak łatwo zgadnąć, wymaga nie tylko uiszczenia stosownej opłaty, ale też podporządkowania się lokalnym regulacjom prawnym i decyzjom pod groźbą grzywny oraz ograniczenia przepustowości nawet o 95%.
W tym kontekście łatwo zrozumieć, dlaczego reakcje tureckich graczy wychodzą poza typowe – tak to ujmijmy – antysystemowe tendencje internautów. Otwarto nawet petycję w tej sprawie, która szybko zyskała spore poparcie: w chwili publikacji tego tekstu podpis złożyło już prawie 150 tysięcy osób.
Obawy graczy dotyczą przede wszystkim potencjalnej cenzury, tj. wymuszania usuwania gier i treści, które nie spodobają się tureckim władzom, a także – jak w Niemczech – ograniczenia sprzedaży gier bez przyznanej klasyfikacji wiekowej (przy czym w planach ma być opracowanie lokalnego systemu), co uderzyłoby w niezależnych twórców. Do tego BTK może zażądać uzyskania „wszelkich informacji”, co – zdaniem części uczestników akcji – może nawet oznaczać przekazywanie danych użytkowników.
W międzyczasie grupa zaniepokojonych graczy spotkała się z Mahinur Ozdemir, Minister Rodziny i Spraw Socjalnych. Ta miała zapewnić zebranych, że celem nowych przepisów nie jest „wprowadzenie zakazu” i ograniczania „ducha przedsiębiorczości” tureckiej młodzieży. Dlatego też minister obiecała ponownie spotkać się z przedstawicielami branży gier w celu wprowadzenia stosownych poprawek (via Old But Gamer w serwisie X). Co, jak domagają się internauci, powinno uwzględniać jasną definicję, które treści BTK uzna za „ryzykowne” i tym samym wymagające interwencji.
Choć sama sprawa nie ma związku z polską walką o uczciwe ceny w złotówkach na Steamie, można się zastanawiać, czy taki „lokalny” przedstawiciel Valve w Polsce nie ułatwiłby dotarcia do właściciela platformy. Przypomnijmy, że sprawa ciągnie się już od około 2 lat, a w zeszłym roku udało się pozyskać poparcie Urzędu Ochrony Konkurencji i Konsumentów. Niestety, na razie rodzimi gracze wciąż muszą sami informować twórców, że polskie ceny nie powinny być o wiele wyższe niż w euro i w dolarach.
Dziękujemy za przeczytanie artykułu.
Ustaw GRYOnline.pl jako preferowane źródło wiadomości w Google

Autor: Jakub Błażewicz
Ukończył polonistyczne studia magisterskie na Uniwersytecie Warszawskim pracą poświęconą tej właśnie tematyce. Przygodę z GRYOnline.pl rozpoczął w 2015 roku, pisząc w Newsroomie growym, a następnie również filmowym i technologicznym (nie zabrakło też udziału w Encyklopedii Gier). Grami wideo (i nie tylko wideo) zainteresowany od lat. Zaczynał od platformówek i do dziś pozostaje ich wielkim fanem (w tym metroidvanii), ale wykazuje też zainteresowanie karciankami (także papierowymi), bijatykami, soulslike’ami i w zasadzie wszystkim, co dotyczy gier jako takich. Potrafi zachwycać się pikselowymi postaciami z gier pamiętających czasy Game Boya łupanego (jeśli nie starszymi).