- Klasyczne filmy, których nie da się oglądać
- Drzewo życia
- 2001: Odyseja kosmiczna
- Szatańskie tango
- Pan Tadeusz
- Forrest Gump
- Titanic
- Sokół maltański
- Gerry
- Przeminęło z wiatrem
Drzewo życia

- Rok premiery: 2011
- Reżyser: Terrence Mallick
- Gdzie obejrzeć: CANAL+, Chili, ITunes Storen, HBO, Netflix, PLAY NOW, Rakuten, VOD.pl
Terrence Malick to jeden z tych reżyserów, którzy mogą nie kręcić sobie filmów kilkanaście lat, a potem powrócić nagle z pomysłem na niszowy wysokobudżetowy dramat i szybko skompletować prawdziwie gwiazdorską obsadę. Tak było właśnie w przypadku Drzewa życia. Brad Pitt udowodnił wówczas kolejny raz, że wcale nie musi grać przystojnego chłopca, by pokazać aktorski kunszt, Jessica Chastain znakomicie zaś wcieliła się w jego tajemniczą żonę, panią O’Brien. Partnerował im zaś Sean Penn.
Wizualnie film to prawdziwy majstersztyk. Zarówno zdjęcia, jak i umiejętnie dobrana kolorystyka przyprawić mogą co wrażliwszych na doznania estetyczne widzów o prawdziwą ekstazę. Ale nawet to, co najpiękniejsze, może zacząć po pewnym czasie nudzić. Szczególnie kiedy reżyser niemal kompletnie rezygnuje z fabuły (albo przynajmniej rozciąga to, co mógłby opowiedzieć w 2-3 minuty, na cały metraż).
Przyznam bez bicia, że nie do końca wiem, o co w Drzewie życia tak naprawdę chodzi. To znaczy zdaję sobie oczywiście sprawę z głównych założeń fabularnych – bólu po odejściu bliskich, niemożności cofnięcia czasu i usilnych prób poszukiwania sensu egzystencji. Tak naprawę jednak bardziej wiem, o czym film powinien być, niż czuję, jaki w rzeczywistości jest. Przede wszystkim zaś Drzewo życia potrafi wynudzić bardziej niż egzystencjalne rozkminy wujka Marka na rodzinnej imprezie u babci Wandzi.

Podobnie ważnym filmem z punktu widzenia historii kinematografii, ale potrafiącym przeciętnego widza porządnie wynudzić, jest Koło udręki Abela Gance’a z 1923 roku. Kilkugodzinny dramat o mężczyźnie przygarniającym bezdomną dziewczynkę, a po wielu latach się w niej zakochującym, przedstawia całą historię powoli, bardzo powoli. Zabiegi narracyjne powtarzane są przez reżysera w nieskończoność, a widz, podobnie jak bohaterowie, czuje się uwięziony w tytułowym Kole udręki. I choć to bez wątpienia zabieg celowy, nie sposób nie przyznać, że film – mimo oryginalnej metafory burzącej czwartą ścianę – po prostu nudzi.
