Komunikatory od lat ścigają się w skracaniu czasu dostarczenia wiadomości o kolejne milisekundy. Tymczasem setki tysięcy ludzi instalują właśnie aplikacje, w których wiadomość leci do adresata z prędkością gołębia - i czasem nie dolatuje w ogóle. To nie żart, tylko jeden z ciekawszych trendów tego roku.
Zasada działania Carrier Pidge jest banalnie prosta. Piszesz wiadomość, a aplikacja wypuszcza wirtualnego gołębia, który leci do odbiorcy z prędkością 110 mil na godzinę, czyli około 177 km/h - z wahaniami rzędu 25 procent w obie strony, bo ptak to nie światłowód. Dystans jest obliczany na podstawie rzeczywistych pozycji GPS nadawcy i odbiorcy, więc wiadomość przez całe Stany leci blisko dobę, a z Waszyngtonu do Emiratów - jakieś trzy dni. Lot można śledzić na mapie w czasie rzeczywistym, niczym kuriera z paczką - z tą różnicą, że kurier rzadko pada ofiarą drapieżników.
No właśnie: gołąb może po drodze zginąć. Szansa wynosi 0,2 procent - ptaka może dopaść wirtualny drapieżnik, może się też po prostu zdekoncentrować i zgubić. Wtedy wiadomość przepada bezpowrotnie, a za nowego gołębia trzeba zapłacić 99 centów. Gołębnik można też rozbudować o maksymalnie dziesięć dodatkowych ptaków, żeby prowadzić kilka konwersacji naraz. Tak, ktoś naprawdę zmonetyzował śmiertelność gołębi - i sam autor przyznał w odpowiedzi na recenzję w App Store, że to właśnie ta odrobina ryzyka czyni zabawę zabawą.
Za aplikacją stoi 29-letni Noah Iarrobino, inżynier oprogramowania Fidelity Investments, który sklecił ją w trzy tygodnie i uczciwie przyznaje, że jest „bezcelowa” i „nie ma absolutnie żadnego praktycznego zastosowania”. A jednak w tym szaleństwie jest metoda, którą streszcza hasło aplikacji: „czekanie jest sednem”. Brak potwierdzeń odczytania, brak presji natychmiastowej odpowiedzi, a gdy gołąb wreszcie ląduje, wiadomość „zasłużyła na chwilę uwagi”. Prywatność też przemyślano: odbiorca widzi tylko ogólny region, z którego przyleciał ptak, a nie dokładną lokalizację nadawcy.
Sam pomysł twórca tłumaczy prosto: zainspirował go trend, w którym ludzie chcą oderwać się od telefonów i wyjść na zewnątrz. Przez kilka miesięcy aplikacja miała raptem kilkuset użytkowników. Eksplodowała dopiero w sierpniu, gdy wpis samego twórcy rozszedł się w tysiącach udostępnień.
Bo Carrier Pidge wcale nie jest w tej zabawie największy - jest mniejszym z dwóch graczy. Niemal równocześnie, bo również w kwietniu, wystartował Roost, aplikacja Logana Mendelsohna, 31-letniego menedżera produktu z Ticketmastera. Działa na tej samej zasadzie, ale oferuje wiele zwierząt: oprócz gołębia można wysłać wiadomość kaczką krzyżówką (51 mil na godzinę), płomykówką, pingwinem, ślimakiem, a nawet żółwiem czerwonolicym, który pełznie z prędkością jednej mili na godzinę.
I to Roost zrobił zawrotną karierę. Z 10 tysięcy użytkowników urósł do 100 tysięcy w trzy dni, a w pięć tygodni sięgnął niemal 300 tysięcy. W połowie sierpnia twórca mówił już o ponad 700 tysiącach użytkowników - wobec 76 tysięcy u konkurenta. Roost jest przy tym dostępny i na iOS, i na Androidzie, podczas gdy Carrier Pidge wciąż siedzi wyłącznie na sprzęcie Apple’a.
Najlepsze jest jednak to, co wywołało tę lawinę. Roost stał się wiralem, gdy pewna matka opisała na Threads, że jej córka koresponduje przez aplikację z koleżankami w szesnastowiecznej angielszczyźnie - takiej z czasów Szekspira. Bo skoro wiadomość leci trzy dni jak za dawnych czasów, to czemu nie napisać jej stylem z epoki.
Za żartem stoi zjawisko, które w branży nazwano już „slow-cial” - media społecznościowe na zwolnionych obrotach.
„Wszystko w telefonie jest dziś natychmiastowe. Cokolwiek robisz, ciągle dostajesz jakieś powiadomienie. To rodzaj przerwy od natychmiastowości. Trafia do ludzi tak, że nie czują ciągłej presji, by coś zrobić” - tłumaczył Mendelsohn w rozmowie z TechCrunchem.
Że nie chodzi wyłącznie o nastolatków, pokazuje przykład Olivii Macdonald, z którą rozmawiał New York Times. 27-latka wysyła gołębie do chłopaka, z którym mieszka w tym samym Nowym Jorku, więc wiadomości docierają w kilka minut. „Niektóre rzeczy są lepsze, kiedy są gorsze” - tłumaczy. To właśnie niepewność, czy ptak doleci, wydaje jej się atrakcyjna w zestawieniu ze „znieczuleniem, jakie czujemy przy tylu wiadomościach i powiadomieniach dziennie”.
Szerszy obraz jest zresztą wymowny. To samo pokolenie kupuje telefony bez internetu, część millenialsów wraca do klasycznych aparatów na kliszę, popyt na płyty gramofonowe wciąż rośnie. W badaniu Harris Poll przeprowadzonym w 2023 roku wspólnie z Human Flourishing Lab z Archbridge Institute 80 procent dorosłych z pokolenia Z przyznało, że ich generacja zbyt mocno polega na technologii. Aplikacje z gołębiami nie stworzyły więc tej potrzeby - one ją tylko sprytnie nazwały.
Jest w tym wszystkim jedna, dość zabawna ironia. Obie aplikacje, które sprzedają nostalgię za analogowym, przedcyfrowym tempem życia, powstały przy wydatnej pomocy sztucznej inteligencji. Iarrobino nie ukrywa, że swoją wyklikał z pomocą AI w trzy tygodnie, a Mendelsohn zebrał od użytkowników cięgi za grafiki generowane przez algorytmy i w odpowiedzi uruchomił w aplikacji konkurs, w którym to sami użytkownicy tworzą i wybierają ilustracje mające zastąpić dzieła algorytmów.
Więcej:DLSS 5 nie robi tego, co myślisz. I właśnie dlatego jest ciekawy
2

Autor: Przemysław Bartula
W 2000 roku dołączył do ekipy tworzącej serwis GRYOnline.pl i realizuje się w nim po dziś dzień. Zaczął od napisania kilku recenzji, a potem płynnie poszły newsy, wpisy encyklopedyczne i cała masa innych aktywności. Na przestrzeni 20 lat uczestniczył w tworzeniu niemal wszystkich działów i projektów firmy; przez lata piastował stanowisko szefa encyklopedii gier i szefa newsroomu, a ostatecznie trafił do zarządu firmy GRY-OnLine S.A. Obecnie jest dużo bardziej zaangażowany w aktywności zarządcze aniżeli redaktorskie. Posiada dyplom technika elektrotechnika i inżyniera budownictwa wodnego.