
Resident Evil (1996) (7) i Resident Evil Remake (8). Po tym fiasku, jakim były Mroczne Zakątki Świata, zabrałem się z a tzw. comfort food. Padło na Resident Evil (96). Grało się świetnie i skończyłem je trzy razy. Podczas gry przyszło mi do głowy, że to dobry moment by zabrać się ponownie za remake. I podobnie jak w przypadku Call of Cthulhu sprawdzić czy moja negatywna opinia ulegnie zmianie. Nie uległa. Audio wizualnie remake w przeciwieństwie do swojego protoplasty prezentuje się nadal świetnie (chociaż braku charakterystycznej muzyki nie rozumiem), to nie tu tkwi problem. To co kładzie cały tytuł to dziwne podejście Capcom do rozwiązywania "zagadek". Wszystko jest tu rozciągnięte do przesady. W kampanii Chrisa w (og) dwa ważne klucze zdobywamy w 15min, tu trwa to ok. 40 min. Albo mamy pomieszczenie z dwoma pokojami. Jeden pokój jest zamknięty, a drugi otwarty. W tym otwartym jest klucz (jednorazowego użytku) do drzwi tego zamkniętego. Why Capcom? Why!? Albo korba do opróżnienia sadzawki. W oryginale leży sobie ona na półce. W remaku zamiast tej półki są drzwi. Za którymi należy udać się na spacer do chaty ogrodnika czy grabarza. Nic po za tą korbą w tej chacie nie znajdujemy, ani podczas drogi do niej. Po co to wszystko tak wydłużać. Przez te sztuczne rozciągnięcia tylko się człowiek błąkał po całej posiadłości w poszukiwaniu "klucza" do drzwi pod schodami. Ktoś powie, że jak się nie zna rozwiązań w wersji z 96 to też się będzie tak błąkać. To prawda, ale to jest magia tego tytułu. Gdy się nauczysz odpowiedzi (a zrobisz to po pierwszym przejściu) to w tym momencie zaczyna się robić zabawa. Stawiasz sobie cele, czy ukończę grę w 2 godziny, czy zrobię to bez zapisywania gry. Tu o tym się nawet nie pomyśli, bo to zbyt duży pożeracz czasu. Niecałe 6 godzin i to z posiadaną jakąś szczątkową wiedzą. Nie opłaca się też tego przechodzić powtórnie, bo to co odblokowujemy to śmiech na sali. A za tryb Real Survival ktoś powinien ich postawić przed sądem.
Capcom chciało zjeść ciastko (czyli wprowadzić zmiany, by weterani nie czuli że grają w to samo) i mieć ciastko (a jednocześnie nie ruszać niczego, by wszyscy poczuli się jak w domu). Przykro mi Capcom, ale tak się nie robi.

Czyli nikt nie oglądał finału tego serialu, to ciekawe. To może, chociaż pierwszy odcinek ktoś widział.

11 - Scott P.
6 - r_ADM
5 - PersonifikacjaCienia
4 - mohenjodaro, trumpf
3 - Drenz, tomazzi
2 - Deton,
1 - Benekchlebek, Fett, Wujek Face S., zielele

10 - Scott P.
4 - mohenjodaro, r_ADM, PersonifikacjaCienia
2 - Trumpf, Deton, Drenz
1 - Benekchlebek, Fett, Wujek Face S.

9 - Scott P.
4 - mohenjodaro, r_ADM
3 - PersonifikacjaCienia,
2 - Trumpf, Deton, Drenz
1 - Benekchlebek, Fett, Wujek Face S.

8 - Scott P.
4 - mohenjodaro
3 - r_ADM, PersonifikacjaCienia,
2 - Trumpf, Deton, Drenz
1 - Benekchlebek, Fett, Wujek Face S.
Tygrysy Europy
PS
Jakby się okazało, że to poprawna odpowiedź to oddaje kolejkę.

6 - Scott P.
3 - mohenjodaro
2 - PersonifikacjaCienia, Trumpf, Deton
1 - Benekchlebek, Fett, r_ADM, Wujek Face S., Drenz

5 - Scott P.
2 - PersonifikacjaCienia, mohenjodaro
1 - Benekchlebek, Fett, r_ADM, Wujek Face S.

4 - Scott P.
2 - PersonifikacjaCienia,
1 - Benekchlebek, mohenjodaro, Scott P, Fett, r_ADM

3 - Scott P.
1 - Benekchlebek, mohenjodaro, Scott P, Fett, PersonifikacjaCienia, r_ADM

Call of Cthulhu: Dark Corners of the Earth (Porzucona). Tak porzuciłem tego gniota zaraz przed jego końcem. Zagrałem w to to, by skonfrontować moją starą opinię na jego temat. Była ona negatywna, teraz jest ona ekstremalnie negatywna. Naprawdę nie wiem jak można tak spieprzyć podstawowe mechaniki gry. Te mechaniki które mają cię prowadzić do jej końca. Wszystko tu sobie można wsadzić w tyłek.
Poczynając od naszego zblazowanego bohatera (porcelanową lale). Koleś jest w stanie połamać sobie nogi po skoku z taboretu. Jego prędkość poruszania jest wolniejsza od przeciętnego żółwia. Był policjantem a ma problemy z celowaniem. Mamy tu sekwencje skradankowe, ale nie warto sobie nimi zawracać głowy. W większości przypadku można je olać. Pomaga w tym sztuczna inteligencja przeciwników która stoi na niskim poziomie. Mamy drobne zagadki, ale konia z rzędem temu kto za pierwszym razem jest w stanie rozróżnić co jest interaktywne, a co nie. Które przedmioty można podnieść, a które nie. Do tego brak możliwości zapisu stanu gry kiedy się chce. I żeby nie można było przewinąć cut scenek. Słuchać w koło Wojtek tych samych czerstwych dialogów po przegranej walce z bossem. A skoro o tym mowa te walki też są spieprzone. Jednego bydlaka z łajby trafiłem pięć razy i nic. A po kolejnych niekończących się próbach okazuje się że wystarczy go trafić trzy razy. No bo jak wiadomo trzy jest większe od pięciu. I ten otyły ostatni boss przy którym trzeba łazić w tej i z powrotem. Spóźnisz się i zaczynasz od nowa ten powolny marsz kaleki bohatera. I to jest moment w którym moja przygoda się skończyła, a konkretnie na ucieczce z jaskini. Gra nie pozwoliła mi stamtąd uciec.
Odrobinę rozumiem zamiłowanie do tego tytuł. Bo jak ktoś był w tamtym okresie spragniony takiej gry, to był w stanie jej wiele wybaczyć. Jak to mówią na bezrybiu i rak ryba. Albo był bardzo młody i wszystko mu się wtedy wydawało takie uuuuuu. No ale ja nie byłem, więc nie patrzę na to wszystko przez okulary z napisem nostalgia, nie jestem wstanie jej wybaczyć niedorobieństwa. Ktoś powie że pierwsza połowa gry jest lepsza od drugiej. A ja powiem czy ja wiem dla mnie są one na równi. Po prostu Innsmouth wydaje się ciekawszą lokacją od zapyziałej rafinerii czy dziury w ziemi.
To zabawne że do szaleństwa doprowadza w tej grze wszystko to co nie powinno.

Zagadka #49
13 pkt - Drenz,
10 pkt - PersonifikacjaCienia,
8 pkt - Scott P.
5 pkt- Bogas
3 pkt - zielele, mohenjodaro
2 pkt - Felipe
1 pkt - Abesnai, mr. Spark, Harry M, [Gammorin], Ognisty Cieniostwór,

Zagadka #47
13 pkt - Drenz,
10 pkt - PersonifikacjaCienia,
7 pkt - Scott P.
4 pkt- Bogas
3 pkt - zielele, mohenjodaro
2 pkt - Felipe
1 pkt - Abesnai, mr. Spark, Harry M, [Gammorin], Ognisty Cieniostwór,

Zagadka #41
13 pkt - Drenz,
9 pkt - PersonifikacjaCienia,
6 pkt - Scott P.
3 pkt - zielele
2 pkt - Felipe, mohenjodaro
1 pkt - Abesnai, Bogas, mr. Spark, Harry M, [Gammorin], mohenjodaro, Ognisty Cieniostwór

Zagadka #31
10 pkt - Drenz,
6 pkt - PersonifikacjaCienia,
5 pkt - Scott P.
3 pkt - zielele
2 pkt - Felipe
1 pkt - Abesnai, Bogas, mr. Spark, Harry M, [Gammorin]

Zagadka #29
10 pkt - Drenz,
5 pkt - PersonifikacjaCienia,
4 pkt - Scott P.
3 pkt - zielele
2 pkt - Felipe
1 pkt - Abesnai, Bogas, mr. Spark, Harry M, [Gammorin]

Zagadka #20
6 pkt - Drenz,
3 pkt - zielele, PersonifikacjaCienia, Scott P.
2 pkt - Felipe
1 pkt - Abesnai, Bogas, mr. Spark

Zagadka #16
5 pkt - Drenz,
3 pkt - zielele,
2 pkt - Felipe, PersonifikacjaCienia, Scott P.
1 pkt - Abesnai

Zagadka #11
3 pkt - Drenz,
2 pkt - Felipe, PersonifikacjaCienia,
1 pkt - Abesnai, zielele, Scott P.
Freedom Fighters (6). Kolejny quazi taktyczny szuter tylko tym razem z trzeciej osoby. I zamiast walki z robotami w odległej galaktyce, walczymy z Rosjanami na planecie Ziemia w miejscowości Nowy York.
Grając w to ciągle towarzyszy nam myśl, że czegoś w tym wszystkim brak i głowy nie dam sobie uciąć, ale pewnie za ten brak odpowiada EA.
Dobrze się strzela do okupanta, ale w sumie przez cały czas robimy to samo. Docieramy do masztu i zmieniamy czerwoną flagę na granatową. Po drodze zabijamy paru rusków i ewentualnie coś wysadźmy lub kogoś uratujmy. I tak przez całą grę. Przez to szybko wkrada się nuda i nie da się przejść tego za jednym posiedzeniem.
Fajnie że dowodzimy małym odziałem piechoty, którego liczbę można zwiększyć dzięki naszym heroicznym czynom. Ale w sumie jest to motłoch biegnący masą na przeciwnika. Nie można wydać konkretnego polecenia konkretnej osobie.
Niby są wodzowie tej Czerwonej Inwazji, ale nie ma z nimi bezpośredniej konfrontacji. Nie ma tu walk z bossami. Jest fabuła, ale nie spina tych misji w jakąś spójną całość. A na koniec mamy urwane zakończenie.
Za soundtrack odpowiada Jesper Kyd, ale z tych 18 utworów może w pamięci zapada trzy. Pewnie dlatego że są najczęściej wykorzystywane.
Pewnie ioi chciało te niedociągnięcia naprawić w sequelu, ale jak się robi taki średniak (nie z własnej winy, a może i z własnej) to nie można liczyć na zielone światło od takiego wydawcy jakim jest EA.
Star Wars: Republic Commando (5). Co wam powiem to wam powiem, że ta Wojna Klonów (która wcale nie musiała używać klonów by się tak nazywać) to najnudniejszy zmyślony konflikt w jaki grałem.
Mamy tu taktyczny FPS, w którym kierujemy odziałem klonów do zadań specjalny. I na całą grę wysłano tych debeściaków (którym inne klony dogryzają że są takie debeściaki) na trzy misję. Na piaszczystą planetę (z epizodu drugiego), na statek kosmiczny (zapchaj dziurę) i na planetę pełną drzew (z epizodu trzeciego). Nie ma tu fabuły która w jakiś sensowny lub ekscytujący sposób powiązałaby te misje ze sobą. A ten nasz Oddział Delta to typowi przedstawiciele swojej profesji, niemający nic do powiedzenia po za utartymi sloganami.
Broń (do której amunicji ciągle brakuje) jaką dostali ci nasi wojacy to jakieś nieporozumienie. Pistolet strzelający kapiszonami, karabin maszynowy którym nie jest się w stanie trafić w drzwi od stodoły, snajperka która jest efektywna tylko w ręku naszych współtowarzyszy i granatnik (?) z czterema granatami. O broniach specjalnych które pozostawiają czasem wrogowie nawet nie warto wspominać. A skoro o nich mowa to mamy tu stertę złomu (roboty znane z prequeli), owady które zbudowały Gwiazdę Śmierci i zielone ludziki (nie znam tej rasy). Nie grzeszą oni inteligencją i różnorodnością, ale za to są gąbkami na kule.
Jak pomyśle że ta gra kiedyś kosztowała 60$ to mi się nie dobrze robi. Jest wiele gier podobnych do tej np. Brothers in Arms czy Rainbow Six Vegas, które pokazują jak tego typu produkt powinien wyglądać. Można też było pójść inną drogą np. pierwszego Call of Duty czy Bad Company 2. W taką grę to bym sobie zagrał. A tak mamy to co mamy. Kupiłem to w promocji za 16 złotych, a i tak uważam że za drogo.
PS Jakby się ktoś zastanawiał z którego roku jest ta gra to piosenka z napisów końcowych odpowie na to pytanie. Pasuje ona do Gwiezdnych Wojen jak wół do karety. https://www.youtube.com/watch?v=cKZDOrMSm1g
TUNIC (3). Naprawdę chciałem poznać tajemnicę tej wyspy (chyba wyspy). Odzyskałem moce które mi odebrano, znalazłem tajne miejsce spotkań, nauczyłem się otwierać oznakowane drzwi, nawet te ze złota. I co z tego. Nie zalazłem 2 stron instrukcji, nie mam zamiaru uczyć się języka w którym ją spisano. Nie wiem jak odkryć sekrety za kamiennymi drzwiami w ośnieżonych górach. Udałem się do ostatniego Bossa, skopałem mu tyłek i nastąpił koniec gry. Koniec który miła wzbudzić we mnie zaskoczenie i smutek (nie udało im się to). Jestem zadowolony z tego zakończenia i że to skończyłem. Nie mam zamiaru do tego więcej wracać. Wolałbym już zagrać w oryginalną Zelde.
LEGO Star Wars: The Complete Saga (4). Tą grę przeszedłem wieki temu, kiedy jeszcze była podzielona na dwie. Ale pomyślałem że skoro z Tunic się nie udało, to ta będzie tą grą dla relaksu i przeszedłem ją znowu tym razem w takiej formie. Nie do końca to wyszło, tak na 90%. Jak się gra z myślą: zrobię to po łebkach, to wszystko jest ok. Ale jak się chce zebrać i odblokować wszystko (a przynajmniej trzy podstawowe cele) to zaczynają się schody. Niektóre sekwencje (szczególnie w OT) doprowadzają do złości takiego starego grzyba jak ja. A co ma powiedzieć dzieciak powyżej 3 roku życia, do którego jest skierowany ten tytuł. Rozdziały są za długie, w niektórych zdobycie odpowiedniej liczby monet jest zbyt duża. A ciągła naparzanka ze strony przeciwników naszej postać i bierna postawa naszego AI kompana w tym nie pomaga. O tym co się dzieje w sekwencjach w których zasiadamy za sterami słynnych pojazdów, nie warto nawet mówić. Tych problemów nie dostrzegałem w pierwszej połowie. Albo przynajmniej tak nie irytował żeby rzucać się w oczy. Albo tam to wszystko jest lepiej wyważone. Dlatego szkoda że te gry dalej nie są sprzedawane oddzielnie. Bo jest to jedyny przypadek, w którym prequle są lepsze od oryginalnej trylogii pod każdym względem.
Hitman (2016)
https://www.youtube.com/watch?v=GwFUrXOu05k
Deus Ex
https://www.youtube.com/watch?v=zStn70Ot4r0
Legacy of Kain: Soul Reaver 2
https://www.youtube.com/watch?v=CRZMxCkBv_4
Od czasu powstania Uplay nie gram w gry od Ubisoft-u. I nie odczuwam z tego powodu straty, nie czuje się gorszy, a obecny stan Ubisoftu-u lata mi i powiewa.

Blood West (2). To mógł być naprawdę dobry tytuł. Strzelanie, skradanie i zabijanie tych niestandardowo wyglądających maszkaronów jest satysfakcjonujące i mięsiste. Eksplorację map też zapisałbym na plus. Bo mimo że mamy tu oklepane do znudzenia lokacje dzikiego zachodu (kopalnie, jaskinie, stare miasteczka itd. itp.). To chodzenie po nich, w połączeniu ze skradaniem i jednocześnie mając na uwadze to że przeciwnicy mogą nas udupić po paru uderzeniach/strzałach. Sprawia wrażenie, że jesteśmy na polowaniu na dzikiego nie małego zwierza. To co kładzie Blood West to dwa elementy. Na jeden można przymknąć oko (fabułę). Która jest płytką wariacją historii z gry Blood. Natomiast tego drugiego nie da się przemilczeć (brak manualnego save-u). Autosave i po śmierci wracamy do punktu startowego. Nie jest to uciążliwe w pierwszym rozdziale, ale w trzecim może doprowadzić do szewskiej pasji. Bo checkpoint znajduje się w jednym miejscu. I nie na środku tylko w lewym górnym rogu mapy. Zginiesz po drugiej stronie mapy i musisz zapierniczać z powrotem cały ten kawał drogi. A nie jest powiedziane że nie zginiemy tam znowu. Podtytuł Blood West powinien brzmieć live die repeat. Jest wiele gier korzystających z tego kredo. Ale np. w takim Dark Souls ze śmierci i powrotu do punktu zgonu płyną benefity. W postaci punktów doświadczenia. Tutaj też tak jest, ale połowa drzewka rozwoju jest taka se. A podczas podróży tracimy zasoby, amunicję, eliksiry, bandaże. To wszystko kosztuje. A trupy nie zostawiają majątku w kieszeniach.
Może DLC rozwiązało te problemy. Ale nie zamierzam się teraz za to zabierać. Bo ogrywam inny tytuł, który na pierwszy rzut oka wyglądał na relaksujący i myślałem że sobie przy nim odpocznę. Ale powoli zaczyna mi działać na nerwy (znowu tracę miłość do tego hobby). Ta gra to TUNIC. Zelda z lisem w roli głównej. Podczas naszej podróży znajdujemy rozsiane po świecie strony z instrukcji gry. Swoją drogą bardzo ładnie prezentuje się ta instrukcja, aż chciałoby się mieć ją w formie fizycznej. Która tłumaczy gdzie mamy iść, jak grać, co zbierać, itp. rzeczy. Są w niej również mapy lokacji, które przyjdzie nam odwiedzić parokrotnie. Bo jest tu sporo miejsc, do których w pierwszych etapach nie można się dostać albo nie wiemy co one oznaczają. Gra ma drugie dno, coś jak FEZ. A my nie mamy możliwości nanoszenia na mapę znaczników. Ludzie odpowiedzialni za grę myślą sobie, że mamy rok 89 i ja będę zapisywał te wszystkie niewiadome w zeszycie. Miotam się po tych krainach. Słyszę dzwony w kościele, ale nie pamiętam gdzie one były. Ja wiem że na stronach tej wirtualnej instrukcji są naniesione długopisem podpowiedzi. Ale bez jaj, ja też powinienem mieć taką możliwość. Nie po to gram w gry żeby oglądać sposób przejścia na YouTube.
Deus Ex (1). Czyli pierwsza skończona gra z pięćdziesięciu dwóch w nowym roku 2026. Ale męczący był ten finał. Na siłę próbowano zrobić go trudnym za pomocom respawnu (o którym dowiedziałem się po fakcie) najgorszych przeciwników w grze. Co do reszty to strasznie to wszystko toporne. Deus Ex powinien dostać remake z prawdziwego zdarzenia, a nie nieumiejętne pudrowanie nosa które miało wyjść w tym roku.
Blood West. Dopiero zacząłem, więc nie wiele mogę powiedzieć po za tym że jest to połączenie, albo przynajmniej przywołujące namyśl takie tytuły jak Dark Souls i Stalker. Dark Souls, bo mamy umrzyka przywróconego do życia, który wraz z pójściem spać przywraca sobie siły witalne i jednocześnie ożywia wcześniej ukatrupione stwory. Śmierć niesie ze sobą konsekwencję w postaci obniżania różnych naszych statyk i przywraca trupy do życia. Nie ma ręcznego zapisu gry mamy tylko autosave. A Stalker, bo to FPS w którym przemierzamy niebezpieczne połacie ziemi, naszpikowanej wszelkiej maści niestandardowymi maszkaronami. Gdzie rzadko można spotkać przyjazną twarz. A jak już taką znajdziemy to ma ona dla nas kiepsko opłacalne zadanie.
Sprawdziłem na YouTube przejście Blood West zajmuje 18 godzin. W moim przypadku zajmie to pewnie dwa razy tyle, jak nie więcej. Znowu nie uda mi się osiągnąć postawionego przed sobą celu.
I na koniec jeszcze mała dygresja. Skąd się wzięło u Polskich deweloperów takie zamiłowanie do westernów. I skąd się wzięło takie zamiłowanie do łączenia westernu z elementami nadprzyrodzonymi. W jednym roku wyszło aż cztery gry poruszające ten temat. Wszystkie ze słowem West w tytule.
Miałem ukończyć 52 gry w ciągu roku, a udało mi się jedynie przejść 32. Mogło być 33, ale zabrałem się ponownie za Deus EX-a i nie mam siły żeby go skończyć. Nie jest to zła gra, ale beznadziejna mapa i skradanie (jedno tupnięcie obcasem budzi wszystkich strażników) zaczyna mnie coraz bardziej irytować. Nie pomaga też to, że nie potrafię wyrwać się z utartej ścieżki. Nie chce mi się eksperymentować, a Deus Ex nawet nie zachęca do tego. Gram w ten sam sposób co 10 lat temu i trochę mnie to nudzi. Lepiej mi się słucha o tej grze niż w nią gra.
Fire in the Sky (1993). Może dzisiaj ten film się nie obroni, może efekty specjale zestarzały się niemiłosiernie. I wygląda to wszystko bardziej komicznie niż poważnie. Ale nie chcę tego sprawdzać. Wystarczy że widziałem ten film będąc jeszcze w gimnazjum, siedząc samemu w pokoju późną nocą. Myśląc że oglądam film obyczajowy o kolesiu, który twierdzi że porwali go kosmici a cała reszta uważała go za wariata. Sposób w jaki ukazano kto miał rację po dziś dzień przyprawia mnie o skręt kiszek.
Turok 3 Remastered (31) i Hard West (32). Nie chce mi się pisać na temat tych gier. Oba tytuły to rozczarowania. Nie oczekiwałem po niuch zbyt wiele. Oceny, opinie nie pozostawiały wątpliwości że to średniaki. Ale nawet przy takiej grze 5/10 można się dobrze bawić (np. Dragon Age 2). Niestety w obu przypadkach brak jest tego czegoś, co by dawało chociaż odrobinę przyjemności z gry.

Lamentum (30). Czyli co by było gdyby do jednego kotła wrzucić pierwsze Resident Evil (konstrukcja i gatunek), drugie Silent Hill (historia), literaturę gotycką (świat przedstawiony) i eldritch horror (stwory). Wyszedłby z tego całkiem niezły survival horror. Jak ktoś grał w Residenta to poczuje się tu jak w domu. Dosłownie, bo akcja dzieje się w wielkiej posiadłości i w przenośni, bo twórcy garściami brali z gry Capcomu. Nawet ekrany ekwipunku są do siebie podobne. Uwielbiam takie gry, których nie trzeba się na nowo uczyć, po prostu odpalam grę i zaczynam grać. Zaletą też jest oprawa graficzna i perspektywa 2D. Nie wszystkim to może przypaść do gustu. Ale gdyby to wszystko wyglądało hiper realistycznie i było przedstawione z trzeciej lub pierwszej osoby. To utraciłoby swój unikatowy charakter. Stałoby się kolejną niewyróżniającą się niczym po za małymi drobiazgami grą tego typu. A na tle takiej masy survival horrorów trzeba się czymś wyróżniać nawet jak to będzie tylko wygląd.
Jak bym się miał do czegoś przyczepić to byłaby to długość gry. Ukończyłem ją w 5 godzin, a powinno być to krócej. Zachęcałoby mnie to do ponownego przejścia. A tak to nie chce mi się poświęcać kolejnych pięciu godzin dla jednego zakończenia którego nie odblokowałem.
Jak ktoś chce sobie poszerzyć wiedzę na temat zatonięcia Heweliusza. I oddzielić ziarno od plew, co było zmyślone przez scenarzystów, a co działo się naprawdę podczas akcji ratunkowej i po niej. To polecam 6 odcinkowy podcast wyprodukowany przez Polskie Radio:
https://www.polskieradio.pl/podcast/heweliusz-prawdziwa-historia-,726
System Shock 2 (26). Miałem grać w Dead Space 2, ale jak pisałem wcześniej ten ostatni rozdział jedynki przypomina mi o tym jak zwalona jest część druga. W takim razie zabrałem się za coś bardzo podobnego, ale jednak zdecydowanie lepszego. System Shock 2. Klasyk, z którym nie miałem wcześniej do czynienia. Bo ludzie opisywali ten produkt w strasznie czarnych barwach. Że nie warto podchodzić do niego bez solucji. Że łatwo się zgubić i łatwo zwalić swoją postać na tyle że w pewnym momencie stanie się bezużyteczna. Jest to nie prawda, a przynajmniej nie teraz po tych wszystkich łatach. Pewnie to już pisałem przy remaku jedynki, ale powtórzę się tak czy siak. Wszystko jest tu podane kawa na ławę. Trzeba po prostu słuchać dzienników pozostawionych przez załogę, by wiedzieć co robić i dokąd iść. I patrzeć pod nogi, a nie chodzić po statku z zamkniętymi oczami. Większa część pokładu jest tak oznakowana, że wiesz dokąd idziesz i gdzie jesteś. Mapa też nie jest nie czytelna. Jakby tego było mało to przed właściwą zabawą mamy samouczek tłumaczący podstawy gry. Więc ja naprawdę nie rozumiem, z czym ludzie mogli mieć problem. Niema tu również takiego backtrackingu jak w części pierwszej. Na całą grę cofamy się 2 razy. Jakbym się miał do czegoś na siłę przyczepić to gra w pewnym momencie sprawia wrażenie, że się zbliżamy do jej końca. I niektórzy w tym ja mogą spuścić gardę i przestać przestrzegać zasad które wymieniłem. To mi napsuło trochę krwi szczególnie że siedziałem przy niej dość długo bez przerwy, bo już za momencik już za chwileczkę nastanie jej koniec. A to nie prawda. A i jeszcze muzyka. Sama w sobie nie jest zła, ale pasuje tu jak wół do karety. Radzę wszystkim ją natychmiast wyłączyć.
Katane Zero (27). Odświeżyłem sobie ten tytuł po ówczesnym odsłuchaniu soundtracku (ale on dobrze brzmi), który można było kupić na winylu. A teraz trzeba czekać aż wznowią sprzedaż :(. Czym jest Katane Zero to bliski krewny Hotline Miami. Tam był koleś z baseballem tu jest samuraj z kataną. Obaj mają amnezję i zajmują się tą samą profesją. Przy zabijaniu towarzyszy im taka sama muzyka, choć tu jest odrobinę lepsza. W obu grach jest pikselowa grafika i ten udawany styl lat 80-tych, różni ich tylko perspektywa z której oglądamy to wszystko. Ich historia jest tak samo enigmatyczna, ale opowieść o samuraju ma ten plus, że podczas jego podróży towarzyszą mu oklepane postacie przywołujące na myśl MGS. Przez co jego opowieść jest bardziej przyswajalna. Niestety jest ona wyjątkowo krótka i kiedy zaczyna się robić naprawdę ciekawie gra się kończy i po dziś dzień czekam na kontynuację. To już 6 lat. A że odpowiedzialny za Katane Zero jest jeden człowiek to sobie jeszcze długo poczekam.
There Is No Game: Wrong Dimension (28). Mało zabawna gra przygodowa o tym, że gra nie chcę być grą i nie pozwala użytkownikowi, czyli nam w nią zagrać. I stawia przed nami zagadki z niestandardowymi rozwiązaniami. Co prowadzi do serii niefortunnych zdarzeń. Im mniej o tej grze napisze tym lepiej dla osoby, która będzie chciała w to zagrać. Bo jej jedynym atutem po za prostą obsługą to odkrywanie tego, co gra będzie chciała nam przedstawić podczas tej dziwnej podróży w którą nas zabiera.
Trek To Yomi (29). Zacisnąłem zęby i skończyłem ten wypierdek mamuta.

Dead Space (25). Wiele dobrego mógłbym napisać o tym tytule. O świetnie zaprojektowanej i zapadającej w pamięć USG Ishimura. O postaciach, które może są stereotypami to jednak ci aktorzy podkładający im głos uczynili z nich bohaterów z krwi i kości. O dźwięku przeciwników i o samych przeciwnikach, o dźwięku broni i o szeptach, które słychać gdy przemierzamy korytarze statku. O pile plazmowej (bo o innych broniach nie warto mówić). O ostatnim rozdziale, który innych rozczarował z powodu ciągłej młócki, ale nie mnie. Jedyne co spowodował po latach to niechęć do sięgnięcia po Dead Space 2.
Mógłbym tak wymieniać te zalety bez końca, ale to teraz nie jest ważne. Co jest ważne to to, że od premiery tej gry minęło 17 lat, ograłem ją z siedem razy (jak nie więcej), a "prawdziwe" zakończenie zobaczyłem dopiero teraz na youtube. WTF!!!!. Tak z ciekawości odpaliłem sobie filmik z przejścia Dead Space by zobaczyć jak sobie ludzie radzą z ostatnim bossem.
spoiler start
Oglądam jak Isaac ucieka na prom i ostatni raz parzy na filmik z Nicole. Odwraca się w stronę fotela pasażera i... U mnie to on widział tylko skuloną Nicole, a potem następował charakterystyczny skrzek/szum, ekran zalewa pismo ze Znaku i koniec, lecą napisy końcowe. A tu się okazuję, że ona się na niego się rzuca i drze ryja WTF.
spoiler stop
Do tej pory zbieram zęby z podłogi. Tyle lat a ja się o tym dowiaduje dopiero teraz i to przez przypadek.

Puzzle Agent (24). Gra o nietypowym agencie FBI, który przyjeżdża do małego, zaśnieżonego miasteczka pełnego dziwnych mieszkańców, by rozwiązać tajemniczą sprawę. Ale w tym wypadku nie jest to śmierć kochanej przez wszystkich blondynki tylko zamknięcie fabryki gumek do ścierania. Prowadzenie śledztwa nie polega na polowaniu na piksele i próbie dopasowania niepasujących przedmiotów do siebie. Tylko na rozwiązywaniu łamigłówek przypominających te z magazynów dla dzieci i młodzieży. Trzeba przy nich odrobinę pomyśleć, ale nie są to zadania powodujące ból głowy i chęć spojrzenia do poradnika. Jest to świetna alternatywa dla ludzi nielubiących gier point & click, ale chcących zagrać w przygodówkę. Wizualnie Puzzle Agent nie każdemu przypadnie do gustu, bo przywołuje na myśl pozbawioną większości kolorów kreskówkę z lat 90, albo grę flashową z zapomnianej przez wszystkich strony internetowej. Mnie to pasuje, bo każde odstępstwo od normy jakie pojawia się w tej historii burzy spokój jakim ta oprawa emanuje (coś jak w filmie Fargo, ale nie tak drastycznie).
Puzzle Agent jest świetną grą i odtrutką na odmóżdżacz jakim była Yakuza 3 (i nie tylko).
Jak bym miał się do czegoś przyczepić to były by to dwie rzeczy. Po rozwiązaniu problemu jesteśmy oceniani i podliczani (ile to pieniędzy podatników poświeciliśmy na rozwiązanie danego problemu). Szkoda że nic z tego nie wynika. Nie jesteśmy karani za to, że zamiast skupić się na głównym wątku rozwiązujemy poboczne zadania, ani za to że kilkukrotnie udzieliliśmy błędnej odpowiedzi na ten sam problem. A druga rzecz to zakończenie. Które podobnie jak w przypadku serialu, który dał początek tym oklepanym schematom jest urwane. Nie byłem na to gotowy, bo gdzieś tam dawno temu zasłyszałem że jest to zamknięta opowieść. A dwójka to nikomu nie potrzebny epilog domykający wątki niektórych postaci. Teraz będę musiał czekać na przecenę by kupić dwójkę i dowiedzieć się co było dalej.
Była już ewolucja od Pearl Jam to teraz czas na Fatboy Slim
https://www.youtube.com/watch?v=ZLZ5N6UDpxc
Yakuza 3 (22). Przez wielu uważana za najgorszą / najsłabszą odsłonę serii. Nie chciałem wierzyć w te opinie, bo ci sami ludzie wywyższają części drugą, a ja jej nie trawie. Niestety tym razem muszę im przyznać rację. Przynajmniej na tym etapie, bo do tej pory nie ograłem części 4, 5 i 6. Co w trójce nie działa. W zasadzie wszystko (nawet mini gra cabaret club). Historia stoi w rozkroku. Chce być domkiem na prerii i gangstersko, politycznym akcyjniakiem, thrillerem. Wszystkie wątki są tu potraktowane po macoszemu. Mimo potoku słów żaden z nich nie jest należycie rozwinięty i poprowadzony jak trzeba. Czyta się te dialogi i czyta i czyta i czyta aż dochodzi się do wniosku, że się nic nie straci gdy się po prostu wciśnie "skip". Więcej tu owijania w bawełnę niż jakiejkolwiek treści. Walka, czyli jeden z najważniejszych elementów gry sprowadza się w sumie do dwóch combosów i uniku. Przeciwnicy non stop trzymają gardę i nie jesteśmy w stanie im zadać obrażeń. Albo mi coś umknęło albo naprawdę tak jest, że żeby komuś dać w mordę trzeba się wstrzelić w moment kiedy tej gardy nie trzymają. Nie wiem czy da się ją przełamać. Ten problem nie jest taki uciążliwy jeśli chodzi o zwykłych ulicznych bandziorów, ale bossy to już inna para kaloszy. Tam lepiej mieć pod ręką jakiś przedmiot by ich zdzielić w łeb. Inaczej ten bokserski pojedynek będzie się strasznie dłużył. Dzielnica Okinawy po której spacerujemy nie umywa się do Kamurocho. Ale z drugiej strony wolałem tą kameralną dzielnicę niż pozbawione (w tej części) charakteru Kamurocho. Do którego udajemy się ze dwa razy na całą grę. Misje poboczne które uwielbiałem wykonywać w poprzednich odsłonach, bo czasami były lepsze od głównego wątku tu prawie całkiem olałem. Naprawdę lepiej by tej grze zrobiło gdyby skupiła się na mniejszych sprawach i je dopieściła (Okinawa, Kiryu i jego sierociniec). A nie na siłę próbowała robić z siebie blockbustera, którego jeszcze chciała sprzedać Amerykanom (CIA, baza wojskowa i organizacja terrorystyczna).
Faith The Unholy Trinity (23). Prościutka gra pod każdym względem wizualnym i gameplayowym. Mimo że mamy tu egzorcyzmy, opętania, morderstwa itd. itp. to jest wyjątkowo relaksująca (poza walką z bossem z drugiego rozdziału, na nim można złamać klawiaturę). Po takiej kobyle, jakim była Yakuza 3 i Wolfendoom: Blade of Agony (którego jeszcze nie skończyłem) była mi potrzebna taka krótka przygoda.
Mamy weekend i jest już po dwudziestej trzeciej.
The Prodigy - Smack my bitch up (bez cenzury).
https://vimeo.com/144850907
Żeby wyrwać się z marazmu growego sięgnąłem po to co każdy w sylwestra, czyli Tomb Raider. A konkretnie trylogie zapoczątkowaną w 2006 roku. Operacja się powiodła.
Tomb Raider: Legenda (19). Najgorsza gra z całej trójki. Stojąca w rozkroku między tym co charakteryzowało kiedyś tą serię a ówczesnymi trendami. Bezmózga strzelanina z wciśniętymi na siłę i bez pomysłu na siebie QTE. Do tego nużące sekcje na motorze. Zagadki są proste jak konstrukcja cepa. Najlepsze levele z całej gry to samouczek i lunapark w Londynie. A "największym wyzwaniem" (co nie powinno w ogóle mieć miejsca) jest zebranie wszystkich znajdziek. Wszystkie te bolączki spina fabuła czyniąca z Croft niesympatyczną psychopatkę.
Tomb Raider: Anniversary (20). Prawie idealny remake pierwszego TR. Czemu prawie, bo postanowiono skrócić niektóre plansze z powodu błędnego myślenia twórców że są one za trudne. Ja myślę że gracze by sobie z nimi poradzili. Dostaliśmy najlepiej sterowalną Lare, wszystko jest tu czytelne, intuicyjne. Nie trzeba się wglądać w oddalone piksele i zastanawiać czy to jest klucz czy niewyraźna tekstura. A dotarcie do niego to nie siermiężny marsz przez błoto tylko spacer po parku. Gdyby nie te cięcia, walka która trochę kuleje na wysokim poziomie trudności i próba nadania głębi naszej bohaterce to byłaby to najlepsza gra z całej serii.
Tomb Raider: Underworld (21). Czyli wielkie rozczarowanie. Na papierze powinien to być numer jeden. Mamy tu wszystko co najlepsze z poprzednich odsłon, pozbyto się QTE, poprawiono strzelanie, Tajlandia i Meksyk. Ale na każdym plusie są dwa minusy. Czas gry to jakiś żart. Jak się nie szuka chorej liczby znajdziek (które nic nie odblokowują) to mimo że trzeba tu ruszyć głową by pójść dalej to i tak tnie się przez te planszę jak nożem przez masło. Nie ma QTE, ale jest fabularne DLC które utknęło na XBOX-się. Lepiej się strzela, ale nie ma z czego. Ograniczyli liczbę pukawek do dwóch na level. Brak new game +. Można tak wymieniać bez końca. Nie wiem czy skończyły się im pomysły czy pieniądze. Przechodząc widzi się czym mogła być ta gra i jej zmarnowany potencjał.
I kończąc nie rozumiem skąd się bierze to ciągłe usiłowanie uzasadnienia, dlaczego Lara Croft robi to co robi. Tu robi to dla matki, w nowych grach dla ojca. W najnowszej odsłonię będzie to robić dla chomika, czy może utraconej miłości swojego życia.
Przez 2 miesiące poszukiwałem w swoich zbiorach gry, która pochłonie bez reszty. Niestety bez powodzenia. Mimo że te gry są dobre, to każdy wybór po pewnym czasie z jakiegoś powodu odrzucał mnie od siebie.
A to ciągłe bieganie po całej mapie i przedzieranie się przez respawnujących przeciwników w poszukiwaniu odpowiedzi, co dalej trzeba robić (Bloodstained: Dominique’s Curse). A to dojście do wniosku, że sposób w jaki gram nie pasuje do JRPG-ów i w pewnym momencie trafie na bossa którego nie będę w stanie pobić (Breath of Fire IV). A to nie chce mi się słuchać ciągłego ględzenia ucieleśnienia idealnego Japończyka (Yakuza 3). A to gra odsłoniła swoje wszystkie triki w pierwszym rozdziale, przez co nie było już motywacji do grania dalej (Faith The Unholy Trinity).
To wziąłem się i ukończyłem grę, którą należy wziąć w cudzysłów The Vanishing of Ethan Carter (18). Chodzony symulator z elementami detektywistycznymi. Elementami, które zostały wykorzystane chyba przez wszystkich, czyli uszereguj sekwencje wydarzeń w odpowiedniej kolejności. I tyle. Historia to ograne schematy z twórczości Lovecraft. A po odkryciu kart staje się nowelą przypominającą te czytane w podstawówce. Tyle tylko że wywołała u mnie zero jakiejkolwiek emocji. Gra wygląda całkiem nieźle, może stąd te zachwyty i nagrody.
Gdyby to było trailer gry to byłbym na tak, ale jest to zwiastun filmu więc jestem na mhe. Przeciętnie to wszystko wygląda.
15.DREDGE (skończone). Kolejna gra inspirowana twórczością H.P. Lovecraft’a i kolejna gra która jej zupełnie nie rozumie, tylko opiera się na jej utartych schematach.
Jesteśmy rybakiem, który przybywa do biednego miasta w poszukiwaniu lepszego jutra. Po opanowaniu podstaw gameplay’a, w mieście pojawia się tajemniczy koleś, który zleca nam odnalezienie utopionych skarbów. I to staje się naszym głównym celem.
By je odzyskać wypływamy naszym kutrem i zaczynamy eksplorować 5 różnych regionów. W miedzy czasie polujemy na zamieszkałe tam gatunki ryb. Które potem sprzedajemy i ulepszamy nasz sprzęt. Tyle i tylko tyle.
DREDGE to dobra gra do słuchania podcastów i wyobrażania sobie jakby to wszystko mogło lepiej i ciekawiej wyglądać gdyby to nie był indyk.
16.Crow Country (skończone). Kolejna gra inspirowana czymś z przeszłości i niedająca nic po za tym. Tym razem jest to era PS 1 i początki gatunku survival horror. W tym aspekcie gra wywiązuje się mistrzowsko 5+. Natomiast fabularnie i zagadkowo jest tylko ok. To co zabija trochę przyjemność z gry to walka. Po pierwsze mamy ograniczoną liczbę przechowywanych przedmiotów. Taka sama głupota zabiła dla mnie The Evil Within. A po drugie celowanie i mobilność naszej postaci (która przypomina czołg). Każdy "gąbczasty", rachityczny potwór jest bardziej zwinny i szybszy od naszej bohaterki. Która celuje właśnie jak czołg. Ta czynność jest taka nie zgrabna, że lepiej uciekać niż wdawać się w walkę. Dobrze że czas na ukończenie jest dobrze wyważony i gra nie przynudza. Ale nie ma tu powodu do powrotu tak jak miało to miejsce w przypadku Resident Evil czy Silent Hill.
17.Abzű (skończone). Relaksująca, interaktywna reklama ukazująca wizualne możliwości telewizorów.
14. Disaster Report 4 Plus: Summer Memories. Gra której oceny (5,5) są adekwatne do wydanego produktu. Gra na silniku Unreal Engine 4, a wygląda jakby się urodziła zaraz na początku premiery PS3. A gameplay to upośledzone Shenmue bez walki. Jedyne co pomaga w tym całym bałaganie to granie, jako zgorzkniała, nieczuła, obojętna na ludzkie cierpienie i pazerna na pieniądze kobieta. Ubrana tak jakby dopiero co wróciła z plaży. Ale niestety nie można być tak złym jakby się tego chciało (to nie pierwszy KOTOR), a i na nasz wygląd nikt nie reagują zdziwieniem. Jedynie niektóre przerywniki filmowe lub dramatyczne sytuacje robią się komiczne z powodu jej ubioru. Miałem napisać coś więcej, ale podobnie jak twórcą gry ode chciało mi się w pół drogi. A przejście tej katastrofy zajmuje ok 9 godzin.

Saga rodziny Wade-ów, czyli seria F.E.A.R. Albo o tym jak lepiej pozostać przy pozytywnych wspomnieniach.
9.F.E.A.R. Był, jest i pozostanie klasykiem, który mimo swoich drobnych ułomności został tak zgrabnie wyreżyserowany, że wszystko się tam spina w elegancką, spójną całość.
10.F.E.A.R. Extraction Point. Pierwszy dodatek, który trzyma poziom podstawki. Ale jakoś po latach stracił to coś. Być może wynika to z faktu, że wcześniej nie wiadomo było dokąd zmierza ta cała historia. Teraz gdy to wiemy to w sumie mamy tu tylko epilog, który został rozciągnięty do 4 godzin i nic nie wnosi.
11.F.E.A.R. Perseus Mandate. Drugi dodatek. Do tej pory nigdy w niego nie grałem i dzięki Bogu. Pozostawił taki niesmak, że gdybym maił z nim do czynienia wcześniej skreśliłbym tą serię na wieki. Naprawdę brak słów, aż dziw bierze że było odpowiedzialne za niego to samo studio co za pierwszy dodatek. To coś powinno być dodawane do kiepskich płatków śniadaniowych, a nie sprzedawane w Złotej Kolekcji Cd Projekt.
12.F.E.A.R. 2: Project Origin. Pamiętam że gdy przechodziłem go pierwszy, drugi, trzeci może i czwarty raz to bawiłem się całkiem nieźle. Nie przeszkadzały mi jakiekolwiek zmiany względem jedynki. A teraz po powrocie po latach jakoś tak, wszystko jest jakieś takie mhe. Czuje rozczarowanie. Może moja optyka zmieniła się przez te dodatki. Człowiek spodziewał się produktu z wyższej półki w końcu to Monolith, a nie jakaś tam piąta woda po kisielu. A dostał średniaka na normalnym poziomie trudności, a na wysokim frustrującą katorgę. Wizualnie może jest lepiej, ale pozbyto się tego czegoś co tworzyło wyjątkowy charakter F.E.A.R.–a. Historia nie licząc końca i początku nic nie dodaje. Wszystko czego się dowiadujemy między prologiem, a epilogiem wiemy już z pierwszej części. A DLC to jedno wielkie nieporozumienie trwające 45 minut. Ta kampania powinna być odblokowywana jako bonus po ukończeniu gry, a nie kupowana za chorą sumę pieniędzy.
13.F.3.A.R. W wielkim skrócie trzecia odsłona to Call of F.E.A.R. albo F.E.A.R. of Duty. Ten produkt w niczym nie przypomina poprzednich odsłon. Zaczynamy w opuszczonym więzieniu w Ameryce Południowej, potem biegamy w promieniach słońca po favelach po których wcześniej biegał Max Payne. Dopiero później wracamy do miasta z pierwszej odsłony. W którym nie spotkamy żołnierzy Repliki tylko ludzi Armacham i kultystów (odrzuty z Condemned). W recenzjach zachwycano się ich AI. Przykro mi, ale ja jej nie widzę. Bieganie w tę i z powrotem i darcie ryja na okrągło to nie są oznaki dobrej inteligencji. O zachowaniach kultystów im mniej powiem tym lepiej :/. Scenariusze potyczek, mapy na których się one odbywają to też jedno wielkie mhe (np. sklep typu Castorama, albo uszkodzony wiszący most). Muzyki w ogóle nie pamiętam. Historia to znowu powtórka z rozrywki, wszystko to już słyszeliśmy wcześniej, widzieliśmy wcześniej, te wątki zostały zamknięte wcześniej. Komu by się chciało w to grać jeszcze raz drugą postacią nie wiem. Komu by się chciało grać w to w co-opie w pogoni za punktami też nie wiem.
Parafrazując tytuł jednego z filmików na YT: F.E.A.R. nie powinien mieć sequeli. Monolith R.I.P.
8.The Outer Worlds. (The End). Tydzień temu pisałem że jestem ciekaw co będzie dalej, okazało się że niewiele było dalej. Po skończeniu wszystkiego co chciało mi się zrobić w Bizancjum dostałem trzy krótkie misje głównego wątku, polegające na przejściu z punktu A do punktu B. W jednej z nich musiałem oddać ze dwa strzały. A ostatnia jest spuentowana słowami mamy wiele rzeczy do zrobienia. A tu nagle następuje zaciemnienie i pokaz slajdów znany z Fallouta, z najbardziej znudzonym narratorem od czasu Davida Duchovnego. Brawo Obsidian nie ma to jak kontynuować tradycję urwanych zakończeń. A i jeszcze jedno jak się wypuszcza fabularne DLC to wypadałoby podnieść poziom, do którego nasza postać może awansować. A tak pod koniec Murder on Eridanos dobiłem do 36 poziomu i ode chciało mi się już grać w drugi dodatek.
The Outer Worlds. Skończyłem wizytę na Monarch i nadal moja podróż odbywa się bez większych emocji. Następnie udałem się do Bizancjum gdzie według zasłyszanej plotki bogaci tego wszechświata mają wszystko i wszystkich po za swoją kliką w rzyci. Myślałem że przywita nas okazały widok zaprojektowany przez samego Faberge. A okazało się że to całe Bizancjum jest tandetną galerią handlową pod otwartą chmurką. Z wieloma zamkniętymi budynkami (bo pewnie czynsz był za wysoki) i więcej tu strażników na ulicy niż samych przechodniów. Mieszkańcy nie są snobami tylko sztywnymi npc-ami, co nie mają nic do powiedzenia i roboty. Takich ludzi jest pełno w kolonii niezależnie od tego ile mają w kieszeni. Miałem w Bizancjum znaleźć pewnego gościa, by móc znaleźć pewien środek chemiczny. Po 19 godzinach grania ciągle nie wiedziałem po co robię to co robię. I pewnie dalej bym nie wiedział gdyby nie misja poboczna (brawo Obsidian). Jakbym jej nie wykonał to do końca gry nie wiedziałbym po co to wszystko. Teraz kiedy wiem to przynajmniej jestem ciekaw co będzie dalej.
The Outer Worlds. Obniżyłem poziom trudności Super Nowa o jedno oczko. On się powinien nazywać Live Die Repeat. Wszystkie utrudnienia jakie dodaje są do przełknięcia, niektóre są tak dobre że nie rozumiem czemu ich niema na normalnym czy wysokim poziomie. Mówię tu o dbaniu o kondycje fizyczną naszego bohatera. Ale brak możliwości zapisu gry w każdym momencie jest strasznie upierdliwe. Za dużo czasu się przez to traci, a progres jest praktycznie niezauważalny i dlatego musiałem porzucić ten poziom trudności. Co jednocześnie obnażyło inne problemy The Outer Worlds ta gra utknęła w roku 2008. W skrócie jest to reskin Fallouta 3 (którego przechodziłem trzy razy aż do znudzenia). Wszystko tu przywodzi na myśl grę Bethesdy (nawet taka pierdoła jak otwieranie szafek czy skrzynek z amunicją). I tak samo jak w przypadku F3 mamy tu do czynienia ze zmarnowanym potencjałem świata przedstawionego. Kosmos którym zarządzają korporacje, a wszyscy są tak szczęśliwi jakby byli naćpani. Każda postać nawet ta co ma jakiś problem jest uśmiechnięta od ucha do ucha. A ich problemy to jak na razie infantylne pierdoły. Chciałem być postacią złą, ale wybory moralne są taką dziecinadą że mi się ode chciało. Wszystkie można porównać do zabrania dziecku lizaka. Jestem na planecie Monarch mam nadzieje że zacznie się coś dziać ciekawego.
6.The Suffering: Ties That Bind (skończone). Książkowy przykład jak nie robić sequeli. Historia to powtórka z rozrywki. Znowu wszystko kręci się w okuł śmierci rodziny naszego bohatera i uzyskania odpowiedzi jak do tego wszystkiego doszło. Do tego poluje na nas tajna korporacja ala Umbrella. Całość oblano stylistyką wczesnych lat dwutysięcznych. Kto żył w tamtych czasach to wie jak to wszystko wygląda i brzmi. Lokacje to znowu w większości więzienie, a dla urozmaicenia port, magazyny i czasem trafi się jakaś ulica miasta. By przedłużyć naszą drogę przez mękę (dosłownie i w przenośni) od czasu do czasu zamykają nas na arenie i każą walczyć z hordą przeciwników. Aby utrudnić nasze potyczki zabrano nam możliwość zbieranie apteczek (nie możemy ich już magazynować) i nosimy tylko dwie bronie, a przeciwnicy to gąbki na kule. Jedyny element jaki uległ poprawie to grafika. Gra nie wygląda jakby powstawała na N64. Ale cała reszta to już jeden wielki krok w tył. Szkoda gadać, szkoda grać.
7.Felvidek (skończone). Ludzie zagrywają się w KCD2 a ja nie mam takiego sprzętu by tę grę udźwignąć. A jedynki jeszcze nie ograłem. Ale żeby nie czuć się gorszym zagrałem w inny RPG dziejący się w średniowiecznych Czechach. Felvidek to gra, która łączy zachodnią stylistykę i japoński system turowej walki przywołujący na myśl pierwsze Dragon Quest-y. Ale nie ma tutaj grindu znanego z tamtej gry. Idziemy jak po sznurku a trudność w walce może jedynie wynikać z naszego złego przygotowania do niej (np. za słaby sprzęt). I braku pasków zdrowia przeciwników. Nigdy nie wiemy który z nich padnie pierwszy, komu zadajemy największe obrażenia danym atakiem. Jest to strasznie frustrujące. Historia to nic wybitnego, ale jak się podejdzie do niej w ciemno to w pewnym momencie można się nieźle zdziwić. Należy jednak zaznaczyć, że jest to gra tworzona przez trzy osoby, więc nie jest to jakaś wielka epopeja z wiekopomnymi zwrotami akcji, przy której zarwiemy nie jedną noc. To tylko gra na 6 godzin.
The Outer Worlds na razie jestem na samiuśkim początku i jedyne co mogę powiedzieć to: Raz. Gra wydaje się bardzo łatwa, więc w pewnym momencie zacząłem grać od nowa na poziomie Supernowa. Dwa. Na ten moment zapowiada się, że mamy do czynienia z typowym średniakiem. Trzy. Strasznie dziwne ustawienia rozdzielczości ma ta gra.
Elevator pitch tego nowego Parku Jurajskiego musiało wyglądać tak: Dinozaury + Aliens = $$$.
2.Call of the Sea (skończona). Ciekawa reinterpretacja jednego z opowiadań Lovecrafta. Po odkryciu swego pochodzenia dochodzimy do zdrowia, a nie zatracamy się w szaleństwie. Nie ma tu mroku tylko świeci słońce i otacza nas bujna kolorystyk dżungli. Typowe zło z twórczości Lovecrafta spotkało ekspedycję którą wyruszyliśmy odnaleźć. Robimy to wędrując po wyspie i rozwiązując proste zagadki (nie licząc jednej). Jest to trochę chodzony symulator niż przygodówka z krwi i kości. A opowieść mogła nie stać w rozkroku. Można było się skupić na odrzuceniu człowieczeństwa i ulgi jaką doznaje z tego powodu nasza bohaterka niż na utraconej miłości.
3.Shantae and the Seven Sirens (skończona). Metroidvania dla dzieciaków.
4.Streets of Rage 4 (skończona). Chodzono bijatyka, w którą lepiej grać we dwójkę niż w pojedynkę. Na normalnym poziomie jest za łatwo, a na trudnym (na końcu) jest za trudno.
5.The Suffering (skończona). Mieszanina Dooma (milczący bohater walczący z demonami), Hellraisera (wygląd przeciwników), Shadowmana (rozterki bohatera na temat śmierci swojej rodziny i klimat) i filmu Skazani na Shawshank (miejsce akcji). Odkąd pamiętam ta gra kojarzy mi się z kioskiem ruchu. Po jej ograniu muszę powiedzieć, że to jest jej miejsce, zaraz obok Painkillera i Gorky 02. Nie jest to zła gra, ale nie jest też niczym wyjątkowym. Niewymagająca strzelanina na sześć godzin, a nie święty Graal warty 1000zł.

Piękny, nieprzewidywalny może trochę naciągany film, ale ludzie za kamerą i przed kamerą niwelują wszelkie jego mankamenty.
Trek to Yomi. Kiła, mogiła, krew i pożoga, pies obdarty flaki żre. Jestem na poziomie w którym światło za nami lewituje i już mam tego wszystkiego serdecznie dość. Im dalej będę w to grał tym więcej sobie nerwów napsuję, a już na pewno rozwalę kontroler. Miło być gładko, szybko, pięknie i nie zostało z tego nic. 9 godzina gry a ja posuwam się tempem ślimaka. Respawn-ujący samuraje świetny pomysł na przeciwnika. Wizualia z początku bardzo ładne to teraz zaczęły irytować. Perspektywa się tak zmienia że nasza postać robi się malutka, a na tle czarni i bieli ruchy przeciwników robią się ledwo widoczne. Co oczywiście prowadzi do zgonów. Różnorodności w otaczającym nas świecie też już niema, w koło wojtek te same widoki feudalnej Japonii tyle że w innej konfiguracji. Historia jak ścisnąć to powtarzanie tych samych frazesów. Nie ma już nic co by nas pchało do przodu i zachęcało do dalszej gry.
A i jeszcze jedno i mówię to do twórców. Jak już wzorujecie się na czarno-białych filmach to wypadałoby tak jak w nich dać żółte napisy, a nie białe bo te zlewają się z otoczeniem. Przydałoby się jeszcze jakieś miejsce do treningu naszych ciosów coś jak w SF IV. Ćwiczenia na żywym organizmie prowadzą do śmierci. Porzucam Trek to Yomi (przynajmniej na tą chwilę).
1.Metro Exodus. 17h (ukończone). Nie do końca spełniło moje oczekiwania, ale było to o niebo lepsze przeżycie od wyżej wspomnianej padliny.
Nie dostałem tego co chciałem, bo oczekiwałem większych zmian od tego co oferowały poprzednie dwie zremasterowane części. Tak mamy tu powiew świeżego powietrza dosłownie i w przenośni. Opuszczamy moskiewskie metro i udajemy się w długą podróż w poszukiwaniu nowego domu. Dostajemy otwarte, różnorodne światy które możemy sobie zwiedzać wedle naszego uznania. Tyle że lepiej robić to w kolejności sugerowanej przez fabułę, bo inaczej będziemy odbijać się od drzwi. Czyli mamy otwarty świat, a jednocześnie zamknięty. To co spotykamy na powierzchni mogliśmy spotkać pod ziemią. Tak wygląda to świetnie, ale to ciągle ruina i rdza nie ma znaczenia czy jest widziana w świetle dnia czy żarówki.
Ludzie, nasi wrogowie (bo napotkanych przyjaciół można policzyć na placach u jednej ręki) z "czerwonych" i "czarnych" zmienili się w kultystów. Na każdej nowej ziemi spotykaliśmy zgraję tych samych oszołomów wierzących w innego "boga", odzianych w inne szmaty. Nie powiem walka z nimi była całkiem przyjemna, nie były to tępaki stojące w miejscu. Próbowali jakiejś tam taktyki, biegli w stronę zasłyszanych strzałów itp. Ale chciałoby się czegoś więcej (może siły inwazyjne). Tak mamy jeszcze zmutowaną zwierzynę, niestety po za zombie nie uświadczymy tu nic czego wcześniej nie widzieliśmy. A ich metoda ataku to pchanie się pod lufę karabinu. I pozbawienie nas amunicji, której jest tyle co na lekarstwo. Bo teraz już nie znajdujemy amunicji tylko sami ją sobie robimy w z góry ustalonych miejscach. Ze śmieci które znaleźliśmy po drodze. I tak nasza wędrówka zmienia się w zbieractwo złomu. To jedna z tych rzeczy która zupełnie nie przypadła mi do gustu (crafting wszelkiej maści), a druga to system zapisu gry. Robi się on automatycznie, przez co musiałem powtarzać cały rozdział z powodu jednego buga.
Jak ktoś chce poczuć oklepane rosyjskie klimaty to Metro Exodus jest dla niego. Ja po tym wszystkim mimo że dobrze się bawiłem to jednak mam już dosyć wschodu bliskiego i dalekiego i muszę szukać czegoś nowego.
Oczywiście że From Dusk Till Dawn 1,2,3 to nie są wypisz wymaluj filmy Raimi-ego, ale ich duch się tam unosi i mówię tu o momentach w których zaczyna się sieczka. Zwłaszcza że Robert Kurtzman, który pracował przy Evil Dead II i Army of Darkness był odpowiedzialny za efekty specjalne i wymyślił From Dusk Till Dawn. A reżyser dwójki czyli Scott Spiegel (współautor Evil Dead II i nie tylko) strasznie się przy niej silił na styl Raimi-ego i jego zamiłowanie do dziwnych ujęć kamery.
A to że coś jest klasykiem nie oznacza, że z automatu należy przed tym czapkować. Ja wiem że From Dusk Till Dawn 3 jest zrobiony za garść fasoli, ale uważam podobnie jak Wrzesień. Gdy w jedynce zostaje przekroczona granica z Meksykiem film leci w dół. I nic na to nie poradzę, że historia i bohaterowie trójki są dla mnie ciekawsi od perypetii braci Gecko i eks-pastora z rodziną.
From Dusk Till Dawn 3 < From Dusk Till Dawn <<< From Dusk Till Dawn 2
Wszystkie te filmy to kiepskie podróbki Evil Dead. Wszystkie mają problem z nakręceniem dobrych scen eksterminacji. Przez co cały wysiłek ludzi od efektów specjalnych i charakteryzacji idzie się j…ć. I wszystkie jak zaczyna się jatka zapominają o tym co było ważne do tej pory w filmie i kończą się od czapy. Najlepiej z tymi bolączkami poradziła sobie część trzecia. A dodatkowo mamy najlepszych bohaterów pierwszo i drugo planowych. Fabuła też nie jest tylko zapchaj dziurą, by nas dopchać do burdelu na pustyni. A jak tam docieramy to dzieje się w nim odrobinę więcej niż lapdance dla Quentin Tarantino. Oczywiście trzeba wziąć poprawkę na to, że ta część jak i dwójka miały budżet filmów skierowanych prosto na DVD i to niestety widać w każdym aspekcie. Można było z tego zrobić serial, a nie z jedynki.
Nowy rok i nowa próba przejścia 52 gier w ciągu 365 dni.
1. Na pierwszy ogień poszłoTrek to Yomi, czyli polskie, upośledzone Sekiro. Nie wiem jak można tak spieprzyć technikę parowania. Kluczową mechanikę gry, bez której jej nie ukończymy. Parowanie polega na bloku chwile przed tym jak nas uderzą. Tu natomiast wciskamy przycisk długo przed tym momentem. Gdy przeciwnikowi zaiskrzy w głowie myśl teraz wyprowadzę cios. Ni cholery nie da się do tego przyzwyczaić, bo kłuci się to z naturą ludzką. Oddano nam też do dyspozycji różne ataki górą, dołem, pchnięcie i inne bardziej "złożone" combosy. Tylko po co skoro nie ma to żadnego wpływu na walkę. Jak kogoś zaatakuje w taki czy inny sposób to i tak padnie dopiero po z góry ustalonej liczbie uderzeń. Liczy się tylko skopane parowanie i siła ataku.
Co do reszty, to mimo swojej nisko budżetowości gra wygląda pięknie. Pewnie dzięki czarno-białej stylistyce, która maskuje (jeśli takie są) niedoskonałości i umieszczeniu kamery w takim miejscu że czyni z Trek to Yomi quasi platwormókę 2D. A fabularnie to na razie Mario, idziemy w prawo czasem w lewo, by uratować "księżniczkę".
Nie ma co płakać nad rozlanym mlekiem premiera jest ustalona na Styczeń, co oznacza że film na 99% jest szmirą.
Nie wiem czemu ludzie mówiąc o Bękarcie wspominają słowo western. To znaczy domyślam się z czego wynikać może to porównanie, ale ja oglądając ten film miałem skojarzenia z Harlekinem. Wystarczyłoby wymienić umęczonego Mikkelsena na jakiegoś dzisiejszego Fabio i mamy romans pełną gębą.
Co do reszty, to siłą tego filmu jest miejsce akcji (Dania XVIII w.) i nieznana historia (dla nas Polaków). Bo jakby przenieść ten scenariusz na nasze podwórko to zostałaby z tego mało wyróżniająca się sztampa.
TOP5 filmów na plus z 2024:
5. Strange Darling
4. Anora
3. Transformers One
2. Rebel Ridge
1. Emilia Pérez
i TOP5 filmów na minus:
5. Longlegs
4. The Substance
3. Borderlands
2. Alien: Romulus
1. Argylle
Ło matko.
Control – przerost treści nad formą i za szybko odsłania wszystkie swoje triki.
Shadow of the TR – opinia jest w tytule gry.
Ace Combat 7 – album the best of the best grupy muzycznej. Nie dostajesz nic nowego, ale gra się dobrze.
Prey – dobry i nietypowy fps.
Rise of the TR – najlepsza część tej nowej trylogii.
RAGE – fps od Id a najlepsza broń to pistolet. Coś tam ewidentnie poszło nie tak. Lepie było wybrać pierwsze Borderlands.
Nie pomyliło mi się nic. Emilia Pérez nie jest filmem który podnosi na duch tylko potwierdza, że pewne miejsca na Ziemi nigdy się nie zmienią. Nie chcę szerzej uzasadniać tej buźki, bo lepiej obejrzeć ten film zupełnie w ciemno. Historia nie jest nad wyraz skomplikowana to jak napiszę coś więcej to mogę zepsuć komuś zabawę.

Transformers One. Pozytywne zaskoczenie. Zwiastuny i obsada sprzedają ten film, jako głupkowata komedia ala najgorsze filmy Marvela. A tu się okazuje, że mamy całkiem niezłe kino przygodowe dla dzieci. Krótkie (godzina czterdzieści). Zwięzła bez zbędnych przerywników i zbędnego gadania historia. Sceny akcji które coś znaczą, a nie są tylko zapchaj dziurą, by wypełnić braki w scenariuszu. Humor nie jest najwyższych lotów, ale jest tak rozproszony po całym filmie że nie przeszkadza. I jest umieszczony w odpowiednich miejscach a nie np. gdy bohater umiera. Aktorzy stonowali typowe dla siebie nawyki i dzięki temu mamy przyzwoicie zagrane postacie. Postacie proste jak konstrukcja cepa i wyglądające jak zabawki, ale w tym wypadku to zaleta. Jakbym się miał do czegoś przyczepić to byłaby to mdła muzyka, pewna postać zmieniła swój charakter tak z ni z gruchy ni z pietruchy i brak pazura, który pozbawiłby ten film etykiety do lat 12. Mimo to (nie mogę w to uwierzyć) jest to drugi najlepszy film jaki widziałem w tym roku.
Silent Hill: Shattered Memories
Castlevania: Symphony of the Night

Strange Darling. Dobre nisko budżetowe kino. Ta otwierająca scena pościgu przykuwa nas do ekranu i chcemy wiedzieć co będzie dalej. Dobrze zrobili że opowiadając tą historię w sposób niechronologiczny. Bo jak by nie patrzeć jest ona prosta. Ale tego dowiadujemy się dopiero po odkryciu kart, przed tym momentem fabuła mogła powędrować w każdym nieprawdopodobnym kierunku. Szkoda że od tej chwili film trochę przystopował. Kropka nad i nie wszystkim może przypaść do gustu, mnie się podobała nawet śmiechłem.
Czemu tak ocena, bo nie ma 6.8. A tak poważnie, bo mimo fabularnych zalet to nie ma tu nic co by ten film wybijało ponad przeciętną. Ani ujęć, ani muzyki, aktorzy choć dobrzy to jednak z niższej półki. Nie obejrzałbym tego powtórnie w telewizji, bo nie ma po co.
Alien: Romulus. Chyba ludzie byli naprawdę spragnieni nowego Obcego stąd tak dobry odbiór tego filmidła. Ich pozytywna energia zaraził i mnie do tego stopnia, że odświeżyłem sobie dwie pierwsze części. I kupiłem znowu Alien: Isolation. To był błąd, Romulus (swoją drogą, czemu to się tak nazywa) nie dorasta im do pięt.
spoiler start
Początek mimo nawiązani do 3 i 4 części był całkiem niezły. Przedstawiono całkiem niezłe postacie (no może po za jedną), które według prawideł sztuki filmowej im dalej to powinny nabierać coraz więcej charakteru. Dano im też dobry powód do opuszczenia tej zapadłej dziury (szkoda że ta kolonia nie przypominała tej z filmu Outland).
Niestety w momencie gdy „wskrzeszono” aktora, który gryzie ziemie od dobrych paru lat film zaczął pikować w dół. Naprawdę brak słów na niesmak jaki ta scena wywołała. Potem już było tylko gorzej, bo zaczęła się karuzela głupich decyzji. Postacie do których można było czuć jakieś przywiązanie, albo chociaż kibicować by przeżyły. Przekreśliły to swoimi decyzjami. Czy ci filmowcy nie rozumieją, że musi być zachowany balans. Widz ma rozumieć czemu dany bohater robi to co robi. Np. gdy Ripley idzie uratować Newt, gdy wszystko się wali do o koła. Na pierwszy rzut oka to mało rozsądna decyzja, ale to co nam pokazano wcześniej uzasadnia ją.
Film mógł mieć też twist przypominający ten z pierwszej części. Ale oczywiście uznano widzów za debili i wytłumaczono wszystko jak krowie na rozdrożu, a potem olali ten pomysł.
O zakończeniu nawet nie ma co mówić, bo jest to zbieranina wszystkiego co już było (i wiedziałem o tym). O czym nie wiedziałem, to wygląd tego co przyszło na końcu. Kto na to spojrzał i powiedział, jest dobrze.
spoiler stop
Nie rozumiem jak można było podjąć takie głupie decyzje (ale to w końcu reżyser Evil Dead to nie mam się czego dziwić). Są ludzie którzy okrzyknęli Alien: Romulus najlepszym trzecim filmem z serii, a ja na to powiem że najlepszym trzecim filmem jest Pitch Black.

Zagadka #28
6 pkt - claudespeed18, Scott P.
5 pkt -
4 pkt - Drenz, PersonifikacjaCienia, Devil in Disguise
2 pkt - abesnai,
1 pkt - mr. Spark

Zagadka #26
6 pkt - claudespeed18
5 pkt - Scott P.
4 pkt - Drenz, PersonifikacjaCienia,
3 pkt - Devil in Disguise,
2 pkt - abesnai,
1 pkt - mr. Spark

Zagadka #24
6 pkt - claudespeed18
5 pkt -
4 pkt - Drenz, Scott P.
3 pkt - PersonifikacjaCienia, Devil in Disguise,
2 pkt - abesnai,
1 pkt - mr. Spark

Zagadka #13
3 pkt - claudespeed18, Scott P.
2 pkt - abesnai, Devil in Disguise
1 pkt - PersonifikacjaCienia, Drenz

Zagadka #10
2 pkt - claudespeed18, abesnai, Devil in Disguise, Scott P.
1 pkt - PersonifikacjaCienia

Wielu się z tą opinią nie zgodzi (ale jak to mówią opinia jest jak d, więc mam to w d). Substancja jest filmem (i tu na jednym głębokim wydechu) nudnym. Mimo wszystkich swoich zagrywek to film nudny, przewidywalny i nic nie wnosi. Ale powiecie a ostatnie 30 minut. To ja wam powiem, że przez cały ten czas czułem zażenowanie i współczucie dla wszystkich uczestników tej groteski. I ciągle temu wszystkiemu towarzyszyła myśl skończy się to wreszcie.
Coralie Fargeat to reżyserka tzw. one-trick pony. Od czasu Zemsty jej warsztat filmowy się nie poszerzył w jakiś zauważalnym stopniu. Nie pomaga je też to że film w sumie dzieje się w trzech miejscach. I pani reżyser nie jest w stanie, albo nie potrafi wyciągnąć z tych miejsc efektu monotonii i znużenia.
Nie pojmuje jak ten film mógł dostać nagrodę za najlepszy scenariusz. Nie ma w nim żadnych dialogów zapadających w pamięć ani scen (które nie opierają się na efektach specjalnych). A historia no właśnie. O czym właściwie jest ten film.
O tym że aktorki po przekroczeniu pewnego wieku są odstawiane na boczny tor. Wybaczcie ale to temat znany i wałkowany od czasów Bulwaru zachodzącego słońca. A tych filmów obok siebie na półce bym nigdy nie postawił.
O show-biznesie, też nie. Tyle tam o nim co kot napłakał. A to co o nim powiedziano powiedział i sparodiował każdy (nawet my Polacy).
O eliksirze młodości. Pomijając jego sposób działania na odwrócenie efektu starości to też nie ma się czym ekscytować i zachwycać. Zresztą i w tym przypadku wielu już poruszyło ten temat i zrobiło to lepiej. Choćby film z postu numer 20. Tak The Rejuvenator jest filmem lepszym niż ten zaprezentowany w Cannes. Ja bym od siebie dodał jeszcze całkiem niezłą czarną komedie Ze śmiercią jej do twarzy.
Na to wszystko można by było przymknąć oko (ciężko by było, ale by się dało) gdyby nie popełniono tu kardynalnego błędu ostatnich czasów. Czyli dano nam postacie płaskie jedno wymiarowe, o których nic nie możemy powiedzieć. A co za tym idzie, kogo obchodzi co się z nimi stanie. Gdyby nie wyciągnięto z aktorskiej emerytury Demi Moore to pies z kulawą nogą o tym "dziele" by nie wspomniał.
Polecam panom i paniom z Cannes by oglądali więcej innych gatunków filmowych. W tedy uniknęliby kompromitacji jaką było przyznanie nagrody lepiej wyglądającemu odcinkowi Opowieści z krypty.
spoiler start
gravity gun
spoiler stop
Half-Life 2
spoiler start
1. Arrival
3. Civil War
5. Django Unchained
6. Diuna
7. Mad Max: Fury Road
8. Furiosa
9. Interstellar
11. Kill Bill
14. Szybcy i wściekli
16. The Batman
17. Big Lebowski
19. Skazani na Shawshank
20. Lśnienie
22. SW Epizod IV
spoiler stop

Zagadka #6
1 pkt - Devil in Disguise, abesnai, claudespeed18, PersonifikacjaCienia, Scott P.
W Polsce premiera (według filmwebu) odbędzie się 24 stycznia, a w USA 25 grudnia. I jak dobrze wiemy to amerykanie mają zwrócić koszty produkcji, a nie reszta świata.
Jak patrzę na ten zwiastun to styl w jaki ten film jest nakręcony przypomina mi Dracule Coppoli. I choćby Eggers stawał na głowie to nie jest w stanie przeskoczyć Draculi z 1992 od strony audio wizualnej. Nosferatu doczekał się już remaku w 1979 roku. I mamy jeszcze film Cień Wampira, który opowiada fikcyjną historię o tym jak kręcono oryginalnego Nosferatu. Dlatego napisałem na upartego trzy razy.
Nie rozumiem, po co zabierać się za materiał który był już przerabiany (na upartego) trzy razy. I ta premiera, kto normalny chodzi do kina na horrory 25 grudnia.
Colombo był inspiracją tego serialu (nawet kolor i czcionka napisów początkowych jest ta sama). Tam też wiemy od początku, kto zabił i w jaki sposób. Clou tego serialu to obserwowanie detektywa i jego specyficznego dochodzenia do prawdy. Dla zabójcy wydaje się być on roztrzepanym fajtłapą, a w rzeczywistości to naprawdę mądry facet. W Poker Face jest podobnie tyle, że w pewnym momencie (chyba w odcinku 4 lub 5) ten mem po prawej przestaje być wynikiem dedukcji, a staje się jej super mocą. Nikt nie jest w stanie przy niej skłamać. To dla mnie zabiło ten serial.

Zagadka #38
11 pkt - Araneus357
10 pkt -
9 pkt -
8 pkt -
7 pkt -
6 pkt - claudespeed18
5 pkt - PersonifikacjaCienia, Scott P.
4 pkt -
3 pkt -
2 pkt - mohenjodaro, eRacer
1 pkt - abesnai, Fett, Ognisty Cieniostwór, Harry M, bilbobogins,PanWaras

Zagadka #34
9 pkt - Araneus357
8 pkt -
7 pkt -
6 pkt - claudespeed18
5 pkt - PersonifikacjaCienia
4 pkt - Scott P.
3 pkt -
2 pkt - mohenjodaro, eRacer
1 pkt - abesnai, Fett, Ognisty Cieniostwór, Harry M, bilbobogins

Zagadka #32
8 pkt - Araneus357
7 pkt -
6 pkt - claudespeed18
5 pkt - PersonifikacjaCienia
4 pkt -
3 pkt - Scott P.
2 pkt - mohenjodaro, eRacer
1 pkt - abesnai, Fett, Ognisty Cieniostwór, Harry M, bilbobogins

Zagadka #28
6 pkt - Araneus357
5 pkt - PersonifikacjaCienia, claudespeed18
4 pkt -
3 pkt -
2 pkt - mohenjodaro, eRacer, Scott P.
1 pkt - abesnai, Fett, Ognisty Cieniostwór, Harry M, bilbobogins

Zagadka #9
2 pkt - Araneus357, PersonifikacjaCienia,
1 pkt - eRacer, claudespeed18, mohenjodaro, Scott P.

Zagadka #50
11 pkt - PersonifikacjaCienia, Araneus357
10 pkt -
8 pkt -
7 pkt - eRacer, Drenz
6 pkt -
5 pkt -
4 pkt - claudespeed18
3 pkt - mohenjodaro
2 pkt - jackowsky, abesnai, Scott P.
1 pkt - ddawdad

Zagadka #33
6 pkt - eRacer, Araneus357, PersonifikacjaCienia,
5 pkt -
4 pkt - Drenz
3 pkt - claudespeed18, mohenjodaro
2 pkt - jackowsky
1 pkt - ddawdad, abesnai, Scott P.

Zagadka #43
12 pkt - Scott P.
10 pkt - Drenz
9 pkt - PersonifikacjaCienia
6 pkt -
5 pkt - claudespeed
3 pkt - Araneus357
2 pkt - ddawdad
1 pkt - Necross123, mohenjodaro, mr. Spark

Zagadka #42
11 pkt - Scott P.
10 pkt - Drenz
9 pkt -
8 pkt - PersonifikacjaCienia
6 pkt -
5 pkt - claudespeed
3 pkt - Araneus357
2 pkt - ddawdad
1 pkt - Necross123, mohenjodaro, mr. Spark

Nie wiem co to za gra, ale dzięki niej dowiedziałem się że istnieje taki gatunek ryby -->

Zagadka #38
10 pkt - Scott P.,
8 pkt - Drenz
6 pkt - PersonifikacjaCienia
5 pkt - claudespeed
3 pkt - Araneus357
2 pkt - ddawdad
1 pkt - Necross123, mohenjodaro, mr. Spark

Zagadka #29
8 pkt - Scott P.,
6 pkt - Drenz
5 pkt - PersonifikacjaCienia
4 pkt -
3 pkt - claudespeed, Araneus357
2 pkt - ddawdad
1 pkt - Necross123

Zagadka #25
7 pkt - Scott P.,
5 pkt - PersonifikacjaCienia,
4 pkt - Drenz
3 pkt - claudespeed, Araneus357
2 pkt - ddawdad
1 pkt -

Zagadka #23
6 pkt - Scott P.,
5 pkt - PersonifikacjaCienia,
4 pkt -
3 pkt - Drenz, claudespeed, Araneus357
2 pkt - ddawdad
1 pkt -

Zagadka #16
5 pkt - Scott P.,
4 pkt - PersonifikacjaCienia,
3 pkt -
2 pkt - Drenz, Araneus357, claudespeed
1 pkt -

Zagadka #14
4 pkt - Scott P.
3 pkt - PersonifikacjaCienia,
2 pkt - Drenz, Araneus357, claudespeed
1 pkt -