Powrót do Bodycam zaskoczył. Te dwie strzelanki są małe, niszowe i znacznie odważniejsze niż większość gier AAA
Powrót do Bodycam zaskoczył
Druga gra, Bodycam, za to nie wymaga sprzętowych inwestycji, nie testuje naszego błędnika, by zrobić oszałamiające wrażenie i przekonuje do siebie w bardziej standardowy, klasyczny sposób. Swego czasu wokół gry było sporo szumu, bo twórcy zastosowali w niej unikatowe połącznie fotorealistycznych tekstur otoczenia i budynków z efektami obrazu z kamery nasobnej. Wśród nich było specyficzne pole widzenia FOV, trzęsący się obraz, efekty nagłej zmiany ekspozycji światła, blur i wszelkiego rodzaju artefakty i niedoskonałości. To właśnie te niby naturalne niedociągnięcia i wady obrazu paradoksalnie dodawały mu realizmu. Wyglądało to nieźle, ciekawie, ale z rozgrywką ograniczoną do sieciowych starć na małych mapach nie wciągnęło mnie na długi czas.
Przyznam się, że nie zaglądałem do Bodycama od tego czasu aż do teraz, do wrześniowej aktualizacji Locked & Loaded. Pierwsze, co po takiej przerwie przykuło moją uwagę na dłużej, to – podobnie jak w Gunmanie – ogromna baza wypadowa, w której lądujemy na początku. Również da się w niej potestować dostępną w grze broń, jednak tak naprawdę ma ona charakter bardziej dekoracyjny niż funkcjonalny. Pod tym względem można nawet powiedzieć, że jest klimatycznie zagracona szpejem wszelakim, niczym miejsce marzeń każdej ekipy airsoftowej. Twórcy zresztą mają do tego równie luźne podejście, bo nie dość, że mapy nawiązują do paintballa i ASG, to samą bazą też podkreślają, że to tylko gra komputerowa, z której zresztą są bardzo dumni. Znalazła się w niej choćby ściana ze screenami steamowych recenzji gry, druga - z fotkami społeczności Bodycama, studio podcastowe, a nawet i drobny, polski akcent.
Drony i okopy potrafią przerazić na swój sposób
Ale od tego wizerunku gry i zabawy z karabinami na kulki aż nadto wyraźnie odcina się nowa mapa z wrześniowej aktualizacji – Trenches. Zabiera nas ona do tytułowych okopów, szaroburych, pełnych błota, otoczonych martwymi drzewami i z ruinami zabytkowego kościoła po środku. Razem z fotorealistycznymi teksturami, ogólnie wypranym z kolorów obrazem i opisanymi wcześniej efektami z kamery nasobnej, tworzy to niesamowity, niezwykle realistyczny efekt znany z filmików kręconych telefonami czy GoPro w wojnie na Ukrainie.
Jakby tego było mało, twórcy dodali też nową broń – drony. To, co dotychczas w grach służyło do zwiadu, do rozeznania się w okolicy i oznaczenia przeciwników, tu jest tym, czym w realu – zabójczym, latającym granatem. Używanie ich samemu bywa skuteczne, ale na tak małej mapie rodzi ryzyko zostania trafionym podczas wpatrywania się w tablet. Z drugiej strony, zbliżający się dźwięk brzęczącego drona potrafi wzbudzić małą panikę i odruchowe puszczenie serii w stronę narastającego hałasu, nawet jeśli nie widzimy samego urządzenia.
Rozgrywce towarzyszy jeszcze szybki time-to-kill, świetne udźwiękowienie serii z AK czy M4, realistyczne animacje ragdolla padających przeciwników oraz przeładowywania broni. Razem tworzy to niezwykle przekonujące, nawet lekko przerażające sceny, które aż za dobrze znamy z mediów społecznościowych i wiadomości. Nowa mapa o wiele bardziej niż inne podkreśla ten realizm i brutalność starć w takich warunkach. Zdaje sobie sprawę, że tylko jedna mała lokacja i rozgrywka ograniczona do paru trybów sieciowych ponownie nie przykuje uwagi, przynajmniej mojej, na bardzo długo, to jednak sam efekt, wrażenie, jakie robi rozgrywka na tej mapie i klimat nieporównywalny z żadną inną strzelanką dużego wydawcy, zostanie w pamięci na długo. Jestem ciekaw, co wymyślą, co dodadzą twórcy Bodycama w kolejnych aktualizacjach.
Takie eksperymenty zapadną w pamięć na długo
Oba wrześniowe tytuły przekonały mnie, że w dość skostniałym, mało innowacyjnym gatunku strzelanek FPP wciąż jednak drzemie potencjał na nowe, zaskakujące rozwiązania. Grafika jest dość oczywistym polem do ulepszeń, ale chyba tylko w połączeniu z całą resztą dążącą do realizmu może jeszcze zadziwić. Rzeczywistość wirtualna z kolei pozostanie egzotyczną niszą, ale być może coraz bardziej wartą sprawdzenia.
Można to też zestawić ze zbliżającą się premierą kolejnego Call of Duty i rzucającym się przy okazji w oczy kontrastem – tym, jak bardzo mało innowacyjne, „bezpieczne” są produkcje dużych wydawców, choć raczej powinno być na odwrót. Trzymanie się sprawdzonego stylu to oczywiście też jakiś przepis na wizerunek marki, jednak po ponad dwóch dekadach obecności na rynku można by oczekiwać czegoś więcej, niż dodania opcji kierowania pojazdami czy wspinania się. Całe szczęście, że istnieją mniejsze studia, nie bojące się eksperymentować. Koniec końców, wspominając najciekawsze strzelanki FPP dekady, to one przyjdą na myśl, a nie kolejne sequele CoD-ów, Far Cryów czy Battlefieldów.




