Mówcie, co chcecie, ale restart Z archiwum X to błogosławieństwo dla serialu
Reboot serialu Z archiwum X krążył po świadomości widzów już od jakiegoś czasu. Zapowiedź pilota i obsady wzbudziła kontrowersje, ale mówiąc szczerze – restart był temu serialowi potrzebny. Kto widział ostatnie sezony, ten w cyrku się nie śmieje.
Nie tak dawno temu pisałem, że Alan Wake przyłożył rękę do tego, że mniej boję się horrorów. Drugi składnik horroroterapii dzielę z kilkoma generacjami widzów. Z archiwum X spaczyło zbiorową wyobraźnię, być może już na wieki wieków. Nic więc dziwnego, że reboot, zmiana obsady i ekipy twórczej wzbudzaa emocje – bo to przecież już nie będzie to samo, na bardzo, bardzo wielu poziomach. Z tym jednym muszę się zgodzić – ale i tak dobrze się stało. X Files zabrnęło tak daleko, że potrzebowało resetu. Miękkiego czy twardego, ale potrzebowało.
Wypalone archiwum X
Pierwsze pięć, a może nawet siedem sezonów przygód Muldera i Scully to klasyka. Ten klimat, ten mrok, to poczucie beznadziejnej walki z wszechobecnym, ale niewidocznym przeciwnikiem, którego reprezentował Syndykat, ufoki i Palacz – tego nie da się zastąpić. Odcinki typu „potwór tygodnia” pokazywały z kolei warsztatową maestrię poszczególnych scenarzystów (m.in. Vince’a Gilligana, który dał nam potem Breaking Bad, Better Call Saul i Pluribusa) i budowały przeświadczenie, że agenci kroczą po świecie pełnym zagrożeń i nieznanego. Obok UFO i konspiracji, z kadru wyskakiwały diabły, kanibale, zmiennokształtni, zremiksowany Frankenstein, a nawet Cher.
Magia relacji między postaciami odgrywanymi przez Davida Duchovnego i Gillian Anderson – działała. Osobne odcinki – działały. Epizody „mitologiczne” – do pewnego czasu też. Jasne, główny wątek sam się resetował tak ze dwa-trzy razy, dochodziły frakcje (Nowy Syndykat, kolejne grupy kosmitów) i wątki i świadczące o tym, że Chris Carter powoli traci parę i kontrolę nad serialem – ale właśnie do końca sezonu siódmego historia trzymała jakiś fason.
Po drodze (między piątym a szóstym sezonem) dostaliśmy też robiącą naprawdę niezłe wrażenie kinówkę, która, no właśnie, stanowiła część jednego z restartów serii. Natomiast po Requiem (s07e22) i zredukowaniu udziału Duchovnego – historia stała się ciężkostrawna. Nowi bohaterowie grani przez Roberta Patricka (agent Dogget) i Annabeth Gish (agentka Reyes) robili, co mogli, ale oryginalnego duo nie potrafili zastąpić, zwłaszcza że widmo Muldera i Scully cały czas nad opowieścią się unosiło i oryginalni bohaterowie ostatecznie w tej czy innej formie wracali do gry.
Teoretycznie Chris Carter miał na sezon ósmy i dziewiąty jakiś pomysł, ale daleko na nim nie zajechał, a całość zdradzała oznaki konkretnego wypalenia. Kolejne niejednoznaczne „zakończenie” (The Truth) po prostu już nie zadziałało. Widzowie i krytycy wyrażali srogie rozczarowanie – nikt nie będzie się w nieskończoność nabierał na to, że prawda gdzieś tam jest, skoro plan na historię, jeśli istniał, to posypał się już kilka razy, nawet jeśli filozoficznie serial potrafił zachować jakąś spójność. Zresztą, jak zwykle, zakończenie nie okazało się zakończeniem.
Potem dostaliśmy bowiem depresyjne, nieprzesadnie udane Z archiwum X: Chcę wierzyć, które wyglądało jak rozciągnięty odcinek przerobiony na film (dotykało ważnych i brudnych spraw, ale niedbale), następnie Chris Carter wrócił z serią dziesiątą i jedenastą. I, niestety, w pigułce – oba sezony miały raptem po parę odcinków – odtworzono rytm i błędy wszystkiego, co wydarzyło się wcześniej. Obejrzeliśmy zatem obiecujący, gmatwający sprawy początek, kilka odcinków z „potworami tygodnia”, a potem wielki plan twórcy wziął w łeb, historia pozaprzeczała sama sobie, do reszty popsuła tak ikoniczne postaci jak chociażby Palacz. To widmo, ten telewizyjny Darth Vader amerykańskiego wywiadu został potraktowany tak źle i powierzchownie, że do dziś mnie zęby bolą od zgrzytania. I nie tylko mnie.
Generalnie widać, ile w tym serialu pojawiło się improwizacji. Jasne, z jednej strony dramatyzm i zwroty akcji na koniec sezonów trzymały widzów na krawędzi fotela, ale z drugiej – gdy opadał kurz, dostrzegaliśmy wyraźne i niezbyt zgrabne szwy. Bo po siódmym sezonie, który wielu twórców już w trakcie produkcji uznawało za naturalną konkluzję, nastąpiła po prostu wielka improwizacja (już wcześniej zmieniano wiele planów, Palacz dla przykładu wyewoluował z estetycznego ozdobnika w pilocie do ikonicznego złola), czasem trafiona, czasem nie. Po prostu ta wielka telewizyjna opowieść, która zdominowała lata dziewięćdziesiąte i zrewolucjonizowała narracje małego ekranu, trwała dłużej niż powinna. I mówię to, mimo że wstępnie na (poprzedni) powrót X-files się cieszyłem.
W takiej formie, z takimi wstępnymi założeniami i bohaterami, jakich oglądaliśmy przez wszystkie te lata – tamto Archiwum to produkt lat dziewięćdziesiątych i jedna z najpełniejszych kapsuł czasu oddających tamtą dekadę. Jako taki – serial pozostaje czymś nieśmiertelnym, z klimatem nie do odtworzenia. Bo wszystkie nowsze produkcje to efekt oderwania go od korzeni przy jednoczesnej próbie zachowania powierzchownego kształtu całości. Dołożenie wszelkich nowoczesnych konspiracji, nawet jeśli miało w sobie coś trafnego, wypadało skrajnie niezgrabnie. Nawet potwór Frankensteina stawia czasem pewny krok. Ale ostatecznie i tak rozlezie się w szwach. Dlatego reset, świeże podejście, przy którym Chris Carter będzie mącił tylko okazjonalnie, okazało się nieodzowne.
Z archiwum Z?
Bardzo możliwe, że to nowe X files okaże się bardzo, bardzo „zetkowe” – i szczerze przyznam, nie będzie w tym nic złego. Oryginalne oddawało ducha swoich czasów, tamte niepokoje, tamtą nieufność do rządu, filtrowało i podawało nam największe blamaże ówczesnego porządku świata w formie fantastycznej (choćby projekt MK Ultra) i to działało. Aż przestało.
Żeby Z archiwum X funkcjonowało znowu, potrzebowało kompletnego odświeżenia i wywietrzenia. I tu na scenę wkracza Ryan Coogler, reżyser Czarnej Pantery, Creeda i przede wszystkim świetnych Grzeszników. Wszystkie te filmy dowodzą, że facet w najgorszym razie kręci sprawną, rzemieślniczą pulpę (Black Panther), a w najlepszym – dowozi bardzo błyskotliwą opowieść grozy zbudowaną na znanym schemacie (Grzesznicy pożyczyli to i owo z Od zmierzchu do świtu).
Jeśli Z archiwum X czegoś potrzebuje, to właśnie takiego człowieka – sprawnego fachowca z przebłyskami geniuszu. Rzemieślnika zdolnego wycisnąć coś nowego ze starych schematów grozy. Bo przecież tym w gruncie rzeczy było X-Files – wariacją wokół horrorów i pulpy SF trafiającą w ówczesne, post-zimnowojenne społeczne nastroje.
I tym razem zmagania agentów FBI też takie będą – tylko pewnie odpowiedzą na potrzeby, dylematy, społeczne strachy i miejskie legendy, które rezonują z tym przerażającym odbiorcą współczesnym (i jeśli Coogler dobrze wszystko rozegra, za dwadzieścia lat ten serial stanie się nostalgicznym wzorcem). Bo czego jak czego, ale konspiracji, tajemnic, wojen, chaosu i generalnego niepokoju – to akurat nam obecnie nie brakuje. Na żadnym z kontynentów.
Jedyna wątpliwość, jaka mnie trapi, to to, czy reżyser podoła wyzwaniu, jakim jest tworzenie serialu i to tak zawiłego, budowanego na tajemnicach, niedopowiedzeniach, horrorowych zwrotach akcji. To przecież przez niedopięcie, przesadną improwizację i konieczność zmiany koncepcji w locie ostatecznie wyłożył się Carter. Coogler, owszem, pracował już ze złożoną strukturą, jaką jest Marvel, ale to trochę inne środowisko, w dodatku wybaczające więcej błędów i przeciętności. Jeśli jednak reżyser Grzeszników gotów jest na tak złożone zadanie – to może mu się udać.
Jak to w X-files – więcej pytań niż odpowiedzi…
A zmiany w obsadzie i wprowadzenie nowych bohaterów? To naturalne, Mulder i Scully byli tworami swoich czasów. Pewnie i dziś odpowiedni reżyser opowiedziałby o nich pasjonującą historię, ale swoje już przeszli. Dajmy im odpocząć albo podziałać w drugoplanowych rolach. Dajmy podziałać nowym, innym Palaczom, Skinnerom albo wprowadźmy odmiennych bohaterów o podobnych wyjściowych rolach i pozycjach. Dziś dalej można grać na nieufności do władzy, amerykańskich służb federalnych i stanowych. Może nawet bardziej niż wtedy, w latach 90.
Przyznam się też, że niedobrze mi się zrobiło w związku z tym, jak w kilku miejscach prezentowano odtwórczynię nowej agentki, Danielle Deadwyler – dorzucono na przykład wyjątkowo niekorzystny kadr z horroru, co podgrzało atmosferę, która już i tak niosła potencjał eksplozji ze względu na pochodzenie etniczne aktorki. To tylko dołożyło cegiełkę u tych, którzy i tak gotowi są skreślić serial jeszcze zanim poznamy jakikolwiek szczegół pilota.

Danielle Deadwyler w filmie Kontrola bezpieczenstwa.Kontrola bezpieczenstwa, Jaume Collet-Serra, Netflix 2024.
Tak naprawdę nie wiemy, jaki typ rebootu nas czeka. Miękki, czyli nowa historia w już istniejącym świecie i z przewijającym się gdzieś w tle widmami przeszłości (jak Scully czy Mulder – Coogler rozmawiał z Gillian Anderson, nie wiemy, co z tego wynikło), czy też taki twardy reset w zupełnie nowej linii czasowej. Obie opcje wydają się w porządku i mam wrażenie, że materiał źródłowy i tak zostanie potraktowany z szacunkiem – zwłaszcza że Chris Carter pozostaje na pokładzie jako jeden z producentów, tyle że już nie jest siłą wiodącą (a ta rola, jak wiemy, nie zawsze służyła oryginalnemu serialowi).
Także nie mamy jeszcze pojęcia, kim okażą się protagoniści, jaka zapanuje między nimi dynamika, z jakiego tła się wywodzą ani jakie problemy ich dotykają (choć raczej o subtelność w przedstawianiu można być spokojnym, Coogler nie przegina i raczej nie popada w kaznodziejski ton). Cokolwiek zaś wymyśli reżyser The Sinners, wypadnie lepiej niż sugestia świeżego startu, którą Carter próbował nam sprzedać pod postacią dwóch kserokopii Muldera i Scully z odcinka Babylon w 10. sezonie. Drobna, ruda agentka i partnerujący jej wysoki brunet świadczyli o braku scenicznego wyczucia i utracie kontaktu z widownią.
Teraz zaś otwiera się szansa dla wszystkich. Dla Cartera, by odzyskał łącze z bazą. Dla Cooglera, by zrealizował plan, do którego się zapalił. Wreszcie, dla widowni, która zobaczy nowe konspiry, nowe zło, tajemnice, nową skorumpowaną władzę i nowych bohaterów, którzy stają do nierównej walki. Co nie powinno się absolutnie zmieniać, to klasyczna, napędzająca złe sny czołówka z muzyką Marka Snowa. Bo każde pokolenie zasługuje na swoje nierozwiązane sprawy oraz koszmary rodem Z archiwum X.

